Wyprawa na Nordkapp

Wstęp

69310057Wszystko zaczęło się od Zorzy Polarnej… W zalążku każdej wyprawy leży podobne pragnienie, cel, chęć ujrzenia lub przeżycia czegoś niezwykłego, czego nie możemy doświadczyć na codzień. To pragnienie z biegiem czasu pogłębia się, wzbogaca o nowe elementy, kształtuje formę w jakiej chcemy je zrealizować. W moim przypadku chęć ujrzenia na własne oczy Zorzy dała początek wyprawie na Nordkapp do Norwegii Północnej.

Środkiem transportu musiał być rower. Mogłem zrezygnować nawet z osiągnięcia głównego celu wyprawy, ale nie zrezygnowałbym z odbycia jej na rowerze. Sama droga jest co najmniej tak samo ważna jak cel, do którego prowadzi.W tym momencie pojawił się pierwszy problem. „rower” i „noc polarna” nie bardzo się lubią. Skąd wziąć zasilanie do oświetlenia? Jak przedostać się przez śnieg? Jakie ubranie na -20 i mniej st. C… niestety musiałem ulec i przenieść całą wyprawę na lato. Dzień polarny… bez Zorzy. Trudno. Zorza na mnie poczeka.Powoli krystalizowała się postać całej wyprawy, pojawiały się też kolejne trudności. Zdałem sobie sprawę, że będę miał tylko jeden miesiąc i ani dnia dłużej. Dobrze, jeśli będzie chociaż miesiąc… Miałem już następujące założenia: chcę dojechać na Nordkapp, latem, na rowerze. Na dojazd i powrót mam dokładnie 30 dni.30 dni to nie jest mało. Jadąc dziennie 100 km można na rowerze pokonać 3000 km. Niestety tyle mniej więcej jest w jedną stronę do Przylądka, na którym pragnąłem stanąć. A bardziej niż tam się znaleźć chciałem (musiałem?) wrócić do domu… Potrzebowałem alternatywego środka transportu, dzięki któremu podjadę na możliwą do pokonania na rowerze odległość.

Po penetracji Internetu, czytaniu relacji innych wypraw, korespondencji z kolejami w Szwecji zbudowaliśmy (mój tata od tego momentu brał już bardzo czynny udział w całym przedsięwzięciu) plan: Z Gdańska promem do Nynashamn, 60 km do Stockholmu na rowerze, dalej pociągiem 1500 km do Narvika. Z Narvika odległego o ok. 700 km od Przylądka Północnego startujemy na rowerach. Powrót identycznie.

Na podróż promem i pociąg musieliśmy przeznaczyć ok. 5 dni. W sumie 10 w obie strony. Pozostało 20 dni i do pokonania 1400 km. Idealnie! Od samego początku zakładaliśmy, że będzie to „spokojna” wyprawa, bez zabójczego tempa. Ja chciałem mieć dużo czasu na robienie zdjęć, ojciec chciał mieć możliwość dowolnego sterowania tempem podróży i np. pozostanie na jeden dzień dłużej w jakimś niezwykle ciekawym miejscu.69310111

Zaczęliśmy przygotowania. Sprzęt czyli rowery, ubrania, wyposażenie turystyczne, drobne narzędzia, części zamienne, trochę lekarstw i żelazna porcja jedzenia. Staraliśmy się przewidzieć wszystko i jednocześnie zminimalizować bagaż. W sumie udało nam się zmieścić w 4 sakwach, czyli po dwie na rower. Dodatkowo namiot, dwa śpiwory i karimaty. Ja miałem jeszcze torbę ze sprzętem foto, na który składał się mój stary EOS 620 z dwoma obiektywami, 15 rolek filmów oraz różne dodatki jak filtry, zapasowa bateria, zestaw czyszczący itp. Nie wykorzystaliśmy przednich bagażników. Rowery nie były więc przesadnie ciężkie, chociaż w pierwszych dniach wyprawy byliśmy odmiennego zdania. W ostatnich także… właściwie to rowery były ciężkie 😉

Szwecja jak i cała Skandynawia jest wymarzonym miejscem dla rowerzysty. Wspaniałe drogi, piękne krajobrazy, niezwykle mili i uczynni ludzie, wysokiej kultury kierowcy samochodów, co dla rowerzysty nie jest bez znaczenia. Ale był jeden feler: nie można podróżować pociągiem z rowerem! W tym miejscu nasze przygotowania stanęly na moment, zastanawialiśmy się nad inną trasą podróży. W najgorszym wypadku chcieliśmy nawet zrezygnować z Nordkappu aby po prostu pojeździć po południowej części norweskich fiordów.69310120

