Skandia MTB Maraton

1Po rocznej przerwie ponownie zdecydowałem się wystartować w maratonie. Długo zastanawiałem się jaki wybrać dystans, krążył mi po głowie 92 km, ale juz dzisiaj wiem na pewno, że dobrze wybrałem decydując się na 61 km. Trasa była ciężka i górzysta. To była walka ze skurczami. Na ten dystans zgłosiło się ok. 206 zawodników  Wszyscy wystartowali razem, ale po pewnym czasie peleton zaczął się rwać na mniejsze grupki.  Na samym początku byłem w środku, wiedząc o tym, że i tak ci silniejsi wyprzedzą mnie. Lekko zwolniłem i swoim tempem jechałem  rozkładając2 odpowiednio siły, aby dojechać do mety. To był mój najważniejszy cel. Już na 13-tym kilometrze dojechałem do górki, na którą trudno było wejść pieszo, a co dopiero wjechać. Nikt z otaczających mnie zawodników tego podjazdu nie zaliczył. Pomyślałem sobie: jak tak się zaczęło na początku trasy to co będzie dalej? Ledwo się wgramoliłem na szczyt i zaznałem chwili odpoczynku, ale nie na długo, gdyż po krótkim czasie rozpoczęły się następne podjazdy. A raczej podchodzenia z rowerem na ramieniu. Jeżeli były podjazdy to muszą być również zjazdy. Były, i to jakie! Strach zjechać. Na drzewie widziałem ostrzeżenie w postaci trzech wykrzykników i spore nachylenie chyba ok. 30 procent. Widząc to podskoczyła adrenalina, przyznam szczerze, że miałem pietra… ale zjechałem!!! Nie będę opisywał tu tych wszystkich zjazdów, bo dużo było podobnych. Widziałem jak niektórzy schodzili na pieszo. Wprawdzie nie lubię się chwalić, ale wszystkie zjazdy zaliczyłem i nie miałem ani jednego upadku. Uważam za mój osobisty wielki sukces.3

Na 20-tym kilometrze dwoje młodych ludzi rezygnuje z dalszej jazdy, niestety braki kondycyjne. Dojechałem do pierwszego bufetu to był 22-gi kilometr, tam zastałem 6-ciu bikerów posilających się, ja natomiast skorzystałem tylko z pomarańczy i szybko wystartowałem zostawiając ich z tyłu. Dalej było trochę odpoczynku od tych podjazdów, bo wjechałem na asfalt i tu naciskałem ile sił w nogach. Na liczniku widziałem kątem oka 40km/h. Na szosie nadrobiłem bardzo dużo czasu, aby później znów stracić przewagę na podjazdach. Drugi bufet był (już nie pamiętam dokładnie) na 45-tym kilometrze, na którym tylko zwolniłem pobierając wodę w biegu. Od tego momentu toczyłem samotnie bój, łykając co chwilę jakiegoś marudera. Czyli byli gorsi odemnie 🙂

Dopadłem w końcu faceta, którego nota bene nie mogłem dogonić, ciągle jadąc za nim ok 50m Dojechaliśmy do długiego, ostrego zjazdu oznaczonego trzema wykrzyknikami. Ten jadący pan już na dole zjazdu nie wyrobił zapiaszczonego zakrętu i fiknął przez kierownicę, wstał, czyli nic mu się nie stało, ale musiał szybko zejść na pobocze. Wjechałem na pełnym gazie w ten zakręt wyprzedzając go. Tył lekko mi zarzucił, ale z zakrętu wyszedłem cało bez upadku i już do końca nie dałem mu szans.4

Do mety zostało tylko 13 kilometrów ale tracę tu wiele cennych minut. Skurcze prześladują mnie ostatnio dość często. Niestety zatrzymuję się, aby z plecaka wydobyć tabletkę magnezu. W tym momencie wyprzedza mnie chyba z 7 bikerów. Wsiadam powoli i ruszam, ale znowu ktoś mnie wyprzedza. Rozmasowałem mięśnie… przeszło, więc naciskam mocno na pedały, ale oni odjechali już dość daleko. Trudno, jadę szybkim tempem po dziurach, piaskach aż w końcu coś mi zaczęło piszczeć w rowerze. No tak, jeszcze tego mi brakowało. Piąty kilometr przed metą jest dla mnie tragedią, następny skurcz, ale tak silny, że prawie spadam z siodełka i w tym momencie znowu mnie wyprzedzają. Już mi nie zależało na dobrym miejscu, chciałem tylko dojechać do mety. Po dłuższej przerwie wsiadam… chyba już jest OK. Jak na razie skurcze minęły. Pomyślałem, że dojadę, bo już widzę miasto.

