MTB Bike Tour Gdańsk 2008

007

sobota zapowiadała się znakomicie,świeciło słonko 18.10 2008 roku.Wybrałem się o godzinie 10.30 na metę startu MOSiRu,aby  dopełnić formalności zapisania się.Tam już czekało trzech śmiałków maratonu z naszej grupy.Postanowiliśmy objechać trasę ,zwracając uwagę na strome podjazdy i wystające korzenie.Następnie udałem się do domu w celu posilenia się i zmiany stroju.Zostało 10 minut do startu,więc pędem udałem się na metę.Tam już wszyscy grzali  pedały, by ruszyć,więc wystartowaliśmy-szkoda że tylko tyle zdjęć udało się zrobić.              Darek „rowerix”

Relacja Bona012_2

Na początku pojechałem przed 10, żeby się zapisać. Pogoda średnio dopisywała, z porannego słońca i czystego nieba pozostały wspomnienia. Na miejscu był już spory tłumek, ale nie widziałem nikogo znajomego. Zająłem miejsce w kolejce i cierpliwie czekałem na zapisy. W międzyczasie dojechał Wojtek. Wymieniliśmy uwagi na temat trasy i dowiedziałem się, że została nieco zmieniona w stosunku do mapki – doszedł ciężki podjazd. Nie chciało mi się już sprawdzać jak wygląda ta górka, więc wróciłem do domu zrelaksować się i przebrać.

Na miejscu zawodów, pojawiłem się ponownie około 13 i spotkałem Ola i Zibka. Obaj już po zawodach, a na trasie Sla i Rowerix. Olo zajął 3 miejsce w wyścigu oraz klasyfikacji generalnej. Brawo dla kolegi. Była ceremonia, odznaczenie dwoma medalami i wręczenie pamiątkowych koszulek.

Nasi mastersi nadal walczyli na trasie. Pierwszy na mecie stawił się Sławek, dłuższą chwilę potem  Darek. Niestety obaj poza podium. Zrobiliśmy trochę fotek, a mi zaczynało być chłodno, więc opuściłem grupkę żeby się rozgrzać przed startem.018_2

Na starcie naliczyłem około 20 osób, trzeba więc trochę powalczyć o punkty. Z jednej strony stoją Trekowcy, z drugiej jakaś inna grupa, nie będzie łatwo. Na starcie ruszyłem żwawo, ale prawa noga nie weszła w pedał, więc spadłem od razu gdzieś na sam koniec.

Na pierwszych podjazdach udaje mi się zyskać pozycję. Kolejną zdobywam na podjeździe przed wywłaszczeniem, klasycznie atakując pod koniec wzniesienia. Przede mną pusta droga – ostro chłopaki dają, a ja już sapię jak parowóz. Zjazd niebieskim, podjazd, przecinamy drogę Pachołek-Gołębiewo (trasa rowerowa), żeby zjechać. Na dole w lewo i pod górę. Tutaj niestety słyszę kogoś za sobą, więc ustąpiłem szybszemu. Na górze znowu mijamy drogę, ale nie dane było nam podjechać nią. Zamiast tego podano nam zjazd i morderczy podjazd. Przeciwnik się oddala, a z tyłu ktoś goni.0213

Na górze można trochę „odpocząć”, droga nierówna, ale da się szybko jechać. Rywala mam ciągle w zasięgu wzroku. Gubię go na końcówce zjazdu i prostej do mety, by znowu dogonić na początku pętli. Staram się utrzymać taką sytuację i nie tracić za dużo na podjazdach. Niestety na kolejnym wzniesieniu wypadł mi bidon i musiałem się zatrzymać. Teraz musiałem się skupić na obronie, a nie ataku, bo prawie mnie wyprzedził kolejny zawodnik. Na szczęście udaje mi się zachować pozycję. Na kolejnym podjeździe (ten ciężki) już ledwo kręcę i postanawiam uderzyć z buta, będę wolniejszy ale zachowam trochę sił. Na górze znów trzeba się bronić, ale po płaskim jest łatwiej i odskakuję rywalowi. Doganiam też powoli tego przed sobą. Na zjeździe był trochę szybszy, ale łapię go na początku pętli i trzymam się koła nie odpuszczając na podjazdach. Nie oszczędzam sił, bo liczę po cichu na dubla i mniej pętel do przejechania (a co, trochę lenistwa i strategii, nikomu nie zaszkodziło).