Nawiązałem korespondencje z infolinią Tagkompaniet, której pociągiem chcieliśmy przejechać ze Szwecji do Norwegii. Rowerów nie tolerują. Pytałem kilka razy. Sytuacja wydawała się już beznadziejna. Innych połączeń kolejowych pomiędzy Szwecją i Norwegia nie ma. Po jakimś czasie za namową ojca napisałem jeszcze raz. Nacisnąłem mocniej opisując plany mojej podróży i prosząc o radę w sprawie transportu rowerów. Przy okazji sam zasugerowałem kilka rozwiązań jak transport bagażu inną drogą lub tez zabranie roweru jako zapakowany bagaż podręczny. Jaka była nasza radość gdy otrzymałem odpowiedź, że owszem – rower w bagażu podręcznym jest dopuszczony! Musi być zapakowany, ale JEST DOPUSZCZONY! To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Nie można się poddawać, trzeba próbować wykorzystać nawet najmniej prawdopodobne drogi prowadzące do celu. Na ogół stracić można niewiele a zyskać wszystko. Gdyby nie namowy mojego taty i mój upór w korespondencji z Tagkompaniet nie stanęlibyśmy najprawdopodobniej na Nordkappie. Przynajmniej nie w tym roku.Po burzy mózgów zakupiliśmy w pobliskim sklepie dwie poszwy do kołder (wcześniej chcieliśmy sami szyć pokrowce z płótna). Szare, bez wzorków, okropnie brzydkie, jednym słowem: dwie szmaty. Ciekawe rzeczy można kupić w naszych hipermarketach… W domu generalna próba: odkręcenie kierownicy i przedniego koła, przywiązanie ich do ramy paskami, wszystko do szmaty i mamy bagaż podręczny! Musi się udać!Odliczaliśmy dni do startu, napięcie rosło, wymarzony od wielu miesięcy Nordkapp już prawie w zasięgu reki. Wielokrotnie oglądałem „słynne” zdjęcie z symbolem Nordkappu: globusem. Widziałem sylwetki ludzi patrzących w dal ponad chmurami… tam nie ma już nic. Koniec świata. Muszę tam dotrzeć.

Ostatni dzień przed wyprawą. Rowery zapakowane, bilety na prom kupione, na pociąg zarezerwowane. Zaczynamy.norwegia4

DZIEŃ 1, dn. 24.06.2002, godz. 21:00

Po 19-sto godzinnym rejsie dopłynęliśmy do Nynashamn. Ostatnie „Good luck!” od sympatycznej celniczki szczerze zainteresowanej celem naszej wyprawy i w drogę po obcej ziemi. Jak to teraz będzie?

Ruszyliśmy w stronę Stockholmu. To tylko 60 km, lecz rowery wydawały się strasznie ciężkie. Zapewne takie były dla niewprawionych jeszcze mięśni. Dopiero po 3 godzinach witaliśmy stolicę Szwecji.

Chłodno, pochmurno, deszcz, ale jakie to piękne miasto! Nie wyszedłem z zachwytu do dnia dzisiejszego. Wspaniała architektura. Miasto łączy w sobie zarówno nowoczesność, bogactwo i kilkusetletnią historię. Wspaniały pałac, parlament, opera, muzeum narodowe, przepiękne stare miasto z wąskimi na 2 metry uliczkami i małym ryneczkiem. Wszędzie asfaltowe ścieżki rowerowe, wydzielone od chodnika i jezdni z osobną sygnalizacją świetlną. Rowerzystów cała masa, tu jeździ każdy, dzieciaki do szkoły i babcie do sklepu po mleko. Widok starszego człowieka (grubo po 50) na prostym miejskim rowerze z sakwą lub koszykiem to normalka.Nasz pociąg odjeżdza jutro o 17. Będę więc miał czas na małą sesję fotograficzną ze Stockholmem.

DZIEŃ 2,3, dn. 26.06.2002, godz. 9:21

Jedziemy pociągiem! Udało się wtaszczyć zakamuflowane rowery. Ich rozbiórkę przeprowadziliśmy na peronie 30 minut przed odjazdem. Kabina jest bardzo mała, piętrowe łóżko i trochę miejsca obok niego obecnie zajętego przez rowery. Nie mamy więc podłogi, ale są wspaniałe humory. Z każdym kilometrem coraz bliżej! Fiordy zobaczymy na pewno.tunel

Cały dzisiejszy dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Stockholmu. Oczarowani po raz kolejny wspaniałościami miasta i uprzejmością ludzi tam mieszkających. Gdy tylko rozkładaliśmy mapę podchodziła jakaś osoba z pytaniem czy może w czymś  pomóc! W pierwszym momencie oniemiałem… później już przywykłem. Poczułem się bezpiecznie, jak wśród dobrych znajomych. W końcu to właśnie takie zachowanie powinno być normalne… aż wstyd, że wydawało mi się to dziwne…

Włóczyliśmy się małymi uliczkami starego miasta z dala od turystycznej masy. Idąc brukiem wśród domostw czuliśmy się przez chwilę jak po podróży w czasie. Chociaż to centrum miasta, nie słychać jednak natarczywych klaksonów, pisków opon czy hamulców psujących klimat. Jest wspaniale.