Policja wskazuje mi drogę i tu już naciskam mocno, bo aż do 35km/h. W ten sposób wjechałem na metę prosto w objęcia moich kolegów z GER’u, którzy czekali już tylko na mnie.

Koniec wyścigu… teraz rozdanie nagród za zwycięstwa.

Była również przyznana nagroda dla najstarszego i dla najmłodszego zawodnika. W tym momencie scoot powiedział, że mam szanse. Może bym i miał gdyby nie było pana, który wystartował w maratonie w wieku 79 lat! Więc jestem za młody, aby dostać nagrodę:) Byłem zaskoczony tym zawodnikiem, że on ma na tyle hartu ducha i sił, aby pokonać 30 km trasę, bo na takim dystansie jechał. Najmłodszy jak dobrze pamiętam miał 11 lat, więc chyba nam rośnie drugi Szurkowski:) Nie załapałem się na w/w nagrodę ale przynajmniej wszyscy dostaliśmy nagrody pocieszenia: plecak, medal za udział w maratonie, folder, czapeczka, batony i dwie maszynki do golenia.IMG_8984

Moje refleksje z maratonu:

To był jeden z najbardziej pechowych maratonów, na poprzednich nie miałem nigdy takich problemów. Trasa zaliczam raczej do ciężkich. Atmosfera sportowa jaka panowała na mecie pozwoliła nam zapomnieć o zmęczeniu. Trasa oznaczona super. Brawo organizatorzy!!! Na każdym skrzyżowaniu w lasach byli obecni, strażacy lub ludzie wyznaczeni, aby nikt nie pomylił trasy. Przy wjeździe na szosę ruchem kierowali policjanci. Jednym słowem organizacja super.

I jeszcze jedno: najbardziej obawiałem się słabej kondycji,  na trasie okazało się, że obawa była nie uzasadniona, byłem dobrze przygotowany. Jechało mi się wspaniale, nie odczuwałem wogóle zmęczenia a zawiodły te przeklęte skucze mięśni i nie tylko mnie.

Trochę o sprzęcie:

Były zalecane opony 2,1 z głębokim bieżnikiem, ja niestety uparłem się, że pojadę na oponach Panaracer przednia: Mach SS i tylna Mach SK. Przednia to typowy semislick. To był bardzo dobry wybór, gdyż po piaskach szła jak czołg, przejeżdzałem przez każdą głębokość piasku ani razu nie schodząc z roweru. Obie przerzutki mam XT, spisały się na medal. Ani jednej nawet najmniejszej awarii.

Na zakończenie chciałem podziękować naszym kierowcom: Zbyszkowi i Michałowi.

W transporterze Zbyszka jechały cztery rowery, a u Michała dwa na dachu.

Dziękuję również całej naszej ekipie za wzięcie udziału w maratonie

tekst: Mieczysław Butkiewicz

Relacja z przejazdu Michała „Qazimodo”

Razem z wza postanowiłem dojechać na miejsce dzień wcześniej. Jak się później okazało był to bardzo dobry pomysł. Przenocowaliśmy w super hoteliku za 30zł od osoby. Bezpośrednio po dotarciu pojechaliśmy do „miasteczka zawodów”. Było ono całkiem spore. Niestety panował jeszcze duży bałagan i brak było dobrej organizacji. Po zarejestrowaniu się postanowiliśmy objechać kawałek trasy jutrzejszego maratonu. Dołączył się kolega z Warszawy (pozdrawiamy). Po przejechaniu pierwszych kilku kilometrów prawie non stop asfaltem zacząłem żałować że nie zabrałem mniej agresywnych opon. Miałem bowiem z przodu Nobby Nic 2.1 i tył Racing Ralph 2.1.