O dziwo udaje mi się utrzymywać jego tempo, czyżby tracił siły? Trzeba szukać okazji do ataku. Na kolejnym zjeździe, jednak jedzie bardzo wolno, zbyt wolno i po chwili zjeżdża ze ścieżki – pewnie awaria. Pech dla niego, szczęście dla mnie.

Na górze wypatruję czy nikt mnie nie goni i widzę kogoś na czerwono, więc spokój, to czołówka. Chwilę jadę za Trekiem, ale jest szybszy. Na ostatniej prostej wrzucam na bat i cisnę ile się da, ot żeby się wyżyć i pokazać znajomym. Metę przekraczam razem  z walczącymi o 2 i 3 miejsce. Sam zająłem 17 ze stratą jednego okrążenia (wynik nieoficjalny).

Tym razem pogoda była dużo lepsza niż na poprzedniej edycji. Było sucho, a trasa niezbyt wymagająca technicznie. Niestety kiepsko u mnie z podjazdami, będzie trzeba popracować nad tym w zimie.

Bono

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=Tpk, Gdańsk

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

I Jesienny Maraton MTB – Kościerzyna 2008 – 28.IX.2008

006Kilka dni temu przeglądając dawno nie odwiedzaną stronę GERu natknąłem się na informację o organizowanym maratonie MTB w Kościerzynie. Szybka decyzja o starcie kilka telefonów do kilku zapaleńców z naszej ekipy i wiadomo już że jedziemy na maraton. Z opisu organizatora wynikało że nie będzie to szczególnie trudna trasa. Spodziewałem się że większość startujących to będą okoliczni mieszkańcy.IMGP6418

W ostatniej chwili ze startu wycofał się scoot, obiecując jednak że stawi się na starcie w roli fotoreportera. Jego pracę możecie podziwiać w naszej galerii. Tak więc na starcie stanęli: wza, Zibi, Wiesiek, Kello, Pablo, Sławek i ja. Podczas rejestracji usłyszałem też jakąś kłótnię z obsługą w języku hiszpańskim. W pierwszej chwili nie poznałem a to Robin. Który również stawił się ze swoim nowiuteńkim SantaCruzem. Największym jednak zdziwieniem było zobaczenie na starcie Kaisera, zawodników grupy Vitesse, Treka oraz Sopot Killersów. Nadali tym samym temu maratonowi znacznie wyższy prestiż.

Start! Bardzo szybko stawka uległa rozciągnięciu. Po przejechaniu pierwszych kilometrów chciałem zawracać. Ból w kolanie jaki złapał mnie przy rozgrzewce minął jednak i tym samym pozwoliło mi to kontynuować wyścig. Trasa bardzo łatwa, prawie cały czas płasko. Nieliczne krótkie podjazdy i zjazdy pozwalały na osiąganie bardzo dużych prędkości przełajowych. Oznaczenie dobre, jednak kilku naszych stwierdziło zupełnie inaczej, gubiąc się na trasie.

Miłą niespodzianką było spotkanie Andrzeja z piękną kibicką. Zaczaili się na brukowym zjeździe i cyknęli kilka fajnych fotek.IMGP6450

Robin, Pablo i Kello pojechali dystans Giga, reszta Mega. Trafił mi się kapeć ale mleczko w oponie załatwiło sprawę i wystarczyło tylko dopompować koło. Brak kondycji oraz kilka zmian w ustawieniach bika sprawiły iż fizycznie było mi go trudno ukończyć. Jedynie na zjazdach udawało mi się wyprzedzać innych zawodników.