Za 3 godziny Narvik. I prawdziwy początek wyprawy. Pierwsza noc na fiordzie i słońce, którego promienie będą już nam towarzyszyć 24 godziny/dobę przez prawie miesiąc.

DZIEŃ 3 c.d. dn. 26.06.2002, godz. 22:06

Narvik. Pomimo późnej pory nadal jest dzień, słoneczko, ptaszki śpiewają… oto urok dnia polarnego. Rozbiliśmy namiot 35 km za miastem na niewielkiej górce wśród drzew i paproci. Piękne miejsce z widokiem na górski strumyk spływający nieopodal. Gdyby nie roje muszek i komarów byłby to raj na ziemi. Niestety siedzenie w kapturze i długich spodniach to jedyny sposób na ochronę przed robactwem. A później skok do namiotu… tylko jak tu zasnąć w słoneczne popołudnie??Dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Narvika. Wspaniałe, malownicze miasteczko leżące u podnóża gór. Zrobiłem kilka zdjęć. Zapomniałem napisać, że Narvik przywitał nas wspaniałą pogodą i 30 st. upałem.69310006
Trzaskające drzewo i zapach ogniska to pozostałość naszego dzisiejszego biwaku. Na kolację szaszłyk i chleb z miodem na deser. Herbatka z cytrynką do popicia… żyć nie umierać! Szczególnie doceniamy te delicje po 80 km, które mamy już w nogach po dzisiejszym dniu.Siedzę nad resztkami ogniska i wspominam dzisiejszy dzień. A wrażeń było wiele. Spałem wspaniale, rano obudził mnie szum górskiego strumienia. Niestety tuż po wyjściu z namiotu zaczęliśmy toczyć regularną bitwę z eskadrami robactwa. Chwilowo ulegliśmy nowemu rodzajowi broni w postaci (na pewno zmutowanych!) wielkich i dotkliwie gryzących nawet przez ubranie much. Zarządziliśmy odwrót. Jakież było nasze zdziwienie gdy od wielkiej atakującej nas gromady mutantów oderwała się mała eskadra pościgowa i co sił w skrzydłach za nami! Śmiesznie to musiało wyglądać. Obładowany rowerzysta, a za nim 20-30 ścigających go much. Co gorsza zbliżały się większe podjazdy i przez ok. 30 minut nie jechaliśmy szybciej niż 7 km/h. W gorącym słońcu, strugach potu i pod ciągłym atakiem bombowców dalekiego zasięgu połykaliśmy kilometr za kilometrem aż do szczytu wzniesienia.  Wreszcie – jest! 324 m n.p.m., i szaleńczy zjazd w dół. Te zjazdy chyba na zawsze zostaną mi w pamięci. Wspaniała nawierzchnia, przepiękne górskie krajobrazy poprzecinane strumykami i jeziorami. Gnamy prawie 60 na godzinę, droga pusta, cisza, słychać tylko szum wiatru i opon… to właśnie znaczy ROWER!!! A takich zjazdów było kilkanaście na 80-ciu przejechanych dzisiaj kilometrach. Oczywiście co góry dadzą to i odbiorą, więc po długim szaleńczym zjeździe zaczynał się równie długi, może nie szaleńczy ale na pewno morderczy podjazd. Podjazdy były stałym elementem krajobrazu i pozostały naszymi „ulubieńcami” aż do końca :)Spotkaliśmy też pierwszego rowerzystę na naszym szlaku! Na oko facet miał 70 lat, Austriak, jechał na max. obładowanym rowerze z Alty do Narvika. Szprechać nie potrafimy, ale język migowy okazał się dość skuteczny. Wymieniliśmy informacje o celach podróży i pobliskich tunelach, a następnie pożegnaliśmy się ciepło i w drogę. Szkoda, że jedziemy w przeciwnych kierunkach… wspaniale radosny człowiek!Ogólnie atmosfera na drodze jest świetna, motocykliści nam machają, nawet jakiś samochodziaż w cabrio pozdrawiał. Tylko duże turystyczne samochody, najczęściej z Niemiec, z całymi rodzinkami na pokładzie nas ignorują.69310023Przyroda wciąga coraz bardziej. To już inny świat… zapasy wody zaczęliśmy uzupełniać z górskich strumieni. Ale na wszelki wypadek gotujemy… strach przed położeniem wyprawy z powodu zatrucia jest ciągle obecny. Być tak blisko elektryzującego, przyciągającego od roku Nordkappu i nie dojechać przez zwykłą sraczkę??? O nie…