Zaraz po dotarciu do lasu i pokonaniu niewielkiego wzniesienia moim oczom ukazał się stromy zjazd z licznymi dziurami i korzeniami. W dodatku prawie cały w piachu !!! Z politowaniem popatrzałem na opony Warszawiaka 1.4 i 1.5 slick J.  Zjazd był bardzo szybki, zaraz za nim identycznie nachylony podjazd. Łącznie tych zjazdów i podjazdów było chyba 6, z tym że każdy następny wydawał mi się o 5% bardziej stromy i 10% dłuższy 🙂 Po ich pokonaniu stwierdziłem że to przesada tak się zamęczać i czas wracać na relax do hotelu. W międzyczasie Wojtek zgubił okulary więc postanowiłem na ostatnim wzniesieniu zrobić małą sesję zdjęciową. Szkoda że zdjęcia spłaszczają – było naprawdę stromo. Kawałek dalej pędziliśmy już po twardej ubitej czarnej nawierzchni. Nagle słyszę przeraźliwy dźwięk mielonego metalu. Rzut oka na napęd – na szczęście to nie mój. Spoglądam na wza. Stoi nic nie mówi, nie rusza się. Podjeżdżam i patrzę a tam olbrzymia ilość zaplątanego drutu na jego korbie kasecie i hamulcach tarczowych. Szok – nie wiem jak on wyhamował i się nie zabił. Po 10min łamania i rozplątywania udało się usunąć ustrojstwo. Kawałek dalej było tego jeszcze więcej – posprzątaliśmy to. Śmiało mogę powiedzieć iż nie wyglądało to na przypadkowe dzieło natury. Na początku objazdu minęliśmy motor z gościem oznaczającym trasę, więc pewnie to była by ofiara druta!!!

Dzień wyścigu zaczął się nerwowo. Brak śniadania, restauracja zamknięta. Kilka kromek Wojtka z kiełbachą na sucho uratowało nam życie. Po spotkaniu z innymi parkujemy auta. Wielki dobrze zorganizowany parking na szkolnym boisku – rewelacja!!! Chłopaki idą się rejestrować, mają trochę ułatwione zadanie bo poprzedniego dnia wzięliśmy ich karty. Uff po mimo małej ilości czasu udaje się. Ustawiamy się na starcie. Jako jedyny z nas stoję w pierwszym sektorze. Zdecydowałem się na start w największym dystansie. Stoję i oczom nie wierzę – co ja tutaj robię. Dookoła mnie same team-y. Nogi ogolone, rowery z karbonu. Czułem się bardzo nieswojo. Okazuje się jednak że startujemy razem z zawodnikami jadącymi dystans medio (średni).

Niestety ale chamstwo na stracie jest straszne, ludzie dopychają się z boku, przeskakując barierki itd.. O innych incydentach nie wspomnę. Ale cóż taka fantastyczna atmosfera że człowiek znosi wszystko.

Start !!!

Ostre tępo, strasznie ciasno, pierwsze gleby słyszę zaraz za mną. Od razu po 20 rowerów. Nie ma czasu jednak patrzeć jadę. Zaraz po starcie wzniesienie i peleton trochę się rozciąga. Po dotarciu do lasu znów dłuższy podjazd. Wyprzedza mnie masa bikerów! Grubi chudzi, mali i duzi – jest ich naprawdę sporo. Ale to nic wiedziałem co zacznie się zaraz za zakrętem. I nie myliłem się. Zjazdy i podjazdy były dla olbrzymiej ilości rowerzystów nie do pokonania. Złapałem lewy tor, choć było bardzo wąsko puściłem hamulce, kręciłem korbą i ile sił w nogach gnam w dół! Nadrabiam straty, wyprzedzam na raz po 20/30 osób, fantastyczne uczucie! Niestety na trzecim zjeździe słyszę że łańcuch mi spada. Załamany zatrzymuję się na dole i patrzę a tu brak wózka przedniej przerzutki. Myślałem że się rozryczę! Dopada mnie wza. Nie jest w stanie mi pomóc więc rzuca „no to cześć”. Podziałało to na mnie jak czerwona płachta na byka. Nie poddam się przecież! Zakładam łańcuch na środkową zębatkę i jazda. Jadę i nawet dobrze mi idzie- tępo w sam raz. Choć powoli czuję że za ostro wystartowałem. Dopalacz i po chwili przechodzi! Pod każdym podjazdem zatrzymuję rower i ręcznie zmieniam przełożenie. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Na zjazdach mijam ich jednak z „kosmiczną prędkością”. Nie rzadko słysząc „debil” lub gorzej. Treningi na 3miejskich klifach przynoszą rezultaty. Po drodze widziałem setki pełnych bidonów. Cieszyłem się że miałem bukłak i mnie ten problem nie dotyczył. Po jakimś czasie dojeżdżam do serwisu. Jest nadzieja że naprawią mi przednią przerzutkę.

