Bike Tour 2009 druga edycja

IMG_1570Wprawdzie nie wiele przygotowywałem się do tego wyścigu, ponieważ 10km to nie jest problem, aby go pokonać, tak wówczas myslałem. Po objechaniu trasy przed wyścigiem zmieniłem zdanie, te ostre podjazdy trochę mnie zniechęciły, ale skoro obiecałem to trzeba dotrzymać słowa. Przyjechałem wcześniej zapisałem się i dostałem numer startowy nr 295  Nastąpił start, aż „iskry” leciały spod napędów. Wszyscy poszliśmy pod pierwszy podjazd, parędziesiąt metrów podjechałem i chyba zbyt nerwowo i szybko zrzuciłem łańcuch z blatu na najmniejszą zębatkę i ………..stoję ……….awaria, zablokowany łańcuch. Szybko zsiadłem z roweru i coś próbowałem zrobić, aby go odblokować, ale za nim to mi się w końcu udało to wielu mnie wyprzedziło i już wówczas wiedziałem, że nie nadrobię strat po takim ciężkim terenie a w dodatku na tak krótkim odcinku. No cóż, trudno czasami ma się tego pecha.Gdyby trasa była z trzy raz dłuższa to miałbym jakieś szanse, ale na 9km nic nie zrobię.IMG_1573

Jednak nie zrezygnowałem z dalszej jazdy, bo przypomniałem słowa scoot’a : „Jedź tak, abyś dojechał do mety bez względu na miejsce”. To mnie trochę podbudowało, w końcu faktycznie moją osobistą nagrodą w takim układzie będzie dojechanie do mety. Jak się później okazało bardzo dużo odpadło młodych bikerów.  Próbowałem gonić grupę, ale oni byli dość daleko przede mną. Gdy wgramoliłem się na szczyt „ściany płaczu” to dostałem nagrodę w postaci zarąbistego zjazdu. Puściłem klamki na liczniku 40km/h, ale samym dole były korzenie i trafiłem na hopkę, na której wyrzuciło mnie do góry i spadłem na oba koła jak pies hagenbery na cztery łapy i to bez upadku w tym momencie Andrzej zdołał zrobić fotkę. Na trasie miałem kibiców, którzy mnie ciągle wspierali a byli to: Agnieszka, czyli moja wspaniała synowa, agabikerka,  scoot, i Marek „świru”.

Wracam na trasę, więc po „locie” nad hopką nagły skręt wprawo, wcale nie zwalniałem i pod górkę, ale ją „łyknąłem” bez problemu, ponieważ miałem dużą szybkość. W końcu doganiałem mego przeciwnika mastersa, który był przede mną, ale nie mogłem go wyprzedzić. Co go dogoniłem na zjazdach to on oddalał się na podjazdach i tak w kółko. Po drodze wyprzedziłem paru pojedynczych kolarzy. A teraz drugie okrążenie, szybko ciągnę do tej „ściany płaczu”, tam rzeczywiście większość szła na pieszo. Dociągnąłem się na górę tam stała zawsze grupka ludzi pewno pilnujących przebiegu jazdy, to jeden z bikerów na samej górze w te słowa: przepraszam powtarzam: „mam  w dupie taki wyścig” i wycofał się.IMG_1604

Ponowny zjazd duża szybkość a na dole korzenie, o których starałem się nie zapomnieć w przeciwnym, bowiem wypadku nie dojechałbym do mety. Na zjazdach były wypadki, na trasie jakaś dziewczyna leżała nieruchomo na ziemi, pęknięte żebro i jakieś na pewno mniejsze lub większe obrażenia  to nie wiadomo. Ja natomiast wyprzedzałem leżącego kolarza na rowerze a nad nim było pochylonych kilka osób. Oto dowód jak bardzo niebezpieczna była trasa. Następnie byłem świadkiem jak wielu młodych bikerów wycofywało się z wyścigu i stali oni już na poboczu trasy. I to mnie podtrzymywało na duchu  do bardzo rozważnej jazdy i udało się, nie miałem najmniejszego upadku. Piotr gdzieś się „sypnął”, ale o tym pewno on sam napisze, bo prosiłem go o relację.

Wracam na trasę, no, więc druga runda i już miałem na celowniku mojego mastersa. Powoli dochodziłem go a na prostej przed metą wyprzedziłem dojeżdżając do końca drugiego okrążenia, i dalej ponownie ta „ściana płaczu”. Tego odcinka nigdy nie podjechałem to nie na moje siły. I ponowny szaleńczy zjazd, ale na dole lekko hamowałem zakręt w prawo krótki podjazd, następny długi podjazd i trzeci a potem to tylko zapominam o klamkach i co sił w nogach do mety. Przed metą miałem szybkość ok. 35km/h i na mecie myślałem, że wpadnę w tłum, ale tylny hamulec na maxa i obróciło mnie dookoła swej osi. Ufff…….nareszcie koniec, ale muszę się przyznać, że nie byłem mocno zmęczony. Na mecie jak zwykle wpadłem w ramiona mego syna scoot’a  no i innych kolegów.

Godz 14:00 chłopaki będą startować w elicie, czyli Piotr, Bono, Sławek. Pojechałem do domu zmieniłem kurtkę rowerową na cieplejszą, zabrałem mego Canona i w drogę na start zrobić kolegom fotki. Gdy dotarłem to oni już byli na trasie, spotkałem na mecie Zibka, Sławka, więc w dniu dzisiejszym po raz czwarty wchodzę na „ścianę płaczu” celem zrobienia im zdjęć. Bona złapałem, ale Piotra nie zauważyłem. Batika widziałem na trasie, ale go nie poznałem, bo zmienił wystrój zewnętrzny. Wróciłem na metę. Niedługo dojechał Bono i w pewnej odległości Piotr, ale jak wspomniałem on miał upadek i trochę się pokaleczył.  Czekamy na dekorację Banacha, który zajął pierwsze miejsce. Dekoracja, dekoracja i po imprezie. Czas się rozjechać i pożegnać kolegów…….jaka szkoda!!!

Startowało nas w dziesiejszym wyścigu:

Sot M3 5/6
Darek M2 12/15
Olo M2 14/15
Sławek M 4/39 (33)
Bono E 22/47 (37)
Piotr E 26/47 (37)

W nawiasach ilość zawodników, którzy ukończyli.

Mieczysław Butkiewicz

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=TPK, Gdańsk

typ=rowerowy

This entry was posted in Maratony and tagged , , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post. Post a comment or leave a trackback.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Your email address will never be published.


jeden × = 6