Chyba dość notatek na dziś. Jutro osiągniemy mam nadzieję zaplanowane wcześniej 100 km/dzień. Nordkapp w 6 dni! Aż trudno mi w to uwierzyć. Jednak zdaje sobie sprawę, że będzie coraz ciężej… Już teraz, chociaż pogoda jest przepiękna, to arktyczny klimat daje się we znaki. Wystarczy, że słońce na chwilkę zniknie za chmurami a już naciągamy bluzy. Wieczorami nawet słońce bez chmur nie pomaga… ziiimnooo…..

W tej chwili jest ok. godziny 23. Siedzę przy ognisku nad brzegiem jeziora, słońce wysoko ale jest tylko 12 st. C. W nocy będzie jeszcze zimniej. Pewnie za kilkaset kilometrów na północ zaczną się przymrozki. Obecnie o pobycie za kołem polarnym przypomina tylko niestrudzenie świecące 24 godz./dobę słońce…

DZIEŃ 5,6

Od ostatniego wpisu przejechaliśmy 205 km, czyli udało się utrzymać planowaną prędkość 100 km/dzień. Oby tak dalej! Ale polarny klimat coraz częściej pokazuje pazurki. Wczoraj uzupełnialiśmy zapasy w sklepie, było słonecznie i ok. 25 st. C. Nagle nadpłynęła sobie chmura… oczywiście bezbłędnie trafiła w słońce. Spadł deszcz i temperatura (do 14 st. !!). I to w ciągu kilku minut! Jazda w krótkich spodenkach nie miała sensu, kolana zaczynały skrzypieć. Wyciągneliśmy więc nasze syberyjskie ubrania. Długie spodnie, kurtki, czapki, rękawice… króluje wind-stopper. To naprawdę działa.69310027

Dzień upłynął spokojnie lecz niestety nie udało nam się znaleźć dogodnego miejsca na rozbicie namiotu i przenocowaliśmy na campingu. Pierwszy prysznic od 3 dni!!

Następnego dnia już cały czas jechaliśmy w ciepłych kurtkach. Do południa było może ciut za ciepło, ale później ubrałem jeszcze polar. Znowu problem z miejscem na namiot. Głodni, zmęczeni choć na szczęście nie przemarznięci szukaliśmy odpowiedniego miejsca chyba z pół godziny. Wreszcie zdecydowaliśmy się zanocować w miasteczku o ciekawej nazwie Djupavik. Namiot rozbiliśmy w krzakach przy drodze.

Na kolację ryż z cukrem, zupki w proszku i herbata z cytryną. Kończą się zapasy. Mamy jeszcze tylko jedną porcję próżniowo zapakowanych kabanosów… mogą leżeć miesiącami, niech będzie to nasza żelazna rezerwa. Z mapy pamiętam, że jutro powinniśmy mijać większe miasteczko, więc z głodu na razie nie zejdziemy 🙂

DZIEŃ 7

91 km. Dwa szaleńcze 5-cio i 7-mio km zjazdy (oczywiście równie mordercze podjazdy). Rano głodówka, dwa sklepy pod rząd zamknięte! Nie mamy już prawie nic do jedzenia, poszła prawie cała rezerwa. Ale jutro dojedziemy do Alty. Będzie mleko, mięso, jogurt i czekolada. A teraz spaaaać… nie mam już siły nic pisać…

DZIEŃ 8

100 km przed Altą jest bardzo męczący podjazd (czy w Norwegii są niemęczące podjazdy?? czy jest w ogóle coś poza podjazdami?? nawet zjazd  jest tak krótki, że to praktycznie też podjazd :)) ok, już nie marudzę) Za to na szczycie czeka wspaniała nagroda. Przepiękne widoki na ośnieżone fiordy, atmosfera małego górskiego miasteczka. Mnie osobiście to miejsce dodało sił na kolejne 50 km 🙂

Do Alty jednak nie dojechaliśmy. Rozbiliśmy namiot 15 km przed miastem. Niestety miejsce biwakowe posiadało na wyposażeniu darmowy podjazd, który przyjdzie nam pokonać następnego dnia. Kolejnym problemem jest brak śniadania na jutro. Zapowiada się ciekawie…69310036

DZIEŃ 9

Pierwsze 15 km z czego chyba ze 3 pod dużą górę ledwie przejechałem. Pamiętaj człowieku czytający ten tekst! Śniadanie jedz jak król, obiad jak mieszczanin a kolację jak żebrak! (to nie moje słowa niestety)

