Tour de Pologne by Flash

Przejechać całą Polskę chciałem już od jakiegoś czasu. Początkowo miała być to wyprawa dookoła kraju, ale ostatecznie względy finansowe, jak i ograniczona ilość czasu kazały mi pójść nieco na łatwiznę, czego jednak nie żałuję. Przyjdzie czas, że nadrobię zaległości i zwiedzę te miejsca, które ominąłem.

Z Gdańska wyruszyłem 21 maja 2007. Pojechałem przez Żuławy, Tczew, Kwidzyn w kierunku Radzynia Chełmińskiego, bo chciałem ominąć Grudziądz, ale droga okazała się bardziej skomplikowana niż to mapa podpowiadała… w rezultacie pojechałem przez Grudziądz,który chciałemominąć, nadrabiając trochę kilometrów. W końcu jednak dojechałem do ruin zamku, w których spędziłem prawie 2 godziny… sporo. Na Chełmno zabrakło czasu. Po przejechanych 230 km dzień skończyłem w Toruniu.


Środę i czwartek potraktowałem lajtowo, więc jechałem głównie asfaltami, ale oczywiście bocznymi – kiedy tylko było to możliwe. Do
Płocka planowałem wjechać od północy bocznymi ścieżkami. W poszukiwaniu przygody. Tak jednak skręcałem z wąskich asfaltów, w polne, a następnie leśne ścieżki, że droga wyprowadziła mnie w pole, i to dosłownie. Zawróciłem więc do najbliższego gospodarstwa, gdzie spytałem o drogę. W odpowiedzi usłyszałem , aby kierować się prosto, nawet, gdy „droga zmieni swój stan na nieprzejezdny na odcinku kilkuset metrów, ale rowerem powinno się panu udać przejechać”. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Droga przede mną wyglądała normalnie, chociaż sporo było w niej kamieni i wyrw. Po chwili jednak potwierdziły się słowa gospodarza. Szkoda, że nie wspomniał o licznych szkłach i pokrzywach, ale cóż, na zjeździe nie miałem serca hamować. Na szczęście żadnej gumy nie złapałem.
Nazajutrz (wtorek) udałem do miasta i zakupiłem kilka map. Z miasta Kopernika wyjechałem po 11. Jechałem wzdłuż rzeki Drwęcy. W lesie ubite lub szutrowe dukty, tylko miejscami błotniste. Dopiero kilka kilometrów przed Brodnicą szlak żółty zrobił się trochę bardziej wymagający, ale przynajmniej przekonałem się do możliwości przyczepki.


Następnego dnia w drogę ruszyłem przed godz. 10. Czekał na mnie odcinek szosowy, ostatni z takich naprawdę płaskich. Dopiero tuż przed Częstochową miałem jeden dłuższy podjazd. Tym oto sposobem po prawie 700 km znalazłem się na
Jasnej Górze. Na miejscu spotkałem się z kolegą.Przy fontannie w Płocku zrobiłem dłuższy odpoczynek. Następnie przez kilka najbliższych kilometrów skazany byłem na asfalty bardziej ruchliwe, niż te dotychczasowe. Za Sobotą zatrzymałem się na dłużej obok stadniny koni i remontowanego pałacyku. Do Rogowa (koło Łodzi) zajechałem już w egipskich ciemnościach

Na Jurę Krakowsko-Częstochowską udało mi się wyjechać dopiero po 12 dnia nastepnego.


W niedzielę rano okazało się, że moje spodenki się dość mocno porozrywały. Zwiedzanie
Krakowa rozpocząłem więc od tutejszych sklepów rowerowych, a w zasadzie jedynego czynnego.Zwiedzanie Jury zacząłem od czerwonego szlaku rowerowego, zaczynającego się w Mirowie, na drodze będącej niejako przedłużeniem ulicy prowadzącej z Jasnej Góry, więc trafić na niego jest dziecinnie łatwo. Szlak ten prowadzi przez najciekawsze dostępne rowerom okolice Jury i ma niecałe 200 km, więc z powodzeniem można pokusić się o pokonanie go w całości w ciągu dobry, ale bez przyczepki. Aby zobaczyć więcej często odbijałem na inne szlaki rowerowe, a także piesze. Naprawdę wspaniałe tereny, aż zacząłem żałować, że na Jurę znalazłem tylko niecałe 2 dni. Kiedyś tu wrócę. Co do jednego nie ma wątpliwości, Olsztyna, Podzamcza i Ojcowskiego Parku Narodowego ominąć nie wolno.


W poniedziałek z K-K (gdzie ugościł mnie znajomy poznany przez internet) pojechałem przez
Górę Świętej Anny (charakterystyczne okazały się drzewa wzdłuż drogi na te górę – cały czas czereśnie), Opole, Brzeg i Jelcz-Laskowice do Wrocławia, gdzie spotkałem się twórcą stronywww.bikestats.plNiespodziewany wydatek, ale przecież nie będę świecił gołymi pośladkami. Przy okazji postanowiłem wyregulować przednią przerzutkę, która przez całą Jurę szwankowała, no i okazało się dlaczego – po prostu to były jej ostanie chwile. Właśnie mijała godzina 15, więc – o zgrozo – zdecydowałem się do Kędzierzyna-Koźla podjechać pociągiem. Miałem godzinkę do pociągu, więc wyskoczyłem na rynek. Niestety na Wawel czasu nie znalazłem, ale cóż, inny razem.

We wtorek razem z Błażejem uderzyliśmy na Ślężę (718 m n.p.m.). Podobno i bez przyczepki ciężko tam wjechać, więc co ja tam robiłem? Cóż, mały odcinek musiałem pokonać pieszo ze względu na luźne kamienie, ale ostateczne podjechałem, nawet pod ostatni najbardziej stromy odcinek pokryty kocimi łbami. Widoki niesamowite, wszędzie dookoła płasko aż do znudzenia.

Dalej już samotnie podążyłem przez Świdnicę w kierunku Głuszycy. Asfaltowa część zjazdu to czysta poezja i relaks. Nie walczyłem o rekordy prędkości, regenerowałem siły, a i tak do Jędrzejowic toczyłem się ślimaczym tempem, ciesząc oczy zielenią dookoła. Ostatnie 20 km do Głuszycy to ciągły, delikatny podjazd, który mnie okropnie wymęczył. W końcu, po pokonaniu 1200 km, licząc od Gdańska, dojechałem do celu pośredniego, tj. mogłem już odczepić przyczepkę.


W czwartek już się tak nie oszczędzałem i z samego rana wyskoczyłem w kierunku przejścia granicznego w
Tłumaczowie. Na Czechy nie miałem wyraźnego pomysłu, po prostu „pomacałem” tutejsze cyklo-trasy i oglądałem ciekawą architekturę, ciekawe rozwiązania i zadbane gospodarstwa. Naszych południowych sąsiadów opuszczałem przez przejście w Radkowie.Centrum Głuszycy, a zarazem najniżej położony punkt tutejszych szlaków MTB znajduje się na wysokości 450 m n.p.m. Na pierwszy ogień poszła Waligóra (936 m), najwyższy szczyt Gór Kamiennych. Szlaki wchodzące w strefę MTB Głuszycy pokryte są zazwyczaj szutrem, skruszoną skałą i kamieniami, miejscami są to leśne dukty, a tylko pierwsze kilkaset metrów wyjeżdżające z miasta to asfalty. Tego samego dnia zaliczyłem jeszcze wjazd na popularną skałkę, po czym zrobiłem kilka rundek po okolicznych asfaltach przez Jedlinę i Grzmiącą.

Następnie czekał na mnie podjazd do Karłowa, po drodze jednak odbijałem na inne szlaki, m.in. prowadzący do Wambierzyc. Jechałem przez Kudowę, gdzie można obejrzeć kaplice czaszek, do Dusznik, gdzie zatrzymałem się na obiad. Do tego łyk wody jednego z ujęć wody źródlanej, na przeciwko dworu Chopina i mogłem zacząć myśleć nad powrotem.


No, ale dość już tych ciężkich blacho-smrodów, odbiłem więc w lewo, na
Wambierzyce, gdzie znajduje się imponująca bazylika, zresztą sam wjazd do wsi robi pozytywne wrażenie. W Ratnie miały być ruiny i były, ale jakoś nie zachęcały do zwiedzenia, więc ruszyłem w kierunku Ścinawki Górnej skąd skrótem udałem się przez Bieganów do Nowej Rudy. Hmm, albo ten podjazd był tak masakryczny, albo akurat trafiło na jakiś kryzysik. Na pocieszenie po wjeździe czekało na mnie całe mnóstwo poziomek, które mogłem zrywać garściami. Widać, że tędy nikt nie jeździ, ani nawet nie chodzi. Dobrze, że coś przekąsiłem, bo wywłaszczenie na którym się znajdowałem okazało się zaledwie połową podjazdu, który zresztą nagle przestał być asfaltowy, ale to akurat nic nowego w tych stronach. Oczywiście mogłem jechać głównymi drogami, ale one nie zapewniają takich przewyższeń i widoków. Po drugiej stronie, na odcinku tuż przed miastem jazda przypominała spadanie w przepaść – sprawne hamulce niezbędne. Do Głuszycy dojechałem o zachodzie słońca.Do Szczytnej uderzyłem główną drogą. W ramach odpoczynku od samochodów ciężarowych zaaplikowałem sobie mały podjazd (3 km) do zamku, który naprawdę warto odwiedzić. Dostępna jest tam platforma widokowa. Na chwilę wróciłem na główną drogę. Do Polanicy był długi zjazd, niezbyt stromy, bo do 60 km/h dochodziłem bardzo powoli. Ach, co tu pisać, uczucie miałem takie, jakbym znajdował się w tunelu aerodynamicznym. Po prostu dało się poczuć, jak śmieszne drobiazgi mają wpływ na prędkość, opory powietrza. Hmm… pouczające.