Oczywiście adrenalina i strach przed wstydem że nie ukończę maratonu doprowadziły mnie do mety. Tam już czekali od kilku minut wza i Sławek. Jak się też okazało Robin dojechał na 4 miejscu w open i 2 w swojej kategorii.

Byłem pod wielkim wrażeniem Zbyszka. Kolarskie treningi sprawiły że nie mogłem go dopędzić. Kto wie, jeśli by się nie zgubił… . To kolejny argument za kupnem szosówki. Co zresztą wraz z wza planujemy uczynić na początku przyszłego sezonu.

Zabawa była przednia, pogoda dopisała, trasa szybka ni nie wymagająca technicznie.

Była to fajnie spędzona niedziela!

tekst: Michał „Qazimodo”

zdjęcia: Andrzej „scoot”

asfalt=niewiele
dystans=50
kondycja=wysoka
profil=wysoki
trud=max
m=Kościerzyna
typ=rowerowy
Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

MTB Gdynia Maraton

mosir_logoZaczeło się dość niewinnie .
Na forum GERu Bono zaproponował trening przed głównym maratonem MTB Skandia który odbędzie się w Gdańsku 05.10.2008. Tym treningiem miał być MTB Gdynia .
Więc wczesnym rankiem ruszyłem do Witomina. Po rejestracji/M5/ i opłacie zgłoszeniowej ruszłem wypatrywać znajome twarze i po chwili  dojrzałem Batika co mnie niezmiernie ucieszyło. O godz.10.20 ustawiono  peleton ,wybierając na czoło bikerów którzy wygrywali inne maratony a było ich ok.20-tu.
Pozostali uczestnicy ustawili się zgodnie z zasadą pewnego „warszawiaka”  im bliżej startu tym lepiej.  Więc ja byłem mniej więcej w środku. Ruszliśmy,czolo peletonu wyrwało do przodu a reszta za nimi, ale tam  niespodzianka, ostre wzniesienie które ustawiło pozostałych bikerów /mnie też/.W połowie w/w wzniesienia mignął mi Batik i tyle go widziałem.
Jechałem w końcówce peletonu – ale nie ostatni. Jeżeli chodzi o trasę to powiem krótko”mordercza”, wjazd i zjazd,mało  płaszczyzn na których można wypocząć. Podłoże mokre , miejscami błoto a  najgorsze gdy klei się opona do podłoża, nawet z góry nie można nabrać  prędkości.
Ogónie trasa przebiegała po szlaku czerwonym, czarnym i chyba żółtym. Uważam że wyznaczona trasa była trudniejsza niż w MTB Skandia w Chodzieży  gdzie GER’owcy brali udział.
Tam średnia wyszła ok 18km/h a w Gdyni ok 13km/h /podaję szacunkowo gdyż  licznik mi się popsuł/ a dodam że dałem z siebie wszystko.
Na mecie spotkałem Batika który spokojnie posilał się grochówka regeneracyjną a wylądał jakby dopiero co przyjechał na maraton/ot, młodość/
Reasumując było miło i przyjemnie.

Pozdrowienia.

Zbigniew Szymczycha „Zibek”

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=Gdynia

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , | 1 Comment

Maraton szosowy 700km w 24h

Prognozy nie były zachwycające, albo upały, albo burze i na dodatek silne porywy wiatru. Przygotowywania jednak kosztowały wszystkich zbyt dużo, aby nie podjąć próby bez względu na wszystko. Kilka minut po 11 spotkaliśmy się pod Urzędem Miasta w Puławach. Razem było ze 20 kolarzy, w tym kilku pomocników, którzy mieli pomagać utrzymywać wysokie tempo na niektórych rundach. Nie zabrakło też wozu technicznego, który poza 200 litrami wody mineralnej, wiózł 3 skrzynkami bananów, batonów i różnego rodzaju żelków i tabletek energetycznych dla maratończyków, zabrał także nasze prywatne rzeczy.