Alta to całkiem duże miasteczko. Znaleźliśmy bankomat i wreszcie uzupełniliśmy zapasy żywności. REMA 1000 jest najtańsza i niezawodna. Z cięższymi rowerami jedziemy wolniej, ale za to najedzeni do syta. W sakwach zapasy na 2-3 dni czyli na dojazd do Nordkapp’u

Nordkapp jest 240 km za Alta. Obecnie zostało nam już tylko 157 km. Dwa dni jazdy, o ile nie pojawią się podjazdy. Nie czuję jak rymuję 🙂 A propos podjazdów. Dzisiaj zaobserwowaliśmy rzecz niesamowitą chyba na skalę całej Norwegii. Przez ponad 40 km jechaliśmy… uwaga… nie, nie pod górę. Ani też nie z góry… to była prosta! Jak Grunwaldzka! Już prawie zapomniałem, że istnieje coś takiego jak prosta droga :)) Nadrobiliśmy dzięki temu stracony w Alcie czas i wypoczęci dojechaliśmy do miejsca biwaku. Kolejne 100 km za nami. Ciekawe tylko co przyniosą dwa następne dni. Podobno mamy wjechać na 1000 m n.p.m… a to oznacza 20-sto kilometrowy podjazd jak w banku! :((

DZIEŃ 10

Już prawie Nordkapp! Jeszcze tylko 60 km. Rozbiliśmy namiot na jakimś polu, tata ma problemy z rowerem. Mam nadzieje, że to nie będzie nic poważnego. Dzisiejsze 95 km było wspaniałe, prawie płaskie z niewielkimi pagórkami. Pogoda również znakomita. Czy coś więcej potrzebne jest do szczęścia? Acha, jedzenie też mamy! Jutro Nordkapp… wymarzony i planowany od dawna…

DZIEŃ 1169310053

NORDKAPP ZDOBYTY. Ale co to była za droga… podobno im większym trudem coś przychodzi tym bardziej poźniej to cenimy. My w takim razie wyprawę na Przylądek Północny, a szczególnie jej ostatnie kilometry cenić będziemy do końca życia!

Ale po koleji. Już poprzedniego dnia zaczęły się kłopoty. Do tej pory wszystko szło zgodnie z planem aż nagle rower taty odmówił posłuszeństwa. I to 60 km od celu wyprawy! Tylne koło biło dość mocno, a raczej opona nie koło. Felga prosta jak drut. Do tej pory nie wiemy co z tym zrobić, wczoraj tata długo negocjował z rowerem nowe warunki współpracy – bez skutku. W końcu, z nadzieją informatyka, że „samo przejdzie”, poszliśmy spać. W nocy po raz pierwszy od początku wyprawy spadł duży deszcz. Waliło o namiot niemiłosiernie i już straciłem prawie nadzieję na suchą pobudkę. Ale o 8 deszcz sobie przeszedł. Tutaj chciałbym przypomnieć, że w okresie, w którym tu przebywamy nie ma nocy. Więc „w nocy” budząc się nie można nawet orientacyjnie ocenić pory dnia, gdyż zawsze jest widno. A o zegarkach zapomnieliśmy wiele dni temu. Sporadycznie korzystamy z tych w licznikach rowerowych.

Ostatnie 60 km! Co za radość! To nic, że niebo mocno zachmurzone i czasami pada. Jesteśmy już prawie na Nordkappie!!

69310060Ruszyliśmy ok. 10 rano. Po kilkudziesięciu km z daleka zamajaczył wjazd do tunelu. Normalka – myślę. Wcześniej przejeżdzaliśmy już przez dwa. Pierwszy cios spadł gdy się okazało, że tunel ma 7 km długości. O… to coś nowego. Jechać w tym smrodzie aż 7 km? Jeszcze brakuje mi tylko podjazdu – myślę sobie. No trudno… nie jestem tutaj dla przyjemności, trzeba jechać.  Nagle drugi cios. Tunel podejrzanie stromo opada w dół… więc gdzieś po środku będzie zapewne PODJAZD!! W tunelu?! Długości zapewne 3,5 km?? W smrodzie… ciemności… i jeszcze pod górę?! Pochylenie 9%, prosto do wnętrza ziemi. Zdejmujemy okulary, zapinamy bluzy bo w tunelach zimno i start w szeleńczy zjazd. Niesamowite to uczucie gdy jedziesz rowerem w głąb wykutego w skale tunelu z szybkością 40 km/h (hamując ostro, bo tam 60 bez problemu da się wyciągnąć) Na dodatek te odgłosy. W tunelu zbliżający się samochód słychać jak niesamowity jazgot dostający się ze wszystkich stron jednocześnie. W sumie moje wrażenia mogę zamknąć w słowach: podróż do wnętrza Morii + dźwięki i klimat Cube’a :))

Ten tunel nie przyszedł nam łatwo. Na środku długości zaczął się podjazd (to oczywiste) i dawaj 9% pod górę. Nie było to miłe, ale w porównaniu do następnych wydarzeń życzylibyśmy sobie jeszcze 10-ciu takich tuneli!