Czekam aż serwisant obsłuży dwie osoby przedemną. Trwało to 9 minut. A wydawało się całą wiecznością. Cały czas mija mnie kolejna grupa rowerzystów. Serwisant w końcu rzuca okiem na mój sprzęt i stwierdza – „nie mam przedniej przerzutki – nie pomogę ci”. Nie miałem czasu złościć się na siebie że nie zapytałem o to na początku! Wsiadłem i ostro dałem za innymi. Na 28 kilometrze widzę przed sobą znajomą sylwetkę. To Andrzej „Scoot”. Nawet nie zauważyłem kiedy mnie wyprzedził. Po chwili pędzimy już razem zmieniając się na przedzie. Do naszego „pociągu” zapraszam jeszcze jednego rowerzystę. Niestety po 10 minutach dzwoni telefon do Scoota. Nie ma czasu czekać, pędzę dalej sam. Kolega też odpada. Za moimi plecami po chwili jadą już następni. Niestety nie chcą się zmieniać i korzystają sobie z mojej siły. Po kilku próbach i namowach stwierdzam że mam ich w d., i ostatkiem sił naciskam mocniej na pedały. Cały czas na środkowym biegu z przodu. Udaje mi się odskoczyć. Po pewnym czasie znów koleje cwaniaczki jadą za mną, znów nie chcą lub nie mają siły na zmianę.

Szybka decyzja i zmieniam na przedzie na największą zębatkę. Tak już zostanie do końca. Niestety co kilka kilometrów nie wiedzieć czemu łańcuch spada mi całkowicie miedzy ramię korby i blat. Blokując się i zmuszając mnie do zejście roweru i ponownej naprawy. Wszystkie kryzysy minęły, skurcze nie dopadają. Jedzie mi się naprawdę dobrze. Wyprzedzam bardzo dużą ilość zawodników. Na ostrych piaszczystych zakrętach słyszę jak krzyczą sędziowie i obsługa maratonu. Zwolnij !!! Nie robię tego. Moje opony trzymają się jak przyklejone. Zjazdy również na pełnym gazie. Przed ostatnim bufetem widzę jak jeden facet frunie fikołka przez kierownicę. Na szczęście jest cały ale dla niego to już koniec wyścigu. Wyjeżdżam z lasu, wpadam na asfalt, dawno już podjąłem decyzję że jadę średni dystans zamiast zakładanego dużego.

Na lekkim ale długim wniesieniu słyszę że do mety 3 kilometry. Na liczniku 34 km/h i rośnie J Rzut oka za siebie, na końcu górki i widzę około 15 bikerów jadących z ścisłym peletonie, szybko zbliżających się do mnie. Myślę – nie dopadniecie mnie już i w tym samym momencie spada mi łańcuch!!! Co zrobić! Zsiadam z roweru i co sił pchając go biegnę do mety. Na śliskim asfalcie mało nie wpadam w poślizg. Plastikowa podeszwa buta nie została stworzona do biegania. Słyszę już szum opon, słyszę jak sapią już za mną. Słyszę pisk tarczowych hamulców na tym samym zakręcie na którym sekundy temu mało nie zaliczyłem gleby. Ludzie zaczynają krzyczeć – dawaj, szybciej! Niesamowicie głośno skandują ewidentnie dopingując mnie. Dobiegam do mety i słyszę długo wyczekiwany dźwięk biiip! To mój czas! Sekundę później słyszę biip, bip, biip, biip, biiiip, bipppp. To peleton J

Udało się jednak! Nie dopadli mnie! Radochę miałem taką że ciężko to opisać. Ludzie składają gratulację za wolę walki. I tak to pierwszy maraton w życiu przejechałem beż przedniej przerzutki, dobiegając do mety a nie dojeżdżając. Frajda niesłychana.