Z miasteczka podjechałem serpentynami do byłej kopalni srebra – nie wiem jak głęboko można wejść, ale kilkanaście metrów co najmniej. Niestety było tam całkiem ciemno, a lampkę rowerową mam przyklejoną do kierownicy na stałe, więc ruszyłem dalej. Piękne okolice, raczej pomijane przez wszelki ruch samochodowy i turystyczny. Tu pierwszeństwo ma gospodarz prowadzący konia na łąkę.
Dzień Dziecka spędziłem na zabawie z… rowerem, rzecz jasna. Wjechałem na skałkę, a następnie podążyłem żółtym szlakiem w kierunku podziemnego miasta – Osówka. Tu niestety na wejście czekały już dwie wycieczki, więc tę atrakcje zaliczę przy innej okazji. Kolejnym celem była Wielka Sowa (1015 m). Po drodze nie omieszkałem pobłądzić. Zaliczyłem też jeden z najbardziej stromych podjazdów w okolicy, na którym trenują tutejsi kolarze. Na szczyt wspomnianej góry udałem się, trochę nieświadomie, czerwonym szlakiem pieszym, zjechałem natomiast żółtym szlakiem pieszym (przez Małą Sowę) do Walimia. Zjazd w całości techniczny, tylko kamienie, głazy i gałęzie. Połowę, jeśli nie większość czasu, miałem wciśnięty przynajmniej jeden hamulec.


2 czerwca pojechałem do
Wałbrzycha. Miejscowość ta od lat się nie zmienia. Polecałbym jej unikanie, gdyby nie zamek Książ i kilka szlaków MTB, które akurat były częściowo zabłocone i zaniedbane (pełno połamanych gałęzi). – Nic tu po mnie – pomyślałem.Dojeżdżam i robię rundkę dookoła Jeziora Bystrzyckiego (zbiornik retencyjny), które od strony Lubachowa jest blokowane przez kamienną tamę o wysokości 44 m i 230 m szerokości. Zbudowano ją w latach 1914-1917. Ciekawostką jest to, że pod wodami Jeziora Bystrzyckiego była kiedyś wioseczka Schlesierhtal (Wieś Dolna), która została zatopiona. Tego dnia odwiedziłem jeszcze Pałac w Jedlince i tradycyjnie Waligórę.

Następneg dnia mimo niesprzyjającej pogody ruszyłem do Wrocławia. 80 km udało się przejechać w niecałe 3 godziny, więc zanim spotkałem się ze znajomymi z tego miasta, pozwoliłem sobie na małe zwiedzanie, m.in. parku, ścieżek rowerowych. Zahaczyłem również o sklep rowerowy.

Wyjeżdżając z Gdańska miałem nadzieję, że również uda mi się wrócić rowerem , jednak w domu czekał już rozpoczęty remont i każdy dzień się liczył (przynajmniej dla mojej rodziny). Zapadła więc decyzja o powrocie pociągiem, wyjeżdżającym o północy z Wrocławia. Pomimo tego, że pociąg jechał do Gdyni, ja wysiadłem o 6:22 w Laskowicach. Zaopatrzyłem się tylko w trochę prowiantu i ruszyłem asfaltami przez Wdecki Park Krajobrazowy. Bocznymi drogami prawie jak po ścieżce rowerowej, klimatycznie, zwłaszcza przed Gogolewem, gdzie skusiłem się na skrót, kocie łby, kałuże, trochę piachu… Miłe urozmaicenie. W Gniewie udałem się do zamku. Po pokonaniu promem Wisły, już od Jarzębiny poczułem, że jestem tak blisko, iż czas uruchomić rezerwy. Starałem się już nie zwalniać, bo o 16 miałem być w domu na obiad, a o 15 miałem odwiedzić koleżankę, która niedawno miała ciężki wypadek na rowerze… a przecież w Tczewie byłem dopiero kilka minut po 13. W końcu jednak dojechałem.


Po Polsce można podróżować rowerem i to bezpiecznie. Wystarczy wybierać drogi, którymi samochody jeździć nie mają po co, lub nie mogą. Niestety czasem trzeba przez kilka kilometrów się pomęczyć (psychicznie) z tymi potworami. Na koniec prawda powszechnie znana: niektórzy kierowcy są życzliwi rowerzystom, ale jeśli tak jest, to prawie na pewno jest to rowerzysta, który akurat z przymusu siedzi za kółkiem. Dobrym przykładem może być kierowca wyprzedzający mnie w drodze powrotnej, w okolicach Starej Wisły, który tak był zainteresowany przyczepką ExtraWheel, że zajechał mi drogę, aby mnie zatrzymać i wypytać o co się tylko dało. Nie był to żaden problem, odetchnąłem. Co prawda wybił mnie lekko z rytmu, ale i tak pozdrawiam.
Podsumowanie:
– 1831 kilometrów
– 1086 zdjęć

tekst i zdjęcia: Tomek Bagrowski „Flash”

foto: Canon A40

asfalt=max

dystans=400

kondycja=normalna

profil=normalny

trud=niski

m=Tczew

m=Zulawy

m=Grudziądz

m=Kraków

m=Olsztyn

atrakcja=panorama

typ=rowerowy

This entry was posted in Wyprawy and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post. Post a comment or leave a trackback.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Your email address will never be published.


+ 3 = cztery