Rajd do źródła Marii 2006

Po tych opadach deszczu nareszcie zaświeciło słoneczko, więc wsiadamy i jedziemy.

Na wyznaczone spotkanie przyjechały tylko cztery osoby… bardzo skromnie, widocznie ostre podjazdy i błotko nie każdemu to odpowiada. Tak, więc w 5-cio osobowym składzie ruszyliśmy w kierunku ul. Szopena, gdzie wjechaliśmy do lasu. Na początku nie było tak źle, trochę prostych odcinków, jak również dziur i kamieni.

Po ok. 1 km rozpoczął się ciężki i dość długi podjazd. Przyznam szczerze, że tu miałem mały problem, ale jakoś się wciągnąłem na górę ufff nareszcie, teraz będzie trochę odpoczynku paręset metrów drogi prostej. I znowu podjazd może nie taki długi, ale wjeżdżamy na niego wszyscy bez problemu. Coś mi ta przednia przerzutka szwankuje, jak chce to przerzuci bieg, albo i nie przerzuci.

Jak jest podjazd to i musi być zjazd i nareszcie jest…. puszczam klamki i w imię Boże pędzę do przodu, dobrze, że mam pedały zatrzaskowe bo w przeciwnym bowiem wypadku siedziałbym na ramie, a nogi latałyby w powietrzu. Mój Manitou pracuje bez zarzutu, ładnie wybiera nierówności.

I tak dojechaliśmy do szlaku niebieskiego, po którym mamy przejechać, aż się ciepło robi jak pomyślę o tych szaleńczych zjazdach po tej śliskiej nawierzchni.

Zatrzymaliśmy się w celu poinformowania wszystkich, co nas czeka na tym błotnistym zjeździe, zresztą nie jest on jeden. Jeden z kolegów zrezygnował z tego zjazdu i zjechał bokiem po asfalcie.

Ruszyliśmy, ale w dość dużych odstępach jeden od drugiego. Ta droga jest bardzo niebezpieczna ze względu na śliskie gałęzie i korzenie… zjeżdżam dość szybko i wjeżdżam na górkę. Mięśnie naprężone na maxa a takich podjazdów było kilka pod rząd. Przy każdym ostrym zjeździe nadal pedałowałem jednocześnie hamując obydwoma hamulcami… w ten sposób nie zablokuje się tylne koło. I został ostatni zjazd, z którego trochę się jednak obawiałem, że wpadnę w poślizg i przelecę przez kierę. Do połowy zszedłem a dalej to już zjechałem na sam dół gdzie czekało dwóch kolegów.

Gdy wszyscy zjechali, więc ruszyliśmy asfaltem do dworku oliwskiego i tam skręciliśmy do następnego lasu.

Tu czekał nas ponowny długi męczący podjazd o długości 1 km, kiedyś go mierzyłem.

Każdy podjeżdżał własnym tempem…..dość często popijałem izotonik… no nareszcie koniec męki. Teraz to już będzie trochę odpoczynku, bo droga bez wzniesień. Trochę jechaliśmy czarnym, a później żółtym szlakiem, aż w końcu zjechaliśmy ze szlaku.

Ponowny długi podjazd, ale niezbyt wymagający aż w końcu dojechaliśmy do Owczarni. Dalej przekroczyliśmy ul. Spacerową i wjechaliśmy koło nadleśnictwa na szlak czerwony a następnie żółty, którym to dojechaliśmy do Źródła Marii. Tu nastąpił po 30 km pierwszy odpoczynek… fotka, jakiś posiłek i w drogę. Dalej to już poprowadził „Mudia” naturalnie w dalszym ciągu lasem.

W koncu doprowadził nas ponownie do Owczarni, czyli zrobiliśmy wielkie koło. Zapomniałem wspomnieć, iż dwie osoby wcześnie się odłączyły, ponieważ tam im było bliżej do domu. „Mudia” również nas pożegnał przed mostem do Owczarni i zawrócił do domu.

Zostałem z Markiem, z którym to tłukliśmy się po bagnach dziurach, kamieniach, aż w końcu zmęczyliśmy tę drogę i dobrnęliśmy do Oliwy a we Wrzeszczu pożegnaliśmy się , każdy pojechał własną drogą. Tak, więc nasza dzisiejsza przygoda się zakończyła, było bardzo miło i pogoda również nam dopisała. Niech żałują Ci, co nie pojechali, bo powtórki już nie będzie.

Mieczysław Butkiewicz

asfalt=brak

dystans=50

kondycja=normalna

profil=normalny

trud=normalny

m=Osowa

szlak=żółty

obszar=TPK

typ=rowerowy

This entry was posted in Relacje and tagged , , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post. Post a comment or leave a trackback.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Your email address will never be published.


× osiem = 48