Czas 3h 19 minut, avg 18,30, max speed 55,85, dystans 60,80

tekst: Michał „Qazimodo”

Relacja z przejazdu Andrzeja „Scoot’a”

Na maraton zdecydowaliśmy się przyjechać w dniu startu. Nie było to dla mnie najszczęśliwsze rozwiązanie, ale  skorzystałem z możliwości podróżowania „wesołym busem” Zbyszka, wraz z Mietkiem i Wieśkiem. Pobudka o 5 rano po kilku godzinach snu nie zapowiadała nic dobrego, ale ranne widoki za oknem wstawające pośród mgieł słońce, zrekompensowały wszystkie dolegliwości 🙂

Na miejsce maratonu przyjechaliśmy z opóźnieniem i po wielu perturbacjach (prawie zgubiony portfel Zbyszka i nieodpalający samochód) udało nam się ustawić w boksach startowych. Temperatura była bardzo wysoka i od samego początku zacząłem się obawiać o odwodnienie. Poza tym był to mój pierwszy raz na rowerze od miesiąca i na dodatek w pełnym słońcu, więc organizm trochę odwykł od wysiłku. Qazi z Wojtkiem przestrzegali przed bardzo ostrymi zjazdami, a ja cieszyłem się w duchu, że sporo ludzi znacznie zwolni na tych odcinkach co będzie dla mnie szansą.

Ruszyliśmy. Nie będę opisywał trasy, napiszę tylko że była bardzo urozmaicona i niezwykle malownicza. Jak dla mnie była to czysta forma maratonu MTB i niczego lepszego poza górami po prostu zrobić się nie da. Zjazdy zgodnie z oczekiwaniami były ostre, ale nie tak ostre jak nasze trójmiejskie klify. Spokojnie zjeżdżałem wszystkie na pełnej prędkości wyprzedzając wiele osób. Niestety na podjazdach było znacznie gorzej… przerwa w treningach dała o sobie znać i mocno zostawałem w tyle. Na 30 km wziąłem pierwszego żelka i zaczął się mój mały koszmarek. Nie wiem co było przyczyną, możliwe, że wiele czynników połączonych razem, a może tauryna zawarta w żelu, faktem jest że po wzięciu żela zamiast dostać powera to osłabłem. 10 km dalej wziąłem kolejnego żelka i nastąpiło kolejne odcięcie mocy. W tym momencie dogonił mnie Wojtek, a jakiś czas później Qazi. Do mety jakoś się wlokłem walcząc ze skurczami (pierwszy raz od lat!) i dziękując w duchu za kolejne szybkie zjazdy na których połykałem maruderów. Siły dodał mi ostatni bufet na 12 km przed metą, gdzie zjadłem kilka ciastek i wypiłem 2 kubki czystej wody. Dzięki temu mogłem powalczyć i tuż przed metą wyprzedzić jeszcze 2 zawodników. Na metę wpadłem jednak niezwykle zadowolony. Klimat tej imrezy był naprawdę super! Każdy z uczestników poza torbą upominków otrzymał medal. Można było na talon zjeść bardzo smaczną karkóweczkę, a czas umilała grająca na żywo kapela. Dodam jeszcze kilka słów o zabezpieczeniu trasy. Otóż przy każdym poważniejszym zjeździe (oznakowanym przez organizatora) stało kilku ratowników z deską ortopedyczną i torbą ze sprzętem ratunkowym (R1). Nieopodal stał pojazd, którym po zaplanowanej wcześniej drodze można było szybko przemieścić poszkodowanego do punktu medycznego. Trasa była bardzo dobrze oznakowana, chociaż słyszałem głosy, że niektórzy sędziowie zeszli z posterunków  przez co zawodnicy gubili drogę. Mnie nic takiego się nie przydarzyło i każdy zakręt czy przejazd przez ulicę był wyraźnie sygnalizowany zarówno znakiem jak i machającym ręką sędzią.

Jednym słowem: polecam udział w takich imprezach każdemu bez względu na stopień zaawansowania! To wspaniała przygoda umożliwiająca wchłonienie potężnej dawki rowerowej atmosfery. Nie musicie tam jechać aby się ścigać… po prostu pojedźcie aby poznać moc płynącą z prawie 600 zawodników stojących na starcie. Przy okazji poznacie fantastycznych ludzi i spędzicie sporo czasu wśród znajomych, z którymi dawno nie mieliście okazji porozmawiać. Pomimo różnego rodzaju pecha przytrafiającego się na trasie, takich wyjazdów nigdy się nie zapomina!

Tekst: Scoot

Relacja z przejazdu Zbyszka „Zibek”

Kilka kilometrów przed Chodzieża Michał z Wojtkiem już na nas czekają i na „sygnale” eskortują nas na parking samochodowy dla maratończyków.

Mamy mało czasu więc na zmianę załatwiamy wszystkie formalności zgłoszeniowe, kilka fotek i lecimy po rowery. W między czasie spostrzegam iż nie mam dokumentów samochodu prawa jazdy oraz karty bankomatowej w saszetce do której je włożyłem, nerwowo szukamy zguby w samochodzie i parkingu. Niestety nie ma, atmosfera nerwowa a czas ruszać. Z tego wszystkiego ustawiamy się z Wieśkiem na końcu peletonu. Ruszamy, zanim się spostrzegłem peleton odjechał na dobre paręset metrów. A ja cały czas myślami przy dokumentach, po chwili spoglądam na torebkę narzędziową ,odsuwam zamek i odkrywam leżące papiery. Wstępuje we mnie energia, lecz ogary poszły w las, cisnę i widzę przed sobą tuman kurzu to chłopaki wjeżdżają do lasu. Pomału wyprzedzam kilka osób później znowu kilka. Lecz na tym koniec jadę w peletonie złożonym z kilku rowerzystów , dość różnych wiekowo, kilka pytań z skąd przyjechali i krótkie odpowiedzi bo wszyscy myślą o jednym ,jak najszybciej do mety. O trudnościach na trasie nie będę opisywał gdyż widać je na fotkach Michała i z tego powodu część podjazdów zaliczałem na nogach, oczywiście jako jeden z wielu. Początkowo traktowałem przejazd dość obojętnie na zasadzie aby przejechać lecz duch rywalizacji poganiał do przodu .W pewnym momencie wyprzedziło mnie kilku bilerów i wówczas zdałem sobie sprawę że Grand Fondo kończy wyścig. a ja daleko w lesie, lecz nic dziwnego skoro najlepsi mieli czas powyżej 30km/ h, więc wciągnąłem żelka i do przodu, a tu nic tempo bez zmian zmęczenie i trudność trasy skutecznie mnie wyhamowała. Ogólnie jakoś dojechałem do mety.

Moje wrażenia.

Trasa przepiękna ale dość trudna , do przejechania przez każdego GER’owca . Jestem zadowolony z udziału w tej imprezie. Myślę że 5 pażdziernika GERowcy wezmą szturmem MTB Skandię.

Pozdr.

Zbyszek „Zibek”

Relacja z Przejazdu Wojtka „wza”