7

Na pokładzie znalazła się dziennikarka lokalnej gazety, fotograf, masażysta, specjalista od spraw żywienia, oraz kierowca. Po błogosławienie od księdza ruszyliśmy spod urzędu o 11:45, aby kilka minut przed 12 znaleźć się w Górze Puławskiej, gdzie wyzerowaliśmy liczniki i ruszyliśmy na przód. Pierwsze okrążenie miało być zapoznawcze, w końcu część z nas nie znała dokładnie trasy.

Od początku starałem się dawać zmiany na prowadzeniu, ale coś mi to nie wychodziło, bo gubiłem peleton, zwłaszcza na podjazdach, więc wyluzowałem. Za Janowcem jakość asfaltu pozostawiała wiele do życzenia… miejscami jechało się jak góralem po bruku. Dużo wibracji prawdopodobnie przyspieszyło pojawienie się bólu w moich stopach, a zwłaszcza w palcach u lewej.

Nie minęła godzina jazdy, a ja już myślałem o wycofaniu się. Walczyłem z bólem często pedałując tylko jedną nogą, raz jedną, raz drugą, ale ból stawał się nie do zniesienia, momentami nawet leciały mi łzy. Reszta stawki chyba to widziała, bo zaczęła dopytywać. Zacisnąłem zęby, byle dojechać do końca pierwszego okrążenia (100 km). Jakiego złapałem kryzysa to się nie da opisać, bo okazało się że pierwszy postój planowany jest dopiero po drugim okrążeniu. Pierwsze okrążenie pokonaliśmy w równiuteńkie, co do minuty, 3 godziny.14

Na drugim okrążeniu jeden z kolegów podrzuca mi pomysł, który chyba uratował mi życie. Rozwiązanie było proste, poluźnić buty. W trakcie jazdy trochę to trwało (tak samo jak przykręcanie lemondki), ale przyniosło skutek, po 4 godzinach katuszy noga powoli dochodziła do siebie, chociaż komfort w lewej stopie odzyskałem dopiero na 3 okrążeniu. Na pewno przyczynił się do tego postój na domowe jedzonko przygotowane dla nas w restauracji na stacji benzynowej.

Większość kolarzy albo zdjęła na te kilkanaście minut buty, albo zmieniła skarpetki na suche. Cały czas krążyły nad nami chmury burzowe z błyskawicami. Szczególnie wspominam jedną z większych ulew wspomaganej gradem i bocznym wiatrem, otóż jeszcze kilka minut wcześniej było tak gorąco, że chciałem podjechać do wozu technicznego, aby polali nie wodą. Modliłem się o mały deszczyk. Jak widać, ktoś tam na górze ma nieziemskie poczucie humoru 😉

Okrążenia 4 i 5 były o kilka kilometrów krótsze od podstawowych, aby 700 km padło w Kazimierzu Dolnym, a nie w Puławach, a przy okazji, aby w nocy mieć do dyspozycji tylko asfalt dobrej jakości, bez niespodzianek i niespodziewanych zakrętów. Gdyby nie burza pewnie czulibyśmy się samotnie jadąc tak po ciemku. Poza pojedynczymi osobami, które wycofały się z przyczyn kondycyjnych, z maratonu odpadła także jedna osoba w skutek urazów, których nabawiła się wpadając w poślizg na jednym z zakrętów (mokra studzienka).

Po 5 okrążeniu mieliśmy kolejny dłuższy postój na ciepły posiłek. Zaczęło się liczenie i kalkulowanie. Wyszło nam, że 6 i 7 okrążenie powinniśmy pokonać z prędkością 31 km/h. Było prawie bezwietrznie, sukces zdawał się już taki realny. Przedostatnie okrążenie udało się przejechać ze średnią 33, więc na ostatniej setce nawzajem się uspakajaliśmy, Rafał ciągle gwizdał (aby zwolnili) na prowadzących.

