Wieżyca poza szlakiem

 

Sobotni ranek – za oknem kropi deszcz, ale prognozy wyglądają optymistycznie. Miałem już wychodzić lecz w ostatniej chwili zauważyłem sms od Silvera – „planujesz rower na dziś?” – dzwonię i jedziemy razem!

Plan był prosty i nie odbiegał od serii wcześniejszych wycieczek. Wsiąść na rower i jechać przed siebie, na azymut, sporo poza szlakiem, nowymi ścieżkami. Cel: Wieżyca, ale po drodze zahaczymy o Przywidz.

Na początku tempo było spore (oczywiście Silver musiał depnąć) lecz później trochę się wyrównało i przeszliśmy z trybu „maraton” na „turystyka”. Pierwotnie chciałem pojechać zielonym szlakiem z Otomina, ale jak to bywa na takich wycieczkach trasa budowała się sama wraz z każdym pokonywanym metrem. Dzięki temu pojeździliśmy trochę czarnym, trochę zielonym, a trochę poza szlakiem – byle azymut mniej więcej odpowiadał kierunkowi na Przywidz.

Po drodze sporo niespodzianek. Najciekawsza to nie do końca aktualne mapy które posiadałem w swoim gps. Ani zielony szlak, ani czarny nie zgadzał się z tym co miałem i często musieliśmy improwizować. Ale przecież o to właśnie chodzi! Kierunek się zgadza, noga podaje – blat i ogień 🙂

Przez kilka kilometrów przedzieraliśmy się krzaczorami – były nawet ciekawe zjazdy i trochę technicznych singli koło jeziora. Szukaliśmy przecinki lub znaków na drzewach lecz często bez rezultatu.

W Przywidzu mieliśmy krótki postój, wywiało nas strasznie więc uciekliśmy w stronę Wieżycy, tym razem szlakiem wzgórz kaszubskich – niezwykle malowniczym, zwłaszcza w taką pogodę. A pogoda dopisywała. Nie spadła ani jedna kropla deszczu, a na niebie nieustanie przesuwały się wspaniałe cumulusy.

Do Wieżycy zdecydowaliśmy się pojechać szosą, aby wrócić do domu przed zmrokiem. 15 km zniknęło pod kołami bardzo szybko. Na miejscu wlazłem na wieżę widokową, za co uiściłem opłatę 5 zł. We Wdzydzach jest za darmo, a widoki znacznie ładniejsze!

Z Wieżycy zjechaliśmy bardzo szybko, bo Silver zaproponował aby ciąć na skróty jakimiś downhillowymi ścieżkami. Omijaliśmy tylko dropy na których dałoby się lecieć z 10 metrów…  Wskoczyliśmy na czarny szlak, który oczywiście zupełnie nie zgadzał się z tym który mam w gps i polecieliśmy w stronę Gdańska. Przed nami 40 km – szacowany czas dojazdu godzina 20:00

Gdzieś w trasie odechciało nam się jechać szlakiem, który przebiegał zupełnie inaczej niż na mojej mapie i w Borczu wskoczyliśmy na szutrówkę kierując się do Przyjaźni. Silver po wypiciu magicznego jogurtu dostał taki power, że ciął pod wiatr 50 km/h. W takim tempie zaoszczędziliśmy 45 minut i dojechaliśmy do domu około 19:15. Ciekawe czy energia nadal go nosiła bo podobno miał myć okna i naprawiać rower.

A właśnie – hit dnia – 30 km od domu Silver zmielił przerzutkę. Krakał o tym od samego początku narzekając na wszystkie patyki, a zmielił na pięknym szutrowym podjeździe. Na szczęście wystarczyło 10 min. aby wyprostować hak i wózek. Resztę podjazdu zrobił z buta, no ale później po wypiciu magicznego jogurtu i tak nadrobił straty.

Na liczniku 110 km. Teren ciężki, 1300 m. przewyższeń.

Zapraszam do galerii zdjęć – uwielbiam jeździć i fotografować Kaszuby – to chyba jedno z najlepszych miejsc pod słońcem.

scoot

This entry was posted in Relacje and tagged . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post. Post a comment or leave a trackback.

1 Comment

  1. Posted 26 czerwca 2011 at 05:50 | Permalink

    Fajna relacja i jeszcze lepszy wypad na Wieżycę. Tempo mieliście zarąbiste, Silver może zdradzisz gdzie taki jogurt magiczny można dostać:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Your email address will never be published.


trzy × = 27