Sobota powitała mnie pięknym słońcem i wielką jasnością co nie było tak naprawdę zaskoczeniem po uprzednim maniakalnym sprawdzaniu prognoz na 3 wyspecjalizowanych stronach + onet do tego. Wszamałem śniadanie, dokończyłem pakowanie i pozostało mi oczekiwanie na Michała. Pojawił się, nieco spóźniony, swoją bryką, ze świeżo zamocowanym bagażnikiem pod moją śliczną Konę. Szybkie pakowanie i w drogę! Podróżowało się całkiem dobrze, fura gładko motała na opony wstęgę szosy. Jechaliśmy przez Bydgoszcz, całkiem ładne miasto, szczególnie w taki piękny wiosenny dzień. Tu wysadziliśmy młodego autostopowicza, którego zgarnęliśmy gdzieś po drodze. Zrobiliśmy krótki postój na kawę i loda w Macu i dalej w drogę. Pomyliliśmy zaraz trasę ale ostatecznie z niewielkim opóźnieniem dotarliśmy do Margonina, naszego miejsca noclegu. Motel okazał się całkiem miłym miejscem położonym nad jeziorem. Po krótkim ogarnięciu się, przebrani w ciuchy rowerowe, ruszyliśmy do Chodzieży. Zapewne ze względu na rewelacyjną aurę miasto od razu mi się spodobało. Zarejestrowaliśmy się, otrzymaliśmy gadżety od organizatorów (plecaczek bardzo mi się zaraz przydał) i ruszyliśmy na objazd trasy wraz z nowo poznanym kolegą z Warszawy. Czułem się nie najlepiej ponieważ coraz gorzej znoszę jazdę na długich dystansach samochodem. Tak było i tym razem, mimo, że siedziałem na przednim siedzeniu. Jednak w miarę jazdy rozgrzewałem się i czułem coraz lepiej, Nagle! Spod przedniego koła Quaziego wyskoczył kamień wielkości piłeczki golfowej i uderzył mnie prosto w lewą goleń. Auuuuuuuuu – zawyłem z bólu przeklinając pod nosem. Po chwili pojawił się spory siniak ale poza nim nie miałem na szczęście żadnych poważniejszych dolegliwości. Jedziemy dalej, szybkie zjazdy i interwałowe podjazdy – podobnie jak w TPK. Pod sporym drzewem krótka sesja zdjęciowa. Na następnych zjazdach kask zaczął spadać mi na oczy – wykminiłem, że to dlatego, że nie mam okularów na nosie. Kur… trzeba wracać, koleżeński warszawiak pojechał ze mną, zaś Quazi oczekiwał gdzieś dalej. Okulary były na miejscu ostatniej fotografii więc szybko pognaliśmy w kierunku Michała. Po szybkim zjeździe z rozpadliną pośrodku zatrzymała nas piaskowa ściana. Na jej szczycie siedział Quazi i cykał fotki, dokumentując nasz wysiłek podczas podprowadzania. Jedziemy dalej! Kierujemy się w stronę Chodzieży, nieopodal amfiteatru coś mi się wkręca w tylne koło, miałem już trochę takich sytuacji w swoim życiu i czuję, że to coś poddaje się, więc powoli jadę dalej. Trzeba się jednak zatrzymać. Pokaźny zwój cienkiego drutu oplata kasetę i tylną przerzutkę, która niechybnie zostałaby zmasakrowana. Z pomocą warszawiaka (a może to on z moją pomocą? dzięki!) usuwam problem i można jechać dalej. Ale wjeżdżamy już do miasta, żegnamy naszego towarzysza i wracamy do hotelu o mało nie zrywając balonów naszymi rowerami przy wyjeździe z miasteczka Pana Langa.

W motelu żarcie, przegląd rowerów i sny o zwycięstwie…

Niedziela chyba jeszcze cieplejsza niż sobota, pogoda jak drut! Jemy śniadanie i gorączkowo zwijamy do samochodu. Jedziemy do Szamocina jakieś 6 km dalej i czekamy na resztę ekipy GER. Są! Więc prowadzimy ich do Chodzieży, a tam bardzo pozytywne zaskoczenie – parking pod szkołą dla uczestników maratonu. Nerwowe przygotowania i jazda na start. Tu znowu pomógł nam bardzo warszawiak (oj jak brzydko tak mówić) – bez niego dotarcie do sektorów zajęłoby znacznie więcej czasu.

Stoję w sektorze, ludziska robią foty a ja się zastanawiam jak to będzie.

Start!

Za radą warszawiaka trzymam się czołówki i cisnę ile wlezie, uczucie fajne ale głupota do kwadratu, po 2 minutach mam 200 na budziku – tym od serca. To może jest dobre, ale nie na zimnym silniku. Zdycham po 5 minutach tej masakry, od tej pory muszę rozjechać to co zepsułem. Na asfalcie bierze mnie mnóstwo ludzi, porażka. Koleś w koszulce kellys zwolnił podobnie jak ja, potem będziemy się tasowali na trasie a on będzie ostatecznie szybszy mijając mnie gdy padnę od skurczy. Gdybym zaczął po swojemu, ten leszcz pewnie byłby gdzieś za mną…

A dalej…trasa znana z wczoraj, interwałowe hopy, na szczycie jednej z nich stoi Quazi z rowerem obok. Zawracam, rozwalona przednia przerzutka, Quazi mówi, że rezygnuje, żegnam się…

Krótkie chwile wytchnienia na zjazdach, piaskowe podejście i trasa się trochę zmienia, tętno cały czas się błąka okolicach 180 („jestem pierdolnięty” – takie myśli chodziły mi po głowie). Najwięcej zyskuję na podjazdach i zjazdach, tracę na płaskim i w piasku, gdzie moje RR zamieniają się w dancing ralphy. Na jednym ze zjazdów, na zakręcie, biorę zakosem sporą grupę, manewr ten sprawia mi sporą frajdę ale zaraz ląduję w piaskownicy i żeby nie fiknąć kozła, cofam tyłek za siodło. W efekcie przednie koło traci sterowność i ląduję delikatnie z rowerem na skarpie ograniczającej zjazd z prawej strony. Teraz oni mnie wyprzedzają…od tej pory jadę praktycznie sam.

Zapadł mi w pamięć bardzo fajny odcinek – największy zjazd i podjazd zaczynające się i kończące w jednym miejscu przedzielonym taśmą – duża frajda – tu sporo osób wyprzedziłem. Niestety niebawem, po przecięciu asfaltowej drogi, rozpoczęła się chyba ze 20 kilometrowa płaska, szutrowa sekcja. Jechałem, jechałem, tętno tylko 150 a ja powoli zasypiałem. Tu wyprzedziło mnie tylko kilka osób, nie było więc tak źle. Nagle, pod koniec tego odcinka, na bardzo zapiaszczonym gruncie, zaczęły łapać mnie skurcze. Zaczęło się od lewej łydki i przerzucało się na lewy czworogłowy, no masakra. I zaraz to samo w prawej nodze. Zatrzymałem się i zsiadłem z roweru a noga rzucała się jak zdechła ryba. Czułem się jak popsuta zabawka, albo ofiara czarownika voodoo. Rozmasowywałem to i rozciągałem przez kilka minut po czym wsiadłem na rower. Jechałem bardzo powolutku, dopiero po jakimś kilometrze udało mi się to rozjechać, ufff. Można było jechać dalej. Znów górzysty odcinek z podjazdami i zjazdami. Fotograf na szczycie oznajmił, że zostało już tylko 7 km – oby (gdzie masz te foty?). Niebawem rozjazd na mega i giga, tu mnie poinformowali, że już tylko 3 km. Wjeżdżając do miasta trochę spasowałem ale zobaczyłem za sobą jakiegoś zawodnika, a przed momentem jeszcze nikt przecież za mną nie jechał. Znów więc zacząłem cisnąć i niebezpieczeństwo zaczęło się oddalać, ostatni podjazd i blat na górze, o mało nie rozjechałem gliniarza wskazującego drogę. Sam byłem zdziwiony, że tak szybko zap…. Ostatni zakręt, piknięcie na macie i koniec!

Generalnie superpozytyw, tym bardziej, że wszyscy, łącznie z Quazim, ukończyliśmy zawody.

Czekamy już więc na następne wyzwania 😉

Max 46,7 km/h

Puls: avg 171, max 202

Wojtek „wza”

asfalt=brak
dystans=50
kondycja=wysoka
profil=wysoki
trud=max
szlak=niebieski
obszar=TPK, Gdańsk
typ=rowerowy
This entry was posted in Maratony and tagged , , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post. Post a comment or leave a trackback.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Your email address will never be published.


− 1 = cztery