Na ostatnie 20 km mieliśmy godzinę czasu, więc zrobiliśmy dodatkowy postój, po którym chyba wszyscy jechaliśmy z jednym wielki uśmiechem na twarzy, bez względu jak bardzo bolały kogoś stopy ścięgna, czy plecy. Most się pod naszym ciężarem nie zawalił, nie zdarzył się też żaden inny kataklizm – dojechaliśmy!

Z 16 kolarzy startujących na cały dystans 700 km, do mety dojechało 12 plus jeden, który miał jechać tylko pierwsze 200 km… to się nazywa spontan 🙂

Wielkie słowa uznania i podziękowania dla sponsorów, obsady wozu technicznego oraz osób które wspierało nas dopingiem.

„Z jazdą rowerem jest jak z seksem, im dłużej tym lepiej, no i trzeba pamiętać o zmienianiu pozycji…” 😉

Dane wycieczki: 705.56 km (0.00 km teren)

czas: 22:04 h avg:31.97 km/h

tekst: Tomasz Bagrowski „Flash”

asfalt=max

dystans=400

kondycja=wysoka

profil=normalny

trud=normalny

m=Puławy

m=Kazimierz Dolny

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , , , | Leave a comment

MTB Bike Tour Gdańsk, relacja z drugiej edycji

007W sobotę 21 czerwca 2008 roku odbyła się druga edycja BT w Gdańsku organizowana przez MOSiR. Chciałbym podzielić się wrażeniami z tej imprezy.

Chęć startu zakiełkowała już pod koniec kwietnia kiedy przypadkiem dowiedziałem się, że w okolicach Matemblewa odbyła się pierwsza edycja. Czas mijał bez specjalnych treningów, a ja o jakiś czas sobie przypominałem, że czeka mnie impreza.  Dopiero na początku czerwca postanowiłem w wolnej chwili zbadać okolice przyszłych zawodów (dolina Samborowo). I tu nastąpiło pierwsze zwątpienie. Po kilku szybszych kilometrach w lesie zaczynało mi brakować tchu i ja chcę wystartować w zawodach?

Drugie zwątpienie miałem w czwartek przed zawodami na objeździe trasy. Na drugim kółku (nie do końca po trasie, bo mapka za mało dokładna) oddech został na podjeździe, a ja miałem uczucie, że zaraz spadnę z roweru. I znowu myśli, gdzie ja się pcham do tych przecinaków?

W końcu nadeszła sobota i trzeba było się zdecydować. Rano jeszcze ostatnie przygotowania roweru i przed 10 wyruszyłem na zapisy. Na miejscu (koniec ul. Abrahama) było już trochę ludzi, ale kolejki nie było. Na liście widziałem tylko kilka osób. Odebrałem numer startowy 247 i pojechałem zapoznać się z trasą .

Na początek podjazd w stronę Niedźwiednika długi i stromy, ale da się podjechać, choć kosztuje sporo wysiłku. Na szczycie skręt w lewo i po chwili mknie się w dół z prędkością 40km/h. Na dole czekały korzenie i wjazd na trawiastą polankę. Następnie trochę pod górkę i w prawo, by po chwili znowu zjechać. Ostry skręt w lewo i kolejny podjazd. Chwilka po płaskim i po skręcie w lewo trasa znowu prowadzi w dół. Potem skręt w prawo i zielonym szlakiem trzeba się wdrapać na Niedźwiednik. Jeszcze trochę piasku i chwila wytchnienia po płaskim. Następnie lekko w dół i skręt w prawo w stromy zjazd. Tym razem jednak nie można było się rozpędzić, wąsko i miękki grunt. Potem w lewo i łagodniejszy zjazd, krótki ostry podjaz i w prawo wzdłuż doliny na metę.

Ponieważ do startu miałem jeszcze ponad trzy godziny, wróciłem relaksować się do domu. Niestety około południa przeszła ulewa i się ochłodziło. Człowiek od razu zaczyna się zastanawiać czy warto wracać i się męczyć, jak się ubrać żeby nie zmarznąć, a za razem nie przegrzać. Na szczęście przestało padać i wyszło słońce, więc już bez większych rozterek wyruszