Skandia Lang Team IV Edycja – Gdańsk

W Dniu 18 VI  odbywała się kolejna już IV Edycja zawodów z cyklu Skandia Maraton Lang Team, która tym razy zawitała do Gdańska.

W tygodniu postanowiłem objechać trasę i stwierdziłem ze w warunkach suchych jest dość interwałowa, min słynny podjazd znany z zawodów XC pt. „Bike Toure” przy ul. Abrahama oraz kilku innych, jeden  z nich był nie do podjechania, przynajmniej nie dla takich amatorów jak ja.

Dzień przed oraz w dniu zawodów strasznie rozpadał się deszcz, ale zawody nie mogą być rozgrywane tylko w piękną pogodę. Tego się obawiałem że warunki mogą się powtórzyć z przed dwóch lat gdzie na trasie było bardzo dużo błota i tym razem tak się stało.DSCF0813

Start nastąpił o godz. 11:05, na początek spora część asfaltu ok. 5 km gdzie nie szło mi najlepiej, bardzo duży ścisk, dwóch zawodników wyprzedzając mnie wzięło mnie w kleszcze że miałem dużo szczęścia unikając przewrotki gdybym w porę mocno kiery nie złapał.

Początek zacząłem bardzo spokojnie, wypatrywałem numery które powinienem się trzymać patrząc po tabeli klasyfikacji generalnej, lecz nie widziałem żadnego oprócz tego którego powinienem się bronić, ale nie stanowił większego zagrożenia. Gdy byliśmy na samej górze asfaltu czekał na nas bardzo szybki zjazd, niestety w połowie trasy padł mi licznik i ciężko mi się jechało nie znając swojej aktualnej prędkości. Na jednej z wąskich podjazdów również fuksem uniknąłem od zderzenia ponieważ jednemu z zawodników coś stało się z rowerem i postanowił naprawiać usterkę na drodze, jadąc na kole peletonu i zasłaniając się kaskiem unikając chlapaniu błota z opon które leciało prosto po twarzy i oczach w ostatniej chwili zauważyłem stojącego zawodnika, uratowało mnie tylko gwałtowne odbicie na prawą stronę kilka razy zarzucając po śliskiej nawierzchni, udało się opanować  tak ze obyło się bez przewrotki, słychać było tylko w oddali jak zawodnicy klną na sprzęt który odmawia posłuszeństwa oraz na zwalniających peleton zawodników którzy nie dają rady podjeżdżać.

Były również przeszkody w postaci zwalonych drzew, na jednym z takich odcinków wywróciłem się wypinając się z jednego pedała i podnosząc rower jedną nogą straciłem nie więcej niż 3 sek. obyło się bez skutków ubocznych, po jakiś 10 min wszedłem w swój rytm, doganiając dość silny peleton składających się z zawodników Selle Italia oraz Aga-Team, próbowałem im dotrzymywać tępa, urwali mi się gdzieś w połowie drugiej pętli.

Źle mi się jechało samemu nie mając sprawnego licznika.

Na jednym z podjazdów udało mi się złapać Flasha który miał problem z łańcuchem, gdy naprawił usterkę wyprzedził mnie i pociągnął do samej mety.

Gdy został do pokonania ostatni podjazd znajdujący się na żółtym szlaku popełniłem prosty błąd, w  tym momencie dużo osób z dystansu mini podchodziło pod ten niewygodny podjazd i nie było jak podjeżdżać, lecz ja zawzięcie postanowiłem spróbować mimo tańczącego roweru i ślizgającej się tylnej opony, tak pechowo zrobiłem ze zeszła mi w rów, lecz ja nie wypiąłem się z pedałów tylko naciskałem na korbę ile mam sił, niestety bez skutecznie, przewróciłem się razem z rowerem na lewą stronę tak pechowo ze korbą uderzyłem się w udo, następnie szybko zszedłem i wszedłem pod samą górkę. Za podjazdem czekał bardzo stromy zjazd gdzie bardzo dużo osób sprowadzało rowery, krzyknąłem tylko uwaga i wszyscy zeszli na prawą stronę umożliwiając mi bezpieczny zjazd. Teraz już pedałowałem już tylko ile miałem sił w nogach byle by dojechać do mety, mijając jeszcze znak informujący że zostało 2 km do mety. Przed sobą miałem jeszcze jednego z zawodników lecz z daleka nie widziałem z jakiego dystansu, ale na oko nie wyglądał mi na medio, po chwili dogoniłem i krzyknąłem lewa wyprzedzając go, miałem racje to był jeszcze z dystansu mini, na trasie zjadłem tylko jednego batonika i zostawiając pół bidonu, nie był to wyścig dający mocno w kość, patrząc na wyniki w klasyfikacji generalnej odrobiłem jedynie 3,4 punktu do siódmego miejsca, ale też awansowałem z 9 na 8 lokatę, zostały mi do odrobienia jeszcze 9 punktów i trzy edycje do końca, nic mi nie pozostaje tylko walczyć do samego końca, na pewno nie będzie łatwo.

Z wyniku jestem zadowolony chodź zawsze  można powiedzieć ze mogło pójść lepiej, zostałem sklasyfikowany w Open na 36 miejscu a w kategorii na 23, lecz najważniejsza teraz jest dla mnie walka o 7 miejsce w Generalce to było by bardzo dobre pożegnanie z Elitą

Do zobaczenia w kolejnych Edycjach Skandia Maraton Team

tekst: Piotr 1981

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

Skandia MTB Maraton 2009 Kwidzyn

 008

Od kilku dni chodził mi po głowie start w  MTB Skandia w Kwidzynie. Po dograniu kilku szczegółów organizacyjnych i konsultacjach z kolegami  zabrałem się  samochodem Ola .Spotkanie ustaliśmy na dworcu w Tczewie , gdzie drugim samochodem zajechał   Zibek z Tomkiem z Tczewa. Wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy w kierunku Kwidzyna a dokładnie „stadniny koni ” w Miłosnej. Po dojechaniu na miejsce zobaczyliśmy już dużą ilość  zawodników i osób towarzyszących. Sądziliśmy, że będzie mało  rowerzystów   z  powodu  mocnego porywistego wiatru ale przeliczyliśmy się i dobrze, było nas ok. 800 osób . dokonaniu opłat za start rozpoczęły się szykowania do startu. Co chwilę spotykaliśmy naszych dobrych znajomych też uczestników maratonu. Przyszedł oczekiwany start do wyścigu , pełna rura i stop, przez kilka metrów tempo żółwie z powodu dużej ilości zawodników. Za stadniną.tempo   dalej wolne, dużo piachu i jadących pomału zawodników. Na całej trasie duża ilość piachu i wertepów, nie raz utrudniających jazdę, gdzie trudno nie poczynić błędów. Małe podjazdy i zjazdy tak nie męczyły jak ten luźny piach. Były też odcinki szosowe gdzie można było się rozpędzić do… 15km/h… bo wiało jak czort.

Na około 12 km był dość ostry zjazd w dół, który pokonałem w całości w siedzeniu. Na 15 kilometrze za startem miałem dość poważnie wyglądającą kraksę z dwoma zawodnikami latały rowery w powietrzu ale nic poważniejszego się nam nie stało , pozbieraliśmy się  i pojechaliśmy dalej. Zaliczając ten upadek  za nami ktoś z zawodników krzyczał uwaga wypadek i wszyscy  stop. Na około 30 kilometrze kolejne lądowanie tym razem samemu na zjeździe w głębokim piasku postawiło mi koło bokiem i trach gleba. Ale do mety już blisko  jechałem jak naładowany i jeszcze kilku zawodników minąłem na tych ostatnich 4 kilometrach. Z naszych znajomych byli Mario 666 z bratem Zbyszkiem, Dariot3 i Robin.

A oto nasze zajęte miejsca w maratonie:

Kategoria Mini:

145 Tomek z Tczewa w kategorii M-5 zajął 16 miejsce,

196  Jastrzębski Marcin”Intel”  w kategorii M-3  zająłem 51 pozycję

41    Mario666 w kat.M-3 był  16

108  Zbyszek    w kat M-4 był 16

Kategoria medio:

„Zibek” w M-5 zajął 15 pozycję 212

Dariot3 w kat M-3  73

Olo z przyczyn na razie nie znanych został zdyskwalifikowany przejeżdżając całą trasę. Sprawa do wyjaśnienia u organizatora.

Marcin Jastrzębski”Intel”

Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

IV ESKA MTB GDYNIA MARATON WITOMINO

Czas przygotowań oraz Treningu już minął, czwartek Lajtowe Błądzenie z Mxerem po Lasach, Piątek Trening ze Sławkiem i Weroniką tuż po pracy który miał na celu objazd oraz zapoznanie się z Trasą Maratonu, nie obyło się bez przygód związanych z błądzeniem, no i z moją formą było nie zaciekawie, zostawałem daleko z tyłu, a i jeszcze plecak który ważył ok. 15 kg dawał ęsi we znaki, na podjazdach w pewnych odcinkach traciłem kontakt wzrokowy, ale czekali na mnie, zamulacza takiego hehe, przeczytałem na stronie GER-u że jest to trasa jedna z najtrudniejszych w naszym województwie, startuje pierwszy raz w tym Maratonie i zacząłem mieć obawy jak to będzie z moją formą szczególnie ze tak zamulałem ostatnio. Następnego dnia, dzień przed Maratonem w sobotę wybrałem się z Sabą na Lajtowe zapoznanie się z trasą, również po pracy z plecakiem 15 kg zrobiliśmy tylko 15 km, po czym wróciliśmy do domu.

W Końcu nadeszła długo oczekiwana chwila „Niedziela 20.09.2009 roku” dzień na który czekało większość bikerów, to właśnie ten dzień kiedy ma się odbyć Gdyński Maraton. Budzik nastawiony na godzinę 7:00MINOLTA DIGITAL CAMERA

Pobudka wcześniej żeby spokojnie się spakować, zjeść, umyć, bez żadnego pośpiechu. Wyjechałem z domu o godz. 8:30 na miejscu byłem o 9:30 zastała mnie mega kolejka na zapisy. Spotkałem na miejscu Marzenę,Weronikę,Darka z Synem, Marcina, Sabę, Zibek, Olo,Wojtka,Sławka,Mario,Obcego w cywilu który nam towarzyszył, oraz Janusz. Dowiedziałem się również od znajomych ze podczas deklaracji na jaki dystans się wybiera można ewentualnie zmniejszyć ale nie można zwiększyć, czyli jak się powiedziało ze jedzie się na Giga można było zmniejszyć do Mega ale nie odwrotnie, tak też większość się deklarowało. Nadeszła moja kolejka po kilku-nastu minutach wypełniłem formularz, wpłaciłem wpisowe 50 zł dostałem nr. „149”

Mieliśmy sporo czasu do startu, ponad godz, więc obyło się na rozmowach, kilka osób min Marcin z Marzeną pojechali na małą rozgrzewkę, jechali z przeziębieniem na dystans „Bike Cross” 30 KM szacun za z angażowanie oraz za wytrwałość. W Maratonie brało udział ok. 300 Bikerów i Bikerek, rekordowa ilość, należy się cieszyć ze kolarstwo górskie MTB cieszy się coraz większym uznaniem oraz zainteresowaniem, piękny sport.