Kolejne kilometry bez zmian, chociaż zaczął wiać silny wiatr. Momentami ciężko było jechać ale nie zwracaliśmy na to uwagi. Drugi tunel – 4 km ale bez podjazdu – spoko.

Wieje już jak diabli, prawie zrzuca z roweru, ale jedziemy dalej. Do celu 30 km. Zaczynają się góry (znaczy podjazdy), a im wyżej tym mocniej wieje. Gdy jest boczny wiatr to pochylamy się mocno na bok jadąc wbrew sile grawitacji. Ale nadal do przodu, wolno bo wolno ale do przodu.

Kryzys nastąpił 20 km od celu. Wtedy dopiero doceniliśmy możliwość poruszania się rowerem. Oddalibyśmy wiele chociaż za przejazd 5 km/h. Ale niestety takiej możliwości nie było, wiał huragan. 20 km od upragnionego celu! Jak trzeba to pójdziemy na piechotę.

Kręta droga prowadzi stromo do góry, samochody i motocykle wjeżdzają, ale my musimy prowadzić rowery. Ha, żeby było to takie proste! Nie da się nawet iść! Rower obciążony ładunkiem zachowuje się jak żagiel i ściąga na boki. Na szczęście jest ciężki więc daje równocześnie jakies oparcie.

Posuwamy się dosłownie krok za krokiem nie słysząc nic oprócz wyjącego wiatru. I caly czas pod górę. Na szczycie jest jeszcze gorzej, wiatr tak silny, że ciężko ustać, w dodatku podmuchy są strasznie mocne i krótkie zadając pojedyńcze prawie zwalające z nóg ciosy. Nie wiem jak długo trwał ten koszmar… to były godziny.

Gdzieś w drodze zatrzymuje się przed nami autokar pełen turystów. Wybiega z niego kierowca z dwoma puszkami piwa i wręcza mojemu ojcu klepiąc go serdecznie po plecach. Odjeżdzają za chwilę machając z okien. Autokar chyba niemiecki lub duński. A my znowu jak te barany stoimy i dziwimy się z normalnego, ludzkiego gestu… to naprawdę inny świat.

Trochę nas to podnosi na duchu, ale wiatr gwiżdże na to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Siadamy wymęczeni na poboczu, chwila odpoczynku, łyk wody, baton, i w drogę. Wiatr jakby mniejszy, może to sił więcej… Ale jednak nie! Da się jechać! 5 km/h ledwo panując nad ciężkim rowerem ale JEDZIEMY! Co za ulga… buty SPD nie są stworzone do chodzenia…

Jedziemy juz 10 km/h, wiatr cichnie, mamy już tylko 15 km do celu. Podnosi się mgła, po niebie niskie chmury pędza jak oszalałe. Nordkapp broni się przed ciekawskimi turystami…

Po 5 km, czyli ok. 10 km od celu przed nami duży podjazd. Wygląda przerażająco, ale i pięknie niknąc wysoko w chmurach. Sylwetki jadących tą serpentyną samochodów po prostu nagle rozpływają się…

Wiemy już co nas czeka. Ale tydzien jazdy górskiej po 100 km/dzień wyrobił mięśnie. Damy radę. Jeszcze tylko kilka kroków… ostatni posiłek u stóp drogi do piekieł…

Podjazd atakujemy indywidualnie, każdy swoim tempem. Tak poruszaliśmy sie do tej pory robiąc tylko wspólne przystanki.

Jadę pierwszy. Umawiamy się na spotkanie dopiero na szczycie. Wjeżdzam powoli, ale z każdą chwilą widzę zbliżający się pułap chmur. Również widok w dół staje się mlekowaty… zaczyna się rozpływać. Już. Jestem w chmurze. Widoczność 10 metrów, cisza, mleko, po lewej stronie przepaść a raczej mleko. Przede mną i za mną też mleko.  Samochody i motory, które mnie czasami mijają (raz na minutę, dwie) znikają w kilka sekund. Niesamowita atmosfera ciszy, spokoju. Jadę sam slysząc tylko swój oddech, dzięki pasom na drodze wiem, że w ogóle poruszam się do przodu. Jak we śnie… zmęczenie, adrenalina, bliskość upragnionego celu, zmienność warunków – to wszystko składa się na te niesamowite odczucia.

Wreszcie szczyt, czekam w ciszy na tatę. 20 minut później wyłania się nagle obok mnie z mgły. Dalej podróżujemy już koło w koło. Zostało 5 km. A może 3.

Mleko otacza nas ze wszystkich stron. Czy to już? Co za wilgoć, rowery mokre jak po ulewie. Może to już za chwilę? Wiatr się wzmaga… znowu wieje huragan, ale da się jechać. Teraz nie poddamy się na pewno.

Po bliżej nie określonym, bo indywidualnie dla każdego z nas płynącym czasie docieramy do bram Nordkappu. Opłata prawie 200 koron/osobę!! Tego nie było w budżecie… Ostatnie pieniądze przeznaczyliśmy na transport statkiem z Nordkappu na Lofoty (a co, takie mamy plany!) Podjeżdzam do bramki, musiałem wyglądać dziwnie, zmęczenie było zapewne widoczne spod mojej „zbroi” czyli kasku, czapki z pod niego wystającej, ciemnych okularów i dużej torby ze sprzętem foto, którą całą drogę wiozłem z przodu na własnej klacie.

– Dzień dobry, skąd jedziecie?
– Z Polski…
– O mój Boże! Taki kawał! Zapraszam, nic nie płacisz oczywiście!

Nie jestem pewny czy chodzilo o rowery, o Polskę czy o moje zmęczenie. Grunt, że nie musieliśmy nic płacić! :)))

Jedziemy dalej, mleko wszędzie, głucho wszędzie, czy ten Nordkapp wreszcie będzie?

Coś się wyłania z mgły, rząd autokarów, później jakieś motory i ludzie przy nich, budynek. Koniec. I tak niewiele widać. Objeżdżamy teren ale ani śladu słynnego globusa! No nic, później, najpierw zrobić dom i iść spać.

Wchodzę do budynku, tłum turystów, restauracja, kawiarnia, poczta, sklep, pod ziemią jak się później okazało kaplica, sala video, druga restauracja z orkiestrą, wystawa prezentująca historię Przylądka.

Ok, ale ja chcę rozbić namiot.

– Gdzie mogę rozbić namiot? – pytam w informacji
– Poza terenem parkingu gdziekolwiek chcesz

Wyłazimy poza parking i nagle znajdujemy się na księżycu! Wszystko zniknęło… wszędzie mleko, ziemia twarda, kamienista, koszmar każdego turysty chcącego rozbić namiot. I na dodatek wieje jak diabli! Ale przecież spać musimy. Rozkładamy namiot, lecz wyszedł nam przez przypadek spadochron. A raczej latawiec… pękł też jeden z fragmentów szkieletu namiotu. Nie da rady.

Wracam do informacji i pytam gdzie mogę wynająć pokój. Dostaję plan campingów i hoteli w okolicy. Najbliższy jest o 5 km w dół tą przeklętą drogą w chmurach. Bez świateł i przy takim wietrze nie ryzykujemy zjazdu. Zresztą chcemy spać!

Obchodzę teren dookoła. O! Jakiś globus! Ale to później. Widzę, że oprócz dużego budynku z restauracjami jest też mały drewniany domek przy szlabanie. Po zawietrznej są już rozbite dwa namioty. Budynek co prawda oznaczony PRIVATE, ale z właściwielami będziemy walczyć później. Teraz nikogo tam nie ma. Wróciłem na księżyc i przenieśliśmy graty.

I tak oto, po takim właśnie dniu pełnym wrażeń, który jednomyślnie okrzyknęliśmy najtrudniejszym dniem wyprawy, piszę te słowa leżąc w namiocie na Przylądku Północnym. Marzenie się spełniło…

Namiot obłożony kamieniami, nie dało się tutaj wbijać szpilek. Ale to nie ważne, przecież trzyma i daje schronienie, przeczekamy mgłę, zrobię wymarzone zdjęcia i wracamy! Kurs na Lofoty!69310031

DZIEŃ 12

Budzi mnie wiatr miotający namiotem. Godzina 3:30. Wstaję, otwieram drzwi i… pędem zaczynam się ubierać szukając jednocześnie torby foto.

Widok jest NIESAMOWITY! Porażąjący! Nie potrafię tego opisać więc nie będę. Może chociaż zdjęcia coś przekażą…

Kilka godzin leżałem na Przylądku, ponad chmurami, opalając się o godzinie 4 rano w promieniach polarnego słońca. Przy ambientowych dźwiękach Fahrenheit Project. Wokół zero wiatru. Zero chmur nade mną. A poniżej… coś pięknego… aż po horyzont wspaniała kołdra chmur przykrywająca Morze Barentsa. Dalej już tylko Biegun… dotarłem na koniec świata.

Tekst i zdjęcia: Andrzej „scoot”
Kilka słów o sprzęcie.
Nasze rowerki to Merida Anaconda Alu (mój) i Kelly’s (tata)Generalnie problemu ze sprzętem nie mieliśmy. Oprócz opon ojca, które popękały w drodzę powrotnej 🙂
Jednak przy okazji takiej wyprawy chciałem przetestować kilka elementów, i tak:
  • amortyzator RST GAMMA AET – poniżej +10 st. C elastomer zastyga. poza tym OK
  • pedały TIME ATAC – rewelacja. pod dwóch sezonach w środku nie ma śladu zużycia.
  • szczęki hamulcowe LX (równoległe prowadzenie klocków) – dwa sezony + wyprawa do Norwegii = brak luzów
  • korba TRUVATIV FIREX – 5000 km wraz z Norwegią = OK
  • licznik sigma 1400 – wszystkie warunki. nie paruje i nie sprawia problemów. OK
  • kaseta LX – po 4500 km WYMIANA :((( liczyłem na coś więcej. Norwegia ją dobiła
  • łańcuch PC68 – j.w. (kupowany razem z kasetą)
  • tylne koło MAVIC UST TUBELESS – 4500km, wszystko OK pomimo dużych obciążeń w Norwegii. Od czasu zakupu nie pękła dni jedna szprycha, nie było tez potrzeby poważnego centrowania.tylna przerzutka XT – 4500km, wszystko OK
  • przednia przerzutka SRAM 5.0 – problemy z wciąganiem łańcucha, odpada chrom.. tandeta ale działa
  • opony PANARACER MACH SK/SS – super! 7000 km w tym Norwegia
  • opony CONTINENTAL – OBIE ROZDARŁY SIĘ NA TRASIE!
  • sakwy ORTLIEB BACK ROLLER – REWELACJA. mogę więcej napisać na priv.
  • długie spodnie BIEMME (wind-stopper) – bardzo dobre.
  • bluza rowerowa ALPINUS BIKO (hydrotex) – super! dwa sezony bez problemów
  • czapka BIEMME (wind-stopper) – super
  • rękawice CM (windtex) – ciepłe, dobrze leżą na dłoni ale przemiękają
  • kask MET ANAXAGORE – świetny. lekki, dobra wentylacja, dobrze leży również na czapce. na szczęście nie był potrzebny więc nie wiem na ile skuteczny
  • bagażnik Tranz-X – uwaga tandeta! niedokładne spawy, nieprzemyślana konstrukcja. rozpadają nam się regularnie (mi na Bornholmie a ojcu w Norwegii)
  • namiot ALPINUS MOONSHADOW 3 – fajny namiocik, do środka pod tropik wchodzą dwa rowery! dużo miejsca dla dwóch osób z dużym bagażem. dobrze chroni przed ulewą (o ile jest naciagnięty) jednak szkielet z włókna szklanego to nie jest dobry pomysł 🙁
  • śpiwór ALPINUS WOLF (komfort chyba przy -5) – bardzo dobry. ciepły, szybko schnie
  • okulary rowerowe BBB z wymiennymi szkłami – super. wytrzymałe, lekkie, wymienne szkła
  • body CANON EOS 620 – bardzo solidne body. metalowy bagnet. pracuje w każdych warunkach (testowany nawet przy +50 st. C w Egipcie)
  • obiektyw CANON 50mm f:1.8 USM II – świetne szkło. szkoda, ze plastykowa obudowa. proponuje wersję I
  • obiektyw CANON 35-80mm f:4-5,6 – niezły amatorski zoom. przy f:8.0 można robić znaczne powiększenia bez dużej utraty jakości.
  • torba LowePro – wersja z „szelkami”, która można nosić przed sobą. rewelacja dla rowerzystów. W środku ochronny kaptur w przypadku ulewy. przetestowane. super!
  • slajdy FUJI PROVIA 100F i VELVIA 50. rewelacja. przez miesiąc leżały w różnych temperaturach (od -5 do +30) co nie spowodowało (jak dla mnie) pogorszenia jakości zdjęć
  • odtwarzacz minidisc SONY MZ-R500 – rewelacja na daleką podróż! solidny. na jednym paluszku gra 48 godzin. mieści się w małej kieszeni. jedna kasetka mieści dwie płyty CD AUDIO w jakości CD lub 5 w znacznie gorszej, ale akceptowalnej na rowerze jakości
  • słuchawki KOSS SPORTA PRO – rewelacja! wspaniały dźwięk (przetworniki ze stacjonarnych słuchawek), składane na kilka sposobów. dwa sposoby noszenia (pałąk u góry lub z tyłu głowy).

This entry was posted in Wyprawy and tagged , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post. Post a comment or leave a trackback.

1 Trackback

  1. […] Wspomnienia z wyprawy na Norkapp […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Your email address will never be published.


+ 3 = jedenaście