Nadeszła godzina grozy 10:30 Start !!! ciężko było ruszyć w tak ściśniętym peletonie, ale jakoś się udało, szybko się wpiąć i co nas na początku czeka, jak by inaczej, mega podjazd, ale i z Weroniką i z Sabą testowaliśmy go. Wiedzieliśmy o nim, problem polegał na tym ze przy tak licznym gronie uczestników bardzo ciężkie jest wyprzedzanie Byliśmy ustawieni mniej więcej w połowie stawki, myślałem ze peleton ostro ruszy do przodu tak jak to miało miejsce w Kadynach, a tu nic z tego, pomalutku, jedyne wyprzedzanie było zjeżdżając na prawo lub lewo po liściach, oby tylko nie wpaść w koleinę, nic przyjemnego.

Zaczynam wyprzedzać nie wiem ilu ale sporo osób udało mi się pomknąć, po kilku minutach widzę pędzącego „OLO” usiadłem na kole, chwile jadę tuż za nim i myk do przodu, no dobra byle by nie za ostro, trzeba rozważnie siłami dysponować, miałem obawy min co mnie spotkało w Kadynach w połowie trasy skurcze, musiałem wtedy ostro zwolnić, ale nic takiego nie miało miejsca. W rozmowie powiedziałem ze nie wybiorę się na dystans Giga bo jestem bez formy i nie chce się katować, to nie realne, nie ma sensu.MINOLTA DIGITAL CAMERA

Saba od razu kilka dni przed maratonem twardo postawiła na swoje i ze jedzie na dystans Giga, nie ma to tamto hehe i miała racje jak jechać to jechać, nie ma złego co by na dobre nie wyszło, szacun dla Saby i Weroniki za wytrwałość na dystansie Giga.

Ogólnie maraton miał sporo ostrych podjazdów, ale jeśli są podjazdy to i muszą być Mega zjazdy, tak też było. Na treningu zrobiliśmy trasę może w 30% ale dobre i to, część trasy przebiegała moim ulubionym szlaczkiem, czyli czerwonym wejherowskim i to jeszcze ten odcinek który często pokonuje jadąc do domu, niestety od pewnego czasu jest dość piaszczysty, ale takie są uroki jazdy po lasach. Nie ominęło nas również singelkwó pięknych gdzie prędkość sięgała ponad 40 km/h trzeba było mieć się na baczność bo miejscami trasa wymagała dość sporej odwagi oraz techniki. Byłem nastawiony psychicznie, że pojadę na dystans Mega 60 KM więc jechałem ile tylko nogi są w stanie znieść,

Kilka podjazdów po czym czekał dość spory zjazd. Nagle patrzę i doganiam Mario666, jeśli już go dogoniłem to jest ze mną nieźle, jadę za nim na kole, nagle jeszcze dołączają inni bikerzy, widziałem min koszulki centrum-rowerowego, dość długo zanim jechałem.

Nagle wyłania się ostry Mega podjazd, z niezłym przewyższeniem, przerzutka 1X1 jedziemy ale są koleiny bardzo dużo osób schodziło i podprowadzało rowery, podjeżdżam do połowy, nie daje rady, ale czasu nie straciłem, tym samym tempem podprowadzam rower

5 km/h wsiadam i jadę dalej, jak podjazd to i zjazd.

Jedziemy cały czas równo łeb w łeb, dojeżdżamy do mety, Mario666 miał problem z kolanem

szacun za jazdę z kontuzją w Maratonie o tak wymagających podjazdach, ja chwile postałem pogadałem, po ok. 10 min skumałem się ze pojechałem na dystans „BIKE CROSS” 30 KM mój błąd, trudno, nawrót, powiedziałem sędziemu że jadę na dystans Mega/Giga podając swój nr. w górę BLAT i RURA !!! ale straciłem z oczu czołówkę, wyprzedziłem po pierwszym okrążeniu nawet jednego z Floty Gdynia ale wiedziałem że po takiej stracie nie ma żadnych szans ich dogonić,

Można chwile powalczyć, ale jeden dość głupi błąd ze stratą 10 min to dość dużo, srogo mnie kosztował. Nic już z tym nie zrobię, nie myślę o tym, jadę ile sił w nogach, piękny podjeździk, oraz super zjazd po czym znowu podjazd, tak mniej więcej wyglądała cała trasa Maratonu. Prawdziwy Górski Maraton, chwile jechałem sam czego nie znoszę, za kimś jedzie mi się lepiej, szybciej. Doganiam kilku Bikerów, są coraz bliżej, ale potrzeba czasu, cisnę ile sił w nogach żeby nadrobić te małe nieporozumienie co kosztowało utratą 10 min, nie daje za wygraną, po kilku min doganiam ich na jednym z ostrych podjazdów, wyprzedzam trzech,

Piłuje ile sił w nogach, jadę dalej, nagle singelek mój ulubiony, oraz Mega Zjazd czerwonym szlakiem i podjazd, jeśli było się wystarczająco dobrze rozpędzonym dało się podjechać na blacie, nawet trzeba było. Czerwony szlaczek koło bajorka, jedyne na co trzeba było uważać żeby nie zarzuciło za bardzo w prawo, było dość błota i można było spalić sprawę z podjazdem. Trasa biegła również wzdłuż obwodnicy, tam również wiedziałem co na mnie czeka, górka z pozoru mała ale zwiększa się stopień nachylenia, jechałem 15 km/h później trochę już lepiej było można było przyspieszyć. W połowie trasy punkt regeneracyjny, izotoniki, jakiś zielony napój który dawał niezłego Powera, woda czysta oraz banany, ja na początku zawodów przy pierwszej pętli zgubiłem gdzieś bidon na którymś z technicznych zjazdów, jechałem cały czas bez kropelki picia, jedynie mogłem liczyć na punkt regeneracyjny, gdzie można było się czegoś napić, był jeden w połowie trasy na pętli,

Bidon znalazłem u jednego z sędziów na trasie gdzieś po 1/3 trasy 3 pętli za obwodnicą już.

Na jednym z Ostrych Zjazdów przy 2 pętelce zaczęło mną znosić na prawo a to na lewo, jechałem za jednym z bikerów, no następny pech „Guma” zwana potocznie „Kapciem”

Nie ma się nad czym zastanawiać, rower do góry nogami i naprawiamy, zdejmujemy koło tylne. Okazało się ze w oponę weszło kawałek szkła, którego na trasie była spora ilość, nie trudno o gumę, Nie miałem ze sobą dętki, więc szybkie łatanie samo przylepną łatką poszło sprawnie i bez boleśnie, niestety jeszcze łańcuch mi spadł z korby i poprzekręcał się, straciłem znowu ok. 10 min, myślę sobie że już nie ma szans na dobry wynik a co dopiero żeby gonić czołówkę. Zacząłem myśleć czy by czasem nie pojechać na dystans „GIGA”

zobaczymy po 2 okrążeniu jak będzie z siłami, przerwa nie wyszła mi na dobre, dostałem trochę zadyszki, Mega zjazd, a po zjeździe czekało na mnie kilka sporych podjazdów, dość niezłych dałem rade, nikogo nie widzę, jadę sam, zjazd, podjazd i tak w kółko. Jestem już prawie na zakończeniu 2 okrążenia, ruch obustronny, widzę jak gdzieś w oddali jedzie Anka z Treka. Widzę również Weronikę która krzyczy do mnie goń ją, uśmiałem się kiwnąłem ręką oraz przyspieszyłem, dość długo jadę sam, nagle wyłania się w oddali jakaś czerwona koszulka, niewierze ze to ona, niemożliwe, po kilku minutach jestem już blisko, coraz bliżej, a jednak to ona, próbuję przyspieszyć, ale sił coraz mniej. Próbuje usiąść chwile na kole, udało się, po czym po chwili przeganiam ją i zostawiam daleko w tyle, ale nie dawała za wygraną, po chwili ja słabnę i wyprzedza mnie, gdzieś tam z przodu ściga się kilku bikerów, jeden z nich z miał koszulkę Subaru niebieską, toczę z Anią bój łeb w łeb, raz ja wyprzedzam po chwili mnie dochodzi i również wyprzedza tak się działo chyba z 7 razy, raz ja górą a zaraz Ania, ale po kilku nieudanych kontrach z mojej strony wyprzedza mnie i zostawia daleko z tyłu, tak daleko że tracę kontakt wzrokowy przez dłuższy czas. Jadę znowu sam. Nie mam przecież z nią szans tak pomyślałem sobie. Ostre podjazdy i zjazd, po kilku-nastu minutach widzę ponownie, na podjazdach próbuje dogonić, na zjazdach wiedziałem ze nie mam szans Udaje się, przyspieszam i oddalam się, patrze do tyłu, nie widzę, ale nagle po paru minutach wyprzedza mnie na jednym z podjazdów, przyspiesza, oddala się tak ze tracę kontakt wzrokowy i znowu toczy się bój od początku. Jadę czarnym szlakiem, spory podjazd trochę płaskiego, ale i jest przeszkoda, znajduje się drzewo przewrócone na bok, przez które trzeba przenieść rower, po dość ostrym podjeździe, kilka zjazdów i znowu ostry podjazd, zaczynam ponownie mieć kontakt wzrokowy, ale jest daleko przede mną, chyba straciłem szanse, nie uda mi się ponownie.

Sił coraz mniej a czekają jeszcze spore podjazdy, nagle wyłania się fajny szuterek, jestem coraz bliżej, przyspieszam do 45 km/h wyprzedzam zostawiając tym razem daleko z tyłu Anię. Oglądam się do tyłu, zostaje w bezpiecznej odległości.

Próbuję dogonić 3-4 bikerów którzy jechali przed Anią oraz cisną dość ostro do przodu.

Nie utrzymuje stałego tępa, zwalniam do 35 km/h

Ostry zakręt i podjazd z korzeniami, koleinami, bardzo ciężki, techniczny, ciśniemy ostro

Zaczynam siedzieć im na ogonie, walka od nowa a tu zjazd i nagle podjazd totalny

Hard-Core. Tym razem bardzo długi podjazd jeden z bardziej męczących na tym Maratonie, staram się nie patrzeć do góry, tylko piłuje ile sił jeszcze w nogach patrząc na przednie koło, opłaciło się, udaje się. Skręt w lewo trochę płaskiego, część z górki i znowu podjazd, bardzo stromy, najbardziej morderczy, niemalże masakryczny, rzadko kto podjeżdżał, szkoda sił było, zaczynam prowadzić rower, ale okazało się ze nie tylko ja, Ania gdzieś z tyłu również prowadzi, idę z 3 bikerami łeb w łeb.

Zastanawiam się ile jeszcze zostało do mety, czeka na nas piaszczysty zjazd czerwonym szlaczkiem, podjazd i znowu zjazd, wyprzedzam dwie osoby, toczę bój z bikerem w koszulce Subaru, koło rzeczki udaje mi się go wyprzedzić, ale po chwili dochodzi mnie, i również wyprzedza. Tak kilka razy się dzieje. Sytuacja się powtarza. Jeszcze czeka na nas na dobitkę morderczy podjazd który prowadzi prosto do mety, kolega z Subaru wystrzelił jak z procy, i koniec było walki, do mety dojechałem w 3 osobowym peletonie. Na ostatniej pętli gdy odzyskałem swój bidon nie zostało mi ani kropli picia, wypiłem wszystko na trasie.

*Rajd uważam za bardzo udany, prawdziwy Maraton Górski, przepiękne podjazdy, ostre zjazdy, podjazd, zjazd i tak przez cały maraton, atmosfera przepiękna, warto zaliczyć, niesamowite przeżycie, dojeżdżając do mety dostaliśmy pamiątkowe medale.

Plusem jest to ze trasa wiedzie gównie drogami leśnymi oraz w małej mierze szuterkami,

Nie ma nawet odrobiny asfaltu, zdarzają się jedynie płyty betonowe, ale to w lesie

W skali 1-10 oceniam najwyżej na 10 pkt

W Klasyfikacji Open zająłem „19” miejsce oraz w M2 – „8”

Z wyniku jestem zadowolony, gdyby nie ta strata ok. 20 min to kto wie jak by się to skończyło.

Gratulacje dla Weroniki oraz Marzeny za zajęcie „3” miejsca

oraz dla Saby za wytrwanie na dystansie Giga

fotki Piotra 1981

Opracował: PIOTR HABAJ (Pioter1981)

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

Maraton MTB Kościerzyna

oznakowanieMaraton MTB KościerzynaII jesienny maraton MTB w Kościerzynie za nami. Faktycznie był to jesienny maraton – zimno, mokro, mglisto i szaro jak w środku jesieni. Dla mnie jest to pierwszy w życiu start w wyścigach MTB na dystansie GIGA tj. ok. 90km. Zdecydowałem się na to desperackie posunięcie, tylko dla tego, że trasa GIGA przechodzi w bezpośrednim kontakcie z moim domkiem we wsi Gostomek. Nie mogłem zawieść moich fanów, sąsiadów, mieszkańców i rodziny. Powiem uczciwie, że przygotowywałem się do jazdy na tej właśnie trasie od kilku tygodni. Tak, aby zapoznać się w miarę jak najlepiej z trasą i jej trudnościami, jak i moim możliwościami kondycyjnymi i dyspozycją. Koło bram wjazdowej zorganizowano komitet powitalny wraz z dodatkowym bufetem dla wszystkich przejeżdżających. Trasa maratonu na I odcinku tj. ok. 30km bardzo szybka i nieomal dla sprinterów. Tu moja średnia wynosiła jeszcze ok. 27km/h. Dwa mocne podjazdy w okolicy wsi Kukówka dały się dopiero mocno we znaki. Dawno już straciłem kontakt z czołówką, a tu również ze średniakami. Na rozjeździe MEGA-GIGA to jest 42km byłem 88. Rewelacja! Zwłaszcza, że startowałem w kategorii M4 mając przecież wiek M5+. Ogólnie startowało ok. 220-240 osób. Moi koledzy: Sławek, Flasz, Robert i Weronika wyprzedzili mnie jeszcze wcześniej przed rozjazdem tras. I słusznie!! Naturalnie, młodość, siła i werwa, chęć rywalizacji wzięła górę. Dopiero na mecie po kilku godzinach jazdy dowiedziałem się o Ich znakomitych rezultatach.P1100932

Dobrze wiedziałem, że trasa GIGA to nie to samo, co MEGA. Tu dopiero zaczęły się schody. Zjazd i podjazd, piach i korzenie. Żeby utrudnić to ścieżka leśna szerokości 0,5m wzdłuż jeziora robiła się coraz węższa i bardziej kręta. Do dodatkowego bufetu musiałem zajechać jednak pełen werwy i siły. To tu właśnie miałem się właśnie pokazać. Wymieniłem bidon dostałem pół czekolady, banana oraz wiele oklasków i gestów aplauzu. Bardzo podniosło mnie to na duchu. Tu dowiedziałem się, że przede mną jest grupa 15-17 bikerów. Pomknęli jak strzały bez skorzystania z dodatkowego bufetu. Co z tego, że na następnym podjeździe po przejechaniu dziwnego mostka z deseczek opadłem z sił. Dopadł mnie kryzys 60km. Na kolejnych bardzo zawiłych ścieżkach, gdzie zawsze było więcej podjazdów niż zjazdów złapały mnie skurcze nóg. Raz prawej raz lewej. Całe szczęście, że nie obu na raz, bo chyba nawet iść bym nie mógł. Na tym właśnie odcinków dopadło mnie 3 lub 4 bikerów. Szkoda, bo to jednak była wielka strata. Od wysokości Kornego to kilkukrotnie się mijaliśmy. W końcu sam już nie wiem czy byli za mną czy przede mną. Zmęczenie, wysiłek pot i zimno całkowicie mnie rozkojarzyły. Ostatnie 3 km przed metą w Kościerzynie jechałem za dziewczyną, którą cały czas miałem w zasięgu wzroku. No i co z tego! Te 100-200m na dystansie 87 km okazały się zbyt dużą odległością. Różnica na mecie była 10s.zjazduwaga

META, MeTa, MetA, meta!!

Stojąc za linią mety w uścisku Wiesi i Juzka dochodziłem do rzeczywistości. Coś do mnie mówią? Chyba przez kilka minut nic do mnie nie docierało. Jestem szczęśliwy, że dojechałem w jednym kawałku i na własnych kołach.

Na liczniku mam czas 4h 21m, co daje średnią ok. 20 km/h! REWELACJA! Jestem przed moim planowanym czasem 20-30 min. Nie wiem czy jeszcze ktoś za mną jest na trasie. Pewnie, jako masters+ jestem ostatni.

I tu kolejne piękne przywitanie. Zibek, Sławek, Piotr, Weronika są jeszcze na obiekcie. To chyba czekali godzinę lub dwie na ostatniego marudera z GIGA. Wspaniali BIKERZY!

Wspomniałem już wcześniej, że Oni wyprzedzili mnie w pierwszej części wyścigu. Teraz dopiero dowiedziałem się dlaczego. Weronika zajęła II miejsce w swojej kategorii, a Sławek III. Gratulacje! Jestem z wami na pudle! W dniu dzisiejszym, kiedy piszę tę relację mam już dość jazdy na rowerze. Mimo to jestem pełen nadziei, że spotkamy się wszyscy w Olsztynie na kolejnym maratonie Skandi MTB.

Do zobaczenia OlO.

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

Maraton MTB Neksus

maraton kadynyDzisiaj postanowiłem wziąć udział w maratonie Neksusa MTB który rozgrywał się w Kadynach. Pociąg z Gdyni Gł ruszał o godzinie 6:38. Pobudka o 5:00 szybkie śniadanko, przygotowanie, sprawdzenie pogody na ICM gdzie zapowiadali po południu niezłe opady, rano już niestety padało. Postanowiłem pierwszy raz na zawody jechać bez plecaka, zabezpieczyłem dokumenty oraz telefon dwoma warstwami worków jednorazowych oby nie przemokło w razie opadów. Ja wsiadałem jako pierwszy w Gdyni do pociągu, pozostali dosiadali, Robert wsiadł  we Wrzeszczu, Marzena, Mirka, Marcin oraz Tomek wsiedli dopiero w Gdańsku Gł. Umówiliśmy się z Dareckim (ESR ELBLĄG) że doprowadzi nas do Kadyn. W końcu dojechaliśmy do  Elbląga o godzinie 8:32 Darek już czekał na nas, niestety sam. Po chwili ruszyliśmy na przód spokojnym Lightowym tempem oby się nie zmęczyć, jechaliśmy z prędkością 20 km/h
Zanim się nie obejrzeliśmy już byliśmy w  Kadynach, bardzo piękne okolice.
Dużej kolejki nie było więc ustawiliśmy się szybko, wypełniliśmy zgłoszenia oraz uiszczając opłatę w wysokości 50 zł, dostaliśmy numerki startowe oraz na pamiątkę termometr 
Zapisy były do godziny 10:00 start Maratonu do godz 10:30, do wyboru były dwa dystanse
MEGA 39 KM przewyższenia 650 m oraz GIGA 74 KM przewyższenia 1300 m.
Ja postanowiłem jechać na MEGA i trzymałem się tego do końca Maratonu.
Na rozgrzewkę był plac gdzie można było  robić sobie kółeczka, troszkę w górę i w dół,
Niestety miejscami mokro i ślisko, gdzie byłem świadkiem upadku jednego z maratończyków przed moimi kołami, wypadły mu również dwa bidony na raz. Marcin również wywinął  orła podczas rozgrzewki.
Byliśmy ponad pół godz za wcześnie więc się troszkę trzeba było rozgrzać przed startem, stojąc w miejscu robiło się zimno.
Nadchodziła godz 10:30 zawodnicy zaczęli ustawiać się do startu. Ale niestety nie wiadomo było w którą stronę pojedziemy czy w prawo czy w lewo, cześć ustawiła rowerami do siebie, trochę zabawnie to wyszło, ale spiker powiedział gdzie mamy się ustawiać i doszliśmy do ładu. Nagle START !!!! więc trzeba było się wpiąć w SPD BLAT i RURA !!!!
Zawodnicy Licencjonowani jak zwykle na przedzie, peleton ostro wyrwał do przodu, na liczniku miałem pomiędzy 35 a 40 km/h później zwolniłem bo nie dawałem rady takim tempem ciągnąć długo Niestety od samego początku pojawiły się problemy z przerzutkami, próbowałem ustawić w trakcie jazdy, ale trochę czasu to zajęło. Na dzień dobry było sporo asfaltu dlatego tak szybko się jechało, pierwsza górka trochę rozciągnęła peleton. Przeglądając wykres wzniesień spodziewałem się ostrych podjazdów oraz takich których nie da się pokonać jadąc rowerem. Na szczęście myliłem się i to znacznie, trasa była bardzo fajna, można było spodziewać się wszystkiego, od masakrycznych piasków co stanowiło duuuże zagrożenie oraz zwiększało poziom trudności, po przejazd przez rzeczkę takich jak min było na Skandi MTB, nie brakowało również ostrych podjazdów, oraz wąskich technicznych leśnych ścieżek wypełnionymi dziurami, gałęziami , korzeniami, a po bokach pokrzywy, wysokie zielska, jakieś trawiaste   itp. Po prostu coś pięknego, prawdziwy górski Maraton, urok niesamowity, przeżycie nie do opisania.
Na dystansie Mega na trasie był jeden bufet,  niestety nie wiem co tam było ponieważ nie zatrzymałem się, szkoda było mi czasu a miałem pół bidonu, stwierdziłem ze dojadę bez problemu, największy i najbardziej męczący podjazd był z płyt betonowych gdzie musiałem ustawić przerzutkę 1 X 1 czyli typowo górską ale mimo to  ledwo ledwo jechałem, ale jak jest ostry podjazd to musi być i zjazd, niektóre były tak techniczne że trzeba było się trzymać na baczności i mieć oczy ostro otwarte, nie dosyć ze wąskie trawiaste i śliskie to techniczne z korzeniami i dziurami. Ciężko było wziąć kilka łyków z bidonu, nawet na płaskim terenie, tyle nierówności było. Jadąc na sztywnym widelcu miałem trochę stracha że mogę zobaczyć gdzieś orła cień, a było by niezbyt miło się tak wykasztanić, szczególnie że prędkośći nie należały do małych jadąc 35-40 km/h na zjazdach rower skakał na różne strony, jadąc ostro w dół była sztrzałka mówiąca o wjeździe w lewo w las, w bardzo wąską ścieżkę leśną, widziałem z ok. 15 osób które się cofało Jadąc ponad 40 km/h przeoczyli, padł tylko tekst, „Wojtek byłeś na grzybach?” , próbowałem jechać za osobą w zielonej koszulce, trzymałem się na kole przez ok. 20 km, później już lekkie kurcze zaczęły mnie łapać na lewej łydce, więc nie chciałem przesadzać za bardzo. Niektóre z górek były dość wymagające ale nie były straszne, wszystko było do podjechania. Zrobiłem jeden fatalny błąd który kosztował mnie upadkiem. Jadąc ok. 40 km/h widziałem sporą ilość piachu czarnego zwęglonego chciałem odbić w prawo na trawiaste podłoże, gdzie było brak piasków, niestety mam takiego pecha ostatnio na zawodach, zaskoczył mnie mały spad, skręcając już obróciło mi rower o 60 stopni wyglebiłem się na ten czarny piach, przeleciałem po piachu jakiś metr jak po lodzie, po czym chciałem wsiąść na rower i odjechać ale nie mogłem, patrze na siodełko, a to Ci pech, obróciło się o 30 stopni w bok. Pomyślałem ehhh to ci skok w bok :/  No i co teraz.
Wyjąłem narzędzia wszystkie jakie tylko miałem, no i jedyny imbus potrzebny do skuwacza jaki tylko miałem, dopasowałem, kurcze, nie pasuje, po chwili namysłu, położyłem rower na bok, kopnąłem z buta obróciło się w drugą stronę o 60 stopni, było dokładnie w takiej samej pozycji tylko w odwrotnym kierunku, no to jeszcze raz tym razem trochę lżej, udało się, rower piszczał skrzeczał, ale jechać jakoś dało się, słychać go było jak by po wojnę przeżył,  cóż za błędy się płaci ktoś mi kiedyś powiedział. Po chwili mijam bufet, nie zatrzymałem się miałem pół bidonu, stwierdziłem że dojadę do mety na tym co mam, następnie trochę ostrych wąskich podjazdów jadę za jakimś bikerem trzymam się ostro jego koła na koniec wyprzedzam dysze jak lokomotywa ale on także. Po chwili słyszę że ktoś za mną jedzie, pomyślałem ze to ten sam co go wyprzedziłem ale nie, wyprzedza, mnie, to był mario666 jechał z kontuzjowaną nogą, szacun wielki, podziwiam. Wymieniliśmy kilka słów między sobą dotyczący trasy, po chwili ostry zjazd, masakryczny piasek który nas dzisiaj nie rozpieszczał, oraz przejazd przez rzeczkę i ostry podjazd, nie zdążyłem zredukować biegu, musiałem zejść z roweru i podprowadzić rower, potem czekał zjazd, próbowałem gonić mario666, ale nie dawałem rady, zbyt silny, widziałem jak jeszcze kilku bikerów wyprzedza  odpuściłem. Na początku maratonu trzymałem się bikera z koszulką czerwoną z napisem MRÓZ ale zgubił mnie, po kilku minutach  widzę go ponownie, właśnie mario666 go wyprzedził, próbowałem znowu się trzymać, tak też robiłem, ale   po chwili ponownie nie daje za wygraną i ucieka mi jak na zawołanie.
Końcówka Maratonu ciągnęła się asfaltowymi drogami przez ok. 6 KM tam dogonił mnie Wojtek który pojechał na pętle GIGA szacun. Powiedział tylko do mnie przecinaj, starałem się jak mogę jadąc stałą prędkością 30-32 km/h pod wiatr, czasem zwalniając do 25 km/h
Po chwili ponownie widzę Bikera z czerwoną koszulką MRÓZ wyprzedzam go, odchodzę na parę metrów, ale zwalniano 25 km/h on zaczyna mnie doganiać był coraz bliżej, w końcu niemal na kole siedział mi, przyspieszyłem do 35 km/h rozglądając się do tyłu był w bezpiecznej odległości, mogłem odetchnąć zwolniłem do 30 km/h i starałem się trzymać tej prędkości. Do końca utrzymałem pozycje, uciekając ponownie o parę metrów, Wojtek  wystrzelił mnie jak rakieta, nie miałem nawet szans go dojść.
Dojeżdżając do mety dostałem pamiątkowy medal za uczestnictwo, poczekałem aż dojadą Marzena z Marcinem, ok. 15 min za mną może byli, średnia prędkość jazdy wyszła mi
21 km/h zadowolony jestem z wyniku ale mogło być lepiej, 17 miejsce w kategorii wiekowej oraz w Klasyfikacji Open 29 na 82 startujących w MEGA, dla mnie sukces,rewelka.
WIELKIE GRATULACJE dla MARZENY, MIRKI  za zdobycie 1 i 2 miejsca oraz za stanięcie na Pudle i zdobycie pucharków  Szacun Wielki

Moje straty: rozwalona ręka, siniak na kolanie, krzywe koło

MARATON MTB NEKSUS polecam każdemu kto lubi-kocha jazdę po terenie,
Trasa bardzo urozmaicona, można znaleźć wszystkiego po trochu, od ciężkich piasków po ostre podjazdy, nie mówiąc o ciężkich technicznych wymagających czasem niesamowitej koncentracji zjazdach, jak na razie ten Maraton oceniam najwyżej pod względem urozmaiconej trasy, Trasa przepiękna

PLUSY:
Pięknie urozmaicona trasa, było wszystko czego dusza zapragnie, po podjazdy po różnego rodzaju krzaczory, wąskie ścieżki techniczne, podjazdy oraz zjazdy jeszcze bardziej techniczne. Trasa była oznakowana bardzo dobrze, Perfekcyjnie, ale mimo to kilka osób potrafiło się zgubić, niestety to przez nieuwagę.
Na koniec Maratonu Ciepły posiłek, Karkówka z Grila oraz  drożdżówka.

MINUSY:
Największym minusem było brak służby medycznej oraz Karetki Pogotowia,
Rozwaliłem sobie rękę i chciałem przemyć wodą utlenioną, niestety nie mieli,
Po chwili przyjechała straż pożarna to dostałem bandaż z jodyną,
Na trasie  wielkim minusem jak dla mnie była spora ilość piachów, zapisuje w minusach bo ich nie znoszę wrrrr i to tyle.

DO Następnego Maratonu 

Opracował: Piotr Habaj (pioter1981)

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

Skandia Maraton Lang Team 2009

IMGP8204Pomimo tego, że zawiązała  się liczna grupa chętnych na maraton Skandii w Gdańsku, nie rozważałem udziału w tej imprezie. Po długiej przerwie z moją kondycją nie było najlepiej. Zrobiłem parę trudniejszych rajdów i parę indywidualnych treningów  ale jednak nie gwarantowały one sukcesu w maratonie,przynajmniej ja tak myślałem.IMGP8217

Mijały dnie, tygodnie i gdy nadszedł ostatni tydzień, coś mi  „zaskoczyło” – dlaczego miałbym nie spróbować? Na trzy dni przed startem postanowiłem jednak wystartować! Najwyżej nie dojadę 🙂 Umówiłem się z naszą ekipą, aby wszyscy przyjechali trochę wcześniej celem wykonania pamiątkowego zdjęcia przez naszego fotografa „Bona”. Dziękujemy Ci, że zechciałeś wstać w środku nocy 🙂 dla niego godz. 10 to jeszcze noc. Zdjęcia zrobione i każdy rozjechał się do swego sektora. Czekamy i czekamy jest dość chłodno a my ciągle czekaliśmy na ostry start. W końcu ktoś tam wystrzelił (dobrze, że nikogo nie ranił) i poszły konie po betonie…  Ruszyłem swoim zwyczajnym i spokojnym tempem. Początkowo wszyscy, no prawie wszyscy mnie wyprzedzali ale nadal utrzymywałem swoje tempo czekając aż skończy się asfalt. Musiałem się rozgrzać.IMGP8226

Z prawej zauważyłem, że chce mnie ktoś wyprzedzić, więc go przepuściłem. Tym kimś był właśnie Intel, a niech sobie jedzie pomyślałem i tak go dopadnę na zjazdach… Pojechał. Z lewej z kolei zaczyna wyprzedzać mnie jakaś dziewczyna, jak się okazało nasza koleżanka „Tatanka”. Zamieniliśmy parę słów i odjechała (zdobyła II miejsce, brawo! jesteś wielka!) Wszyscy odjeżdżają, pomyślałem trzeba się brać do roboty. Skończył się nareszcie asfalt i żarty, zaczyna się to, co ja najbardziej lubię….błoto, zjazdy znowu błoto i tak w kółko. Niezliczone ilości błota. Ruszyłem, przede mną grupka kolarzy, która ciągle się oddalała, teren zaczyna się robić sprzyjającym dla mnie, więc Mietek bierz się do roboty. Pierwszy zjazd, puściłem klamki na liczniku 40km/h, zaczynam powoli dochodzić do w/w grupki składającej się chyba ze 20 bikerów. Po kilku kilometrach ponownie zjazd!!!, wszyscy prawie zeszli z rowerów, ale ja kozak jadę, przesunąłem zadek za siodełko i tu „łyknąłem” chyba z  pięciu. Zostawiłem ich i pognałem dalej i to szybciej, w końcu doszedłem tę resztę grupy, ale  niestety podjazd pokrzyżował mi plany. Dochodzi mnie ta piątka, którą przed chwilą zostawiłem.P1080355P1080350

No cóż napracowałem się a oni mnie w końcu dopadli, młodzi im łatwiej wjeżdżać pod górę niż mi. Błoto niesamowite, opon ani felg nie widać, ciężko się jedzie i traci się dużo sił a w dodatku cała sztuka polega na tym, aby się utrzymać na siodełku. Jak wyprzedzałem kogoś to w tym momencie dokładałem mu trochę błota na jego ubranie Leciały na mnie czasami za to gromy, no, ale cóż taki jest sport, jak facet nie umie się utrzymać na takim błotku i daje się wyprzedzać, to jest ochlapany przez przeciwników…..Nie ma zmiłuj się. Po 15km bufet, ja nawet się nie zatrzymałem, miałem zapas wody a węglowodany w plecaku.

Intel z początku jechał przede mną, następnie wyprzedziłem go, ale on siedział przez jakiś czas na moim kole. Przy długim zjeździe chyba go wówczas zgubiłem, bo miałem bardzo dużą szybkość a w tym momencie nie było błota. Łudziłem się, że w końcu dopadnę Ola, ale ten wyczuł chyba moje intencje i nie dał się złapać na pineski, które miałem mu podsypać pod koła 🙂 Pewno się modlił, żeby go Mietek nie dogonił. I  nie dogoniłem…..a szkoda, wielka szkoda.

Te wszystkie zjazdy zaliczyłem bezbłędnie, „łykając” w końcu całą grupę 20 osobową i jeszcze paru jadących samotników.  Już mnie więcej nie zobaczyli, naciskałem coraz  mocniej na pedały na odcinkach prostych wiedząc o tym, że już przejechałem 20 km.  I tu miałem małą wywrotkę prosto w duże błoto, ale było spowodowane upadkiem przede mną jadącego chłopaka, musiałem mocno zacisnąć obie na raz klamki i było już za późno, nie było gdzie skręcić rowerem. Walnąłem jak długi. Wygrzebałem się z tego błota i pojechałem dalej, tylko małe starcie naskórka. Trasa była bardzo niebezpieczna ze względu na błoto, rowerem rzucało na lewo i na prawo, czasami trudno było utrzymać się na siodełku. A moje semislicki „tańczyły” jak na balu maskowym, ubrane w warstwę błota.zdjecie

Przede mną jest informacja, że do mety tylko 5km. I tu postanowiłem zużyć wszystkie zapasy kondycyjne, ponieważ gonił mnie jakiś starszy pan a więc konkurent.. Na zjeżdzie z Owczarni koło tych studzienek on był przede mną, więc jeszcze mocniej nacisnąłem i w końcu krzyknąłem do niego lewa wolna… lekko zjechał na prawo i tu przegrał ze mną, już nie dałem mu szans. Parłem jak oszalały na liczniku 37km/h i wpadłem na ostatnia prostą i tu jeszcze jednego wyprzedziłem….Uff!! Nareszcie koniec

Wpadłem na metę prawie prosto w objęcia mego syna, a on krzyczy do mnie, że wołany byłem przez głośniki na podium, abym odebrał nagrodę jako najstarszy zawodnik tego maratonu i w dodatku za to, że przejechałem w tak ciężkich warunkach całą trasę. „Olo”, „Bono”, Wiesiek obejmują, myślałem, że mnie uduszą! Andrzej pociągnął mnie do Langa i zameldował „oto ten najstarszy”.

Tak sobie myślałem, co oni chcą ode mnie jakaś dekoracja, ale, za co, z przemęczenia nie mogłem jakoś skojarzyć. Wciągnęli mnie na podium obok fajne dwie dziewczyny a Jan Kozłowski – Marszałek Województwa Pomorskiego wręcza mi statuetkę i składa gratulacje, podziękowałem a następnie składa mi osobiście dyrektor Czesław Lang. Ale było mi miło, a jaki stałem się sławny!

Po wręczeniu nagrody podszedł do mnie ponownie Pan Marszałek i w te słowa mówi: „podziwiam Pana, aby w takim wieku przejechać cala trasę i nie widać specjalnie po Panu zmęczenia”, to mnie podniosło na duchu, więc odpowiedziałem mu to zasługa długiej żmudnej i ciężkiej pracy, nic nie ma za darmo.

Poszliśmy razem z Andrzejem do naszych kolegów na pogaduszki, aha zapomniałbym, niespodziewanie wyrosła mi przed nosem jakaś czarna bania a to był mikrofon. No tak to znowu wywiad, próbowałem ich zniechęcić od tego zamierzenia, ale oni są uparci (to jest ich chleb). Parę słów powiedziałem i poszli sobie 🙂 I najważniejszy moment to wyżerka, dali mi jakąś pierś z kurczaka (prawdę mówiąc wolałbym inną niż z kurczaka) Muszę jeszcze wspomnieć o naszym koledze a mianowicie „Bono”, którego parę razy widziałem na trasie jak robił nam fotki Ten chłopak też „natłukł kilometrów”

Spotkałem jeszcze jednego z naszych kolegów, Mirka. Z nami jeździ od nie dawna….też robił mi fotki. Pozdrawiam go.

Na zakończenie trochę o sprzęcie:

Opony miałem założone:

Przednia Panaracer MACH SK

Tylna  Panaracer MACH SS

To było wielkie nieporozumienie, po takim błocie jechać na semislickach. Rzucało na boki a najgorsze jak pod górką się zatrzymałem lub zwolniłem to koła się obracały w miejscu. Dziwne, że nie miałem żadnego upadku ze swojej winy. Żebym miał lepsze opony to, kto wie, pewno większy byłby sukces. Czas mojego przejazdu: 1h 46min

Ubłocony, umorusany w błocie, ale szczęśliwy a po za tym razem żadnej awarii ani żadnych skurczów mięśni. Na drodze widziałem bardzo dużo awarii rowerów, jednym pękały łańcuchy a wielu łapało gumy. Trasa bardzo solidnie przygotowana pod względem oznaczenia, ale zaliczyłbym ją do ciężkiej… Dziękujemy Panie Czesławie.

Nasza ekipa liczyła 8 osób

Swoją obecnością zaszczycił Tomek „Flash”, ktróry złozył mi gratulacje a my się cieszymy, że nareszcie powrócił do zdrowia.

Do zobaczenia na następnym Maratonie

Tekst: Mieczysław Butkiewicz

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=TPK, Gdańsk

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , , , | Leave a comment

Maraton szosowy KaszubeRunda

Kaszeb 2010 026Pobudka o godz.5.00szybkie śniadanie i do Gdańska po Wieśka. W Kościerzynie jesteśmy przed ósmą. Rozglądamy się za naszymi kolegami i dostrzegamy jedynie Piotra1981 w asyście swego taty  i Ola, który stoi w kolejce po chipy i numery startowe. Pierwsza grupa startuje o 8.20 około 40 osób, wśród nich Piotr, kolejna po 20 minutach. Ci zawodnicy startują na dystansie 215km Jadący na tym dystansie jadą na szosówkach, ale też na góralach jak Piotrek i stanowią różną grupę wiekową , od młodzieńców do emerytów. Co można o nich powiedzieć, to jedno „ twardziele „  zwłaszcza o tych, co wybrali się na góralach. . O  godz. 9.00 rusza   nasza grupa  licząca ok. 50 osób, nasz dystans  to  120km. Ustawiamy się na starcie po uprzednim przedstawieniu się   /taki   zwyczaj wprowadził organizator /.Ludzie są z całej Polski  a nawet z Niemiec.   Reprezentujemy  ogólnie dość zaawansowany MINOLTA DIGITAL CAMERAprzekrój  wiekowy,  co ze smutkiem komentował Olo.  Ruszamy, na czele policyjny  samochód  i  asysta  motocyklistów  dbających o nasze bezpieczeństwo. Początkowo jedziemy przez miasto dość spokojnie, skutecznie blokowani przez  radiowóz. Jednakże za miastem  peleton  mocno przyciska.  Osiągamy ok.  40km/h. Jedziemy zwartą grupą przez ok. 30km  co  chwilę robiąc zmiany. Nawet ja i Olo mieliśmy okazję prowadzić cały peleton. W środku peletonu jechała  grupa kolarzy z Bytowa ok. 10 osób, która w pewnym momencie tak przyspieszyła, że tylko Wiesiek zdążył się z nimi zahaczyć …..i  poszli…..I tyle ich  widziałem.  I tak się rozpoczęła  moja samotna jazda przez 80 km.

Czasami wyprzedziłem równie samotnego rowerzystę . Po 65km zacząłem kombinować gdzie  by to się zatrzymać i coś zjeść , ale cały czas coś mi przeszkadzało a to rowerzysta przede mną  a to podjazd czy też zjazd. I tym sposobem dojechałem do Sulęczyna nawet z niezłym czasem 3h25min. Ale rozpoczęły się schody, bo moja kondycja była cieniutka, wprawdzie zatrzymałem się na punkcie regeneracyjnym, ale dystans, przeciwny wiatr  zrobiły swoje. Po 5 min rozpocząłem dalszą walkę ze sobą i dystansem, ruszyłem mając nadzieję na sprzyjający wiatr, lecz nic z tego wiało jak cholera.  Przed Kościerzyną myślę sobie,  że walnę rower i położę się w rowie, po prostu nie miałem  siły , no i pojawiły się skórcze,  ale siłą woli dojechałem do mety. Organizator zapewnił posiłki i symboliczne piwo, z czego skrzętnie z Olem i Wieśkiem skorzystaliśmy. Na rynku spotkaliśmy Wojtka, który jechał na 120km i czekającego na Batika pokonującego 215km.MINOLTA DIGITAL CAMERA

Reasumując, było   EKSTRA.

Do zobaczenia na Scandi.

Pozdr. Zbyszek „Zibek”

Kaszebe Runda

Tak długo oczekiwany, nieosiągalny, nie dostępny będący tylko w sferze marzeń wyścig wraz z moimi przyjaciółmi z GER- u jest już za mną. Trzy lata przymierzałem się by w nim wystartować, ale zawsze brakowało mi odwagi. Oglądałem go na mecie i podziwiałem tych tuzów kolarstwa ich rowery, głośne rozmowy, uśmiechy, wesoły nastrój, aplauz …… zadowolenie. No i jestem na starcie KASZEBA RUNDA 2009, wraz z Wieśkiem, Zbyszkiem oraz Piterem. Impreza odbywa się dzięki miłośnikom kolarstwa we wszystkich jego odmianach już po raz VI. Są proponowane różnej długości dystanse pozwalające każdemu na optymalny wybór trasy :

  1. Kaszebe Runda 215 km – wyruszył Piter 1981
  2. Mini Kaszebe 120 km
  3. Mikro Kaszebe 65km

Kaszebe Runda to dla mnie wyzwanie, którego nie mogłem się podjąć i dokonać od bardzo wielu lat a przejechanie takiego dystansu w formie wyścigu nawet od kilkudziesięciu. Jednorazowy dystans 120 km jazdy na cza, bo na taki wybraliśmy się razem z Wieśkiem i Zbyszkiem to dla mnie wyczyn tylko w realiach młodzieńczych lat. W końcu stoimy na starcie z czterdziestoma zawodnikami. Przed nami 20 min. Wcześniej wyjechała podobna grupa na dystansie 120 km, a jeszcze wcześniej dwie na pełną Kaszebe Rundą- 215km. Ile będzie grup za nami tego jeszcze organizator nie wie. W eskorcie wozu policyjnego i kilku motocyklistów uzbrojeni w czipy ( urządzenia do pomiaru czasu), i wszystko to co jest potrzebne nam na trasie (guma, kleje, jedzenie, picie, podstawowe narzędzia) ruszamy tempem defiladowym przez Kościerzynę do rogatek miasta, dopiero tutaj jest zgoda na rozpoczęcie prawdziwego zmagania się z czasem.

Kaszebe Runde to nie wyścig o I ,II czy… III miejsce, to nie wyścig to wyścig z czasem i własnymi słabościami na całym dystansie. Trzeba zachować siły i umiejętności prawidłowego ich rozłożenia na całej trasie, bo najczęściej jedzie się samemu lub w kilku osobowych grupkach. Jazda w dużej grupie na tak zwanym „Na kole” wymaga szczególnej ostrożności, koncentracji oraz wyobraźni jak również wielu startów celem nabrania dojrzałości jazdy i pewności siebie. Mnie… tego zabrakło !!! Grupa w której jechaliśmy zaraz się rozerwała na 2 lub 3 mniejsze, w tej pierwszej na szpicy widziałem Zbyszka z Wieśkiem, ale tylko wtedy gdy był długi prosty podjazd.

Raz tylko udało mi się dotrzeć do czoła i poprowadzić grupę w tempie, które wytrzymałem przez kilka min. Następnej zmiany nie miałem szansy już dać. Powiedziałem GEROWCOM do ZOBACZENIA NA MECIE I NIE CZEKAJCIE ZA MNĄ!!! Tępo pierwszej godz. To uwaga !!!!! 33 do 34 km/h Oczywiście, że nie wytrzymałem takiego tępa w następnej godzinie, odpadłem i praktycznie od tego momentu jechałem sam, lub o dziwo czasami udało mi się dojechać do kogoś z mojego peletonu a nawet z poprzedniej grupy, która wyjechała 20 min wcześniej.

Gdzieś na 68 km trasy przeleciała 10- 12 osobowa grupa i to wyjechali po mnie też 20 min. Pojechali jak Express Intercity tyle tylko, że ja pozostałem na przystanku i nawet mimo machania nie załapałem się i dalej jechałem jako osobowy.

Na trasie całego dystansu miałem jeden nieprzyjemny incydent…. Ze skorupą na czterech kołach. Wyjechał z podporządkowanej drogi z za barakowozu łukiem wprost na drogę TO, że zajechał mi tor jazdy to jeszcze nic w momencie gdy ratowałem się przed kolizją wyprzedzałem go lewą stroną on po przejechaniu ze mną 100m nagle zaczął skręcać w lewo i to właśnie był moment krytyczny!!! Piany niedzielny!! Kierowca !!! czy morderca za kierownicą!!! To, że nie szarżowałem i kierowałem się rozsądkiem ustrzegło mnie przed poważnym wypadkiem. Przecież pamiętałem o tym, że trasa jest otwarta dla ruchu drogowego co oznacza obecność innych użytkowników dróg. Poza tym cała trasa przebiegała w pełnym poczuciu bezpieczeństwa. Wiele osób musiało w tym uczestniczyć i za to należy się wielkie podziękowanie organizatorom. To poczucie bezpieczeństwa kosztowało od 85-150 zł wpisowego- drogo przekonało mnie do wzięcia udziału w tego typu imprezie otwartej. Mimo wszystko preferuję jazdę po lasach i to najlepiej w towarzystwie BIKERÓW z Gdańskiej Ekipy Rowerowej. Na metę doczłapałem się po 4h i 52 min. plan został wykonany i średnia dystansu była wyższa niż planowałem bo 27km/h. Numer startowy 647 dotarł w jednym kawałku, chociaż z wieloma medycznymi kontuzjami do Rynku Głównego w Kościerzynie.
Wiesiek i Zbyszek już kończyli się posilać i czas mocno ich naglił do wodopoju w Gdańsku.

„OLO”

Relacja Piotra

Żeby się zarejestrować postanowiłem pojechać do Kościerzyny dzień wcześniej. W piątek zaraz po pracy, na miejscu byłem ok. godz. 19:00 Dostałem nr „540” trochę mnie zdziwił kolor; zawodnicy na małym dystansie dostawali żółte numerki, a na dystans średni i giga pomarańczowy, zacząłem się śmiać, że akurat pasuje do koszulki J takie dopasowanie. Następnego dnia to była już sobota, wielki dzień, wielkie kolarskie święto, dzień wielkiego Maratonu a dla niektórych Wyścigu zależy, kto jakie miał podejście do zawodów. Pobudka o 5:00 rano; śniadanko, przygotowania; co by tu jeszcze zapakować do plecaka, pompka jest, klucze są, łatki i dętka na zapas są hmm chyba wszystko, no to w drogę, aaa i wody przydałoby się nalać do bukłaka J taki drobiazg, no to można ruszać w drogę. Na starcie  byłem trochę wcześniej, tata odwiózł mnie samochodem, zacząłem ustawiać siodełko ok. 5-10 min; stanąłem koło jakiegoś kolarza, który przyjechał na szosówce, rozglądam się w prawo, w lewo, nie widzę żadnego górala, myślę sobie czyżbym był jedyny na MTB, ale nie, w grupie jechało jeszcze dwóch kolarzy na rowerach MTB, po chwili podszedł do mnie, Zibek i Olo, oraz Wiesiek, wymieniliśmy sobie kilka słów na temat pogody, trasy ilu znajomych będzie jechało itp. Okazało się, że ja i Batik startowaliśmy na pętli giga jako jedyni; o ile się nie mylę; jeśli się mylę to poprawcie mnie, ja startowałem jako pierwszy o godz. 8:00 Batik 20 min później; ale mimo to na metę dojechał z przewagą 1 h; szacun wielki, i gratulacje, ja jako jeden z nielicznych startowałem na rowerze MTB z oponami typu Slick, szerokość 1,75. Trochę było zamieszania, już na starcie, mianowicie jeden z kolarzy spiesząc się na start zaparkował samochód, naprzeciw bramy skąd miał wyjechać peleton,

(widać to na jednym z fotografii), niestety taka blokada uniemożliwiała start peletonu, no, ale „jak się spieszy to diabeł się cieszy” tak to mówią, po ok. 5 min wszystko powróciło do normy, musiało trochę czasu minąć zanim kolarz się skapną, jakiego babola popełnił i przeparkował swoje F1, druga wpadka była jak kolarz przyjechał na ostatni gwizdek, czujniki GPS były już uruchomione i chciał wjechać pod prąd przez bramkę; ekipa organizacyjna próbowała zatrzymać; ale niestety nie udało im się przemówić, że należy dookoła przejść, i mimo że jeszcze nie wystartował, jego czas zaczął być naliczany tuż przed startem 😛 taki to pech, ale trzeba wybaczyć, w pośpiechu się nie myśli, w takim wielkim dniu, wyścigu nie można racjonalnie myśleć, taka impreza jest jedyną chyba w Polsce gdzie mogą wystartować amatorzy na szosie, nie koniecznie na szosówkach.

Po drobnym opóźnieniu peleton ruszył wraz z pilotem oraz panami policjantami na motorach dbających o bezpieczeństwo ruchu, jeśli chodzi o ruch w porównaniu do poprzedniego roku, był bardzo mały; przynajmniej jak ja  jechałem, zaczęło się dopiero jak dojeżdżałem do mety w okolicach Stężycy; ale nie tak strasznie, dało się przeżyć, pierw jechaliśmy spacerkiem trzymając prędkość równą 30 km/h, w sam raz żeby się rozgrzać, po ok. 15 min już 35 km/h w porywach do 40 km/h nie było źle, nie miałem pojęcia jak będą się spisywać moje oponki, bo nawet nie przetestowałem ich, jednego się bałem, że zacznę zbyt szarżować gdzieś w połowie i złapie mnie kryzys, tak miałem rok temu jak na dystansie 215 km pojechałem na scottach ozzon o szerokości 2,2 dojechałem do mety z kompromitującym wynikiem 11 h. Na dystansie nie doznałem żadnego kryzysu, ani skurczy mięśni, było wszystko w porządku, mało tego widziałem jak kolarze odpadali z peletonów zwalniali, Na wszelki wypadek wziąłem trochę żelu, co miało pomóc w takich wypadkach, okazało się to zbędne, bo nawet nie skorzystałem z tego magicznego środka, ale warto mieć.  Początek zaczął się pechowo dla kilku kolarzy, była kraksa;

Po ok. 20 min jazdy wybiegły dwa psy marki „BUREK WIEJSKI” wbiły się w samo centrum 15- osobowego peletonu, burki zaczęły szczekać gonić, ja odpiąłem się z bloka wrazie, co, ale przestraszyły się mojego FELTA wolały cienkie oponki; nie wiem może smaczniejsze, jechaliśmy 35 km/h, kiedy groźni napastnicy o spiłowanych mocno zębach, ze świecącymi oczyskami jak wilk tasmański zrezygnowani chcieli się wycofać; pomyśleli, że z taką przewagą kolarzy nie mają szans w dwójkę, ale tak niefortunnie próbowali odwrotu, że przedostali się wprost pod koła wroga na cienkich smakowitych oponkach; mogą być zadowoleni, że nie zostali przepiłowani w pół; było by nie zaciekawie,

2-3 kolarzy miało wywrotkę w tej sytuacji, ja  byłem też o włos od przewrotki, ponieważ  jeden z kolarzy tuż przede mną się przewrócił, ja omijając go szerokim łukiem prawie zahaczyłem o jego bidon, ufff, mało brakowało, pomyślałem sobie, że chyba to nie ostatnia przewrotka, trzeba być ostrożnym oraz przewidującym, szczęśliwie się wszystko zakończyło na drobnych potłuczeniach.  Spojrzałem do tyłu czy pozbierali się, ale tak; nic się nie stało, wsiedli na koń i pognali za nami, pan motocyklista jadąc z tyłu peletonu szybko zareagował, i blokował takie wioski gdzie była możliwość zaatakowania kolarzy przez terrorystów pseudonim „burek wiejski” Druga przewrotka z tego, co rozmawiałem z kilkoma kolarzami na pierwszym postoju, który sobie zrobiliśmy, były to „Laski” ruszali tuż za nami, o 8:20 nazwali tą gupe jako pościgową, składającą się z silnych szybkich kolarzy min. Batika, na jednym skręcie był wysypany piasek, niestety nie zapamiętałem  miejscowości; ale okolica Borska mniej więcej,  Kilku kolarzy wpadło w poślizg i miało bliskie spotkanie z siłami przyciągania ziemskiego, przytulił się niefortunnie oraz niezbyt przyjemnie do asfaltu, nie wiem ilu, jak ja jechałem to motocyklista jadący przed nami zatrzymał się i ostrzegł nas o pułapce, zwolniliśmy do

30 km/h później znowu przyspieszyliśmy do 35-40 km/h, pogoda nas nie rozpieszczała wiatr dawał ostro w twarz, prawie cały czas jechaliśmy pod wiatr, ehh jak już wyjeżdżałem pomyślałem ze to będzie najtrudniejszy wyścig, w jakim  brałem udział, byle by poprawić kompromitujący wynik z przed roku; jakiś czas zmienialiśmy się, jadąc za kolumną kolarzy mogłem spokojnie 40 km/h trzymać nie czując silnego podmuchu; ale wyprzedzając z wielkim wysiłkiem osiągałem 35 km/h, od czasu do czasu nadawałem tępo, bo nie wypadało tak bezczynnie jechać za nimi, Trzeba było też czasem pomóc J; no i tak zmienialiśmy się, co jakiś czas, peleton rozproszył się dopiero  przy „Laskach” gdzie zrobiliśmy pierwszy postój, uzupełniliśmy płyny, co nie, którzy pożywili się chlebem ze smalcem oraz ciastem, od czasu startu wypiłem litr wody, byłem prawie pusty, napełniłem się i w drogę.

Pełny jak wielbłąd czekała na mnie z wielkim uśmiechem wielki podjazd, ja jeszcze z większym uśmiechem jechałem na wprost bez odrobiny strachu, mówiąc nie tym razem stary, teraz się przygotowałem, pamiętałem go z przed roku, miałem wielki problem żeby go pokonać, pokonałem go jadąc 15 km/h

Teraz  jechałem pokonując go bez żadnych problemów 30 km/h od tego momentu zacząłem gonić peleton, który szybciej wyjechał, uciekł mi, musiałem sam jechać, zmagać się z wiatrem, wyprzedzając 5 kolarzy, jednego z nich zdmuchnął wiatr i wylądował ostro w rowie, trochę się przestraszyłem, niebezpiecznie to wyglądało, ale pozbierał się i pognał do przodu, na szczęście nic się nie stało i tym razem.

Po krótkiej chwili wyprzedził mnie peleton kolarzy, jechali z prędkością 35 km/h od tej chwili jechałem tuż za nimi. Jadąc za kolumną Kolarzy, nie odczuwałem wiatru, więc starałem się dorównać im tępa, mimo że byłem wśród nich jedyny, który jechał rowerem MTB udawało mi się jechać jak równy z równym, co się czasem sam dziwiłem, jechaliśmy 35-40 km/h z górki dochodziło nawet do 50, nie odpuszczałem, mówiłem sobie jak odpuszczę to będzie jeszcze gorzej, mogę gdzieś polec, i było by nie zaciekawię, walka trwała; czasem tylko zerkałem, jaką prędkością jadę, miło było patrzeć.

Jeszcze w życiu przez tak długi okres nie utrzymywałem takiej wysokiej prędkości, co w końcu przerzuciło  się w rekordową średnią, w końcu 105 km, czyli pora obiadowa, serwowali spaghetti i zupę pomidorową, ja wziąłem sobie tylko spaghetti oraz uzupełniłem płyny, niestety grupa, z którą jechałem była zbyt szybka i silna, pojechali szybciej ode mnie, nawet się nie zorientowałem, kiedy. Teraz miałem okazje jechać z takim panem na treku, zmienialiśmy się, co jakiś czas, no i tu zaczął się prawdziwy horror, prawdziwe schody w postaci wiatru, cisnęliśmy ile sił w nogach, ale też nie za mocno żeby nie odpaść, tępo mieliśmy w granicach 25-30 km/h po kilku km minęliśmy kilku kolarzy, w końcu dołącza do nas jedna osoba na kolarzówce; dajemy czadu jak równy z równym, zmieniamy się, co chwile w trzy osoby, ale niestety po ok. 50 km  kolarz nie daje rady i zostaje daleko z tyłu, zostaliśmy tylko w dwujke, tępo utrzymujemy takie jak było, jedziemy. W okolicach Stężycy dogania nas następny  peleton kolarzy, chwile pognałem za nimi, ale po chwili odpuściłem, już nie miałem sił, byli zbyt silni.  Meta wydawała się tuż tuż, niby tak blisko a tak naprawdę daleko. Jadę chwile sam, ale widzę, że jeden z kolarzy także odpuścił, nie dał rady jadąc z silnym peletonem, to oznacza jedno, nie jestem sam. Powiedział do mnie, lepiej się teraz nie rozdzielać, tak też robiliśmy, jechałem aż do mety tuż za nim. Powiedziałem mu, że teraz już będzie większość z  górki.

Spojrzał na mnie jak na czubka, oraz na jedną z górek, która musieliśmy pokonać i dodał, jak to jest z górki to ja jestem Amstrong J jedziemy lajtowym tempem pod górkę 20 km/h na prostej 30 z górki 40 km/h a czasem i szybciej, na kilku podjazdach czekał na nas grajek w stroju kaszubskim grając na akordeonie, po drodze również mijaliśmy takiego gostka w stroju kaszubskim. Cieszyliśmy się widząc takie zainteresowanie nie tylko wśród kolarzy, ale także mieszkańców i okolic J Mijamy metę, wszystko dobrze się skończyło, wielka ulga ufff, na mecie oklaski wręczenie medalu, na dyplom trzeba było trochę poczekać, wręczyli nam talony na posiłek, dostałem makaron z kalafiorem,marchweką i groszkiem, była dobra, po takim rajdzie przyda się coś zjeść, oraz kto chciał mógł sobie piwko wziąść, także za darmo, wziąłem sobie pół szklanki, usiadłem koło stoliku, porozmawiałem z miłą bikerką, okazało się, że koleżanka jest zaangażowana tak jak nie jeden z nas, startowała na dystans 120 km przyjechała aż z Warszawy na zawody. Startuje również w Skandi oraz  dość często w Mazovi; wymieniliśmy sobie kilka słów dotyczących trudności trasy, oraz pięknych terenów, krajobrazów, pogratulowaliśmy sobie wspaniałych wyników, koleżanka pokonała dystans

120 km coś ponad 5 h, całkiem niezły wynik,

Ja poszedłem na masaż, spotkałem Obcego,Sabe któży wykonywali masaże oraz Batika z Wojtkiem, również wymieniliśmy kilka uwag dotyczących rajdu, po ok. 1h rozstaliśmy się,

Ja poszedłem jeszcze odebrać dyplom, i teraz to, co jest najgorsze, czyli rozstanie się z tak wspaniale zorganizowaną imprezą; jedynie, co mogę powiedzieć to „do zobaczenia za rok”, moje wrażenia są pozytywne, mimo kilku upadków, ale to się zdarzyć może każdemu z nas, ruch był bardzo mały, oznakowanie bardzo dobre, impreza lepiej zorganizowana niż rok temu, co roku jest lepiej, więcej ludzi startowało, przyjeżdża jak na moje oko, z wielką chęcią zachęcam każdego do wzięcia udziału w tej oto imprezie, nie trzeba od razu jechać na największy dystans, na pierwszy raz można spróbować swoich sił na dystansie 120 km, · ale warto; polecam  w skali 1-5 dałbym 4+ odejmę trochę, że w punktach „R” regeneracyjnych było zbyt mało bananów, a to ważna rzecz, gdzie rok temu było fuul; a tak to wszystko było oki; „do Zobaczenia za Rok” !!! oraz na innych imprezach; teraz najbliższa to Skandia Maraton 07.06.2009 Zapraszam J

Tekst napisał Piotrr „Pioter1981

asfalt=niewiele

dystans=200

dystans=100

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=Kościerzyna

typ=rowerowy


Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

VI Maraton w Wejherowie

2Wspaniała pogoda zachęca do wyzwań. Jako że od kilku dni taka właśnie jest postanowiłem w piątkowy wieczór wyrwać się na maraton jaki zaplanowano w Wejherowie. Wlazłem więc o 23:00 do piwnicy zobaczyć czy rower nie zardzewiał. Niestety był w opłakanym stanie. W tym roku prawie nie używany.

No ale po godzince nadawał się już do startu.

Po wejściu na peron w SKM o 7:20 w sobotę rano, zauważyłem jedynie siedzącego na ławce Sla. Spodziewałem się spotkać wielu znajomych a tu taki zonk. Cóż, może się ktoś dosiądzie. Przed samym wejściem do wagonu na przeciwnym torze śmignął nam machający z pociągu Zibek. Chwilę później na kolejnych przystankach dosiadł się Olo oraz kilku innych wycinaków i wycinaczki. Również Zibi nudził się sam w podróży i przeskoczył do naszego pociągu.4

Po dotarciu do Wejherowa czekał na nas Darek. Taką ekipą wolno ruszyliśmy na miejsce startu. „Wioska” zawodów, – bo „miasteczkiem” bym tego nie nazwał było prawie puste. Ale już po chwili zaczęła się zjeżdżać rowerowa brać. Można było nacieszyć oko rowerami i nie tylko. Spokojnie w tym czasie zdążyliśmy się zarejestrować, pośmiać, rozgrzać i ustawić na start. Miło było spotkać na miejscu wza, Kasię i kilka nowych koleżanek. Pod lasem swoje koła rozgrzewał też mistrz Robin.

Na miejscu startu staraliśmy się wszyscy ustawić blisko siebie. Gdy już czekaliśmy na „strzał” nagle na wprost nas – przed samym czubem maratonu pojawił się autokar! Natychmiast uświadomiłem sobie, jaką rangę ma ta impreza, jak została przygotowana (czyt. Zabezpieczona) itd.. Oczywiście przepuściliśmy blaszaka, choć słyszałem za plecami okrzyki, aby tego nie robić J Start okazał się pechowy dla dziewczyny z SopotKillers, którą przez moment widziałem przewróconą. Dzielnie jednak się podniosła i dotrwała do końca maratonu.

Pierwsze kilkanaście kilometrów po prostym asfalcie. Przyznacie, że nic gorszego nie można zrobić niż taki początek. Nie pozwala on, bowiem rozciągnąć się stawce i zbity peleton wpada następnie na wąskie leśnie dukty. Długo nie trzeba było czekać. Jak sam się miałem przekonać o kraksę w takich okolicznościach bardzo łatwo.36

Na jednym z pierwszych ostrych zakrętów peleton zamiast skręcić pojechał prosto. Harcerz, który miał pokazywać trasę chyba zaspał w krzakach. Cały wysiłek włożony w „odskoczenie” na asfalcie od jak największej grupy rowerzystów poszedł na marne! Do tego bardzo duża ilość kurzu skutecznie ograniczała widoczność. Podczas nawrotki zaliczyłem potworną kraksę z Darkiem. Sklejając się ramionami nie mieliśmy żadnych szans utrzymać równowagi. Ja jeszcze nie widziałem zawracających a On już zawracał, gdy krzyknąłem  – lewa! Chcąc się tą stroną przedostać. Niestety!

Gleba sprawiła, że mój czarny strój zmienił się na popielaty. Leżąc poczułem jak po moich nogach przetoczyła się czyjaś zębatka a w dłoń wbija się róg od mojej kierownicy. Szybko się pozbierałem i kątem oka patrzę na Darka, – który pyta: Żyjesz? Pomyślałem wtedy; musiało wyglądać to nieźle. Wstaliśmy i razem jechaliśmy jeszcze przez chwilę. W nadgarstku czułem narastający ból. O trasie nie będę się rozpisywał – nie miała, bowiem ani jednego trudnego elementu. Była płaska, prosta i bardzo szybka. Jedyne, co przeszkadzało to duża ilość piasku. W kilku miejscach zmuszała do zsiadania z roweru – przynajmniej mnie.

Zaczynając drugie okrążenie na asfaltowej nawierzchni przykleiłem się kilku grupek, co tym samym pozwoliło mi na zupełne naładowanie baterii. Jadąc ma maratonie mój puls zazwyczaj oscyluje w granicach między 185-199. Na wspomnianym odcinku spadł do 165.

Niestety nadgarstek bardzo zaczął dokuczać, pod koniec jechałem już trzymając jedną ręką kierownicę. Bałem się o kolejną glebę tak się jednak nie stało i szczęśliwy dojechałem do końca drugiego okrążenia.

Na mecie czekał na mnie już Sla. Moja radość był ogromna!!! Nareszcie objechałem wza, nareszcie!!! Czekając jednak kolejne minuty na metę wjechał Darek, Olo i Zibek. Radość odeszła, gdy zrozumiałem, że wza pojechał na trzecie kółko. Cóż. Pozostało się tylko napić. Wcześniej jednak jak przystało na dżentelmenów umyliśmy się przy beczkowozie. Gdy oddałem nr startowy otrzymałem porcje kaszanki, a po kilku słowach z panią nawet trzy. Umyci i najedzeni rozpoczęliśmy właściwy maraton. Tu wiedziałem, że będę liderem. Nie myliłem się. Wspaniałe zimnie trzy piwka sprawiły, iż poczułem smak zwycięstwa.

W którymś momencie widziałem jak na trzecie kółko wjeżdża Kasia. Było naprawdę miło pomyśleć, że ja już nie muszę.

Chwilę później  na ławkach obok nas jedna z koleżanek zrobiła dla nas nawet striptiz. Niestety nie daliśmy rady uwiecznić tego na zdjęciach. Na koniec do naszej „wioski olimpijskiej” dotarł Wiesiek i Robert na szosówkach. Przyleciała też pszczółka Maja a wza puścił bąka. Było naprawdę wesoło. Do tego stopnia, że nawet ten mizerny grajek, co kaleczył piosenki nam nie przeszkadzał. No, ale wszystko dobre, co się szybko kończy. W iście sportowych nastrojach dojechaliśmy do SKMki w Wejherowie. Tam zaopatrzyliśmy się w kolejne izotoniki i pojechaliśmy do domu. Było naprawdę fajnie spotkać się z Wami, za co wszystkim dziękuję. Organizatora maratonu proszę o poprawę w przyszłym roku.

PS: Rano budzę się i patrzę a tu koło mnie leży jakiś łysy facet! Kruuuca fix! Co jest pomyślałem – aż taka impreza była! Przyglądam się jednak a to nie łysy żaden łeb. Tylko moja ręka tak spuchnięta. Co za koszmarne przebudzenie! Niemniej jednak lepiej, że to łapa tak napuchła niż by miał jakiś łysy zemną spać.

Szybko na pogotowie i okazało się złamanie „wielo……. coś tam, coś tam”, skręcony paluch i mikropęknięcia.

Tak, więc przez najbliższy miesiąc z rowerów nici. A i tak by były, bo za chwilę synek się rodzi – nie to, że się chwalę, ale jam to uczynił,  (bo jak wspomniałem żadnego łysego nie było)

Qazimodo

Druga relacja  Dariot3

VI Leśny Maraton Wejherowski

Jak co roku w pięknych lasach Wejherowskich odbył się VI Leśny Maraton. W sobotni poranek czekałem na Dworcu Głównym PKP w Wejherowie gdzie miała dojechać mocna ekipa z Gdańska. Jak zawsze punktualnie przybyli : Zibek, Sla,Quazi,Olo oraz dwie śliczne bikerki. Po kilku fotkach ruszyliśmy, po drodze wstąpiliśmy do sklepu, aby zaopatrzyć się w napoje. Następnie ruszyliśmy bezpośrednio do miejsca startu maratonu. Mieliśmy po drodze małą rozgrzewkę pod górkę dalej prosty odcinek i jesteśmy na miejscu. Byliśmy jedni z pierwszych , a więc nie musieliśmy długo czekać do rejestracji. Po chwili podjechała następna ekipa widocznie przyjechali następną kolejką. Po otrzymaniu numerków mieliśmy chwile czasu na pogawędkę z przyjaciółmi z różnych ekip. Zbliżała się godzina startu, postanowiliśmy dzięki uprzejmości Marcina-organizatora Maratonu pozostawić w jego samochodzie nasze rzeczy. Coraz bliżej godziny 10:00 ,udaliśmy się na linię startu, aby zająć w miarę dogodne miejsce. Czołówka jak zawsze była na początku, dwie minuty przed startem na trasie maratonu pojawił się autobus. Musieliśmy go przepuścić, lepiej przed startem niż w czasie trwania maratonu.  Przyszła godzina startu trzymaliśmy się razem, ale po chwili, paru metrach pierwsza kolizja i szybko należało się wypiąć. Widziałem tylko jak Zibek mi odjechał . Po chwili już dogoniłem chłopaków, oczywiście Sla pojechał z czołówką maratonu. Praktycznie początek szybki, jazda powyżej 30km/h, ponieważ trasa prowadziła asfaltem. Po paru kilometrach należało skręcić już na drogę piaskową. Jechałem wraz z Quazi po kilkuset metrach niespodzianka, zobaczyłem  za zakrętu chmurę kurzu, z której wyłoniła się czołówka maratonu. Byłem mega zdziwiony i zaskoczony, z daleka wrzeszczeli, że źle pojechali. Ja dalej zaskoczony, aby nie być staranowany przez co najmniej 20 rowerzystów odbiłem w lewo w momencie, gdy akurat krzyknął Quazi – „ lewa moja” niestety doszło do kraksy. Wynikiem, czego oprócz straty czasu było jak okazało się później złamanie nadgarstka Quaziego. Ja praktycznie miałem zdarty nadgarstek oraz przez parę minut nie mogłem wziąć pełnego oddechu. Wstaliśmy razem i ruszyliśmy dalej. W sumie i tak mieliśmy szczęście, ponieważ mogli nas staranować. Czołówka peletonu ostro słownie potraktowała harcerza, który stojąc na rozwidleniu nie pokazał im kierunku trasy.  Dalej droga prowadziła praktycznie tak jak wskazuje nazwa maratonu przez las. Po drodze były odcinki piaszczyste, gdzie na jednym z nich większość oprócz czołówki maratonu musiała prowadzić rowery. Po zrobieniu pierwszego okrążenia zacząłem nadrabiać straty w wyniku wypadku. Po paru minutach zobaczyłem pomarańczowa koszulkę, GER, w której był Zibek. Po kilku mocnych obrotach udało się wyprzedzić Zibka i jeszcze 12 bikerów, z czego byłem bardzo zadowolony. Trasa była zróżnicowana: asfalt, piachy, ale też wysypane ostre kamienie, na które nadział się jeden z bikerów miał pecha i złapał tzw. gumę. Na mecie okazało się, że byłem tuż tuż za Olo, z czego byłem mile zaskoczony. Po chwili pojawił się też Zibek. Na mecie trochę szwankowała organizacja, ponieważ nie zapisali mnie na liście. Na szczęście udało się wszystko wyjaśnić. Wza jako jeden z nielicznych pojechał na najdłuższy odcinek. My już spokojnie mogliśmy degustować się kiełbaską, piwkiem i mega smacznym chlebem z smalcem. Po dłuższym czasie przyjechał Wza tuż za Weroniką. Następnie Zibek otrzymał telefon, że powoli zbliżają się do nas Wiesiek i Zbyszek. Po wymianie kilku zdań i kilku łykach napoju życia postanowiliśmy powoli wracać. Była propozycja, aby wracać do Gdańska rowerkiem, ale rozsądek podpowiedział, że lepiej wrócić kolejką. Na dworcu w Wejherowie pożegnałem się z chłopakami i udałem się do domku.

Piknik był urozmaicony , odbył się pokaz gonitwy psów z rowerem oraz jazdy konnej.

Chciałbym bardzo podziękować za udany wypad i przeprosić Quaziego za kraksę.

Wyniki maratonu możecie zobaczyć na forum WTC:

38 Majer Sławomir Gdańsk 1977 1:42:45 7 miejsce

83 Próchniewicz Michał Gdańsk 1978 1:56:40 26 miejsce

67 Tokmina Aleksander Sopot 1953 1:59:16 31 miejsce
71 Trepczyk Dariusz Wejherowo 1976 1:59:48 32 miejsce

65 Szymczycha Zbigniew Łęgowo 1953 2:01:44 40 miejsce

Jeszcze raz dziękuję za wypad i przepraszam za tak długą relację, ale to mój debiut.

Pozdrawiam

Dariot3

Obiecałem wam, że prześlę linka maratonu dookoła Polski

http://mrdp.pl/

Dane klienta: Daniel Śmieja

http://mrdp.pl/wyniki.htm

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=Wejherowo

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

I Jesienny Maraton MTB – Kościerzyna 2008 – 28.IX.2008

006Kilka dni temu przeglądając dawno nie odwiedzaną stronę GERu natknąłem się na informację o organizowanym maratonie MTB w Kościerzynie. Szybka decyzja o starcie kilka telefonów do kilku zapaleńców z naszej ekipy i wiadomo już że jedziemy na maraton. Z opisu organizatora wynikało że nie będzie to szczególnie trudna trasa. Spodziewałem się że większość startujących to będą okoliczni mieszkańcy.IMGP6418

W ostatniej chwili ze startu wycofał się scoot, obiecując jednak że stawi się na starcie w roli fotoreportera. Jego pracę możecie podziwiać w naszej galerii. Tak więc na starcie stanęli: wza, Zibi, Wiesiek, Kello, Pablo, Sławek i ja. Podczas rejestracji usłyszałem też jakąś kłótnię z obsługą w języku hiszpańskim. W pierwszej chwili nie poznałem a to Robin. Który również stawił się ze swoim nowiuteńkim SantaCruzem. Największym jednak zdziwieniem było zobaczenie na starcie Kaisera, zawodników grupy Vitesse, Treka oraz Sopot Killersów. Nadali tym samym temu maratonowi znacznie wyższy prestiż.

Start! Bardzo szybko stawka uległa rozciągnięciu. Po przejechaniu pierwszych kilometrów chciałem zawracać. Ból w kolanie jaki złapał mnie przy rozgrzewce minął jednak i tym samym pozwoliło mi to kontynuować wyścig. Trasa bardzo łatwa, prawie cały czas płasko. Nieliczne krótkie podjazdy i zjazdy pozwalały na osiąganie bardzo dużych prędkości przełajowych. Oznaczenie dobre, jednak kilku naszych stwierdziło zupełnie inaczej, gubiąc się na trasie.

Miłą niespodzianką było spotkanie Andrzeja z piękną kibicką. Zaczaili się na brukowym zjeździe i cyknęli kilka fajnych fotek.IMGP6450

Robin, Pablo i Kello pojechali dystans Giga, reszta Mega. Trafił mi się kapeć ale mleczko w oponie załatwiło sprawę i wystarczyło tylko dopompować koło. Brak kondycji oraz kilka zmian w ustawieniach bika sprawiły iż fizycznie było mi go trudno ukończyć. Jedynie na zjazdach udawało mi się wyprzedzać innych zawodników.

Oczywiście adrenalina i strach przed wstydem że nie ukończę maratonu doprowadziły mnie do mety. Tam już czekali od kilku minut wza i Sławek. Jak się też okazało Robin dojechał na 4 miejscu w open i 2 w swojej kategorii.

Byłem pod wielkim wrażeniem Zbyszka. Kolarskie treningi sprawiły że nie mogłem go dopędzić. Kto wie, jeśli by się nie zgubił… . To kolejny argument za kupnem szosówki. Co zresztą wraz z wza planujemy uczynić na początku przyszłego sezonu.

Zabawa była przednia, pogoda dopisała, trasa szybka ni nie wymagająca technicznie.

Była to fajnie spędzona niedziela!

tekst: Michał „Qazimodo”

zdjęcia: Andrzej „scoot”

asfalt=niewiele
dystans=50
kondycja=wysoka
profil=wysoki
trud=max
m=Kościerzyna
typ=rowerowy
Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

MTB Gdynia Maraton

mosir_logoZaczeło się dość niewinnie .
Na forum GERu Bono zaproponował trening przed głównym maratonem MTB Skandia który odbędzie się w Gdańsku 05.10.2008. Tym treningiem miał być MTB Gdynia .
Więc wczesnym rankiem ruszyłem do Witomina. Po rejestracji/M5/ i opłacie zgłoszeniowej ruszłem wypatrywać znajome twarze i po chwili  dojrzałem Batika co mnie niezmiernie ucieszyło. O godz.10.20 ustawiono  peleton ,wybierając na czoło bikerów którzy wygrywali inne maratony a było ich ok.20-tu.
Pozostali uczestnicy ustawili się zgodnie z zasadą pewnego „warszawiaka”  im bliżej startu tym lepiej.  Więc ja byłem mniej więcej w środku. Ruszliśmy,czolo peletonu wyrwało do przodu a reszta za nimi, ale tam  niespodzianka, ostre wzniesienie które ustawiło pozostałych bikerów /mnie też/.W połowie w/w wzniesienia mignął mi Batik i tyle go widziałem.
Jechałem w końcówce peletonu – ale nie ostatni. Jeżeli chodzi o trasę to powiem krótko”mordercza”, wjazd i zjazd,mało  płaszczyzn na których można wypocząć. Podłoże mokre , miejscami błoto a  najgorsze gdy klei się opona do podłoża, nawet z góry nie można nabrać  prędkości.
Ogónie trasa przebiegała po szlaku czerwonym, czarnym i chyba żółtym. Uważam że wyznaczona trasa była trudniejsza niż w MTB Skandia w Chodzieży  gdzie GER’owcy brali udział.
Tam średnia wyszła ok 18km/h a w Gdyni ok 13km/h /podaję szacunkowo gdyż  licznik mi się popsuł/ a dodam że dałem z siebie wszystko.
Na mecie spotkałem Batika który spokojnie posilał się grochówka regeneracyjną a wylądał jakby dopiero co przyjechał na maraton/ot, młodość/
Reasumując było miło i przyjemnie.

Pozdrowienia.

Zbigniew Szymczycha „Zibek”

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=Gdynia

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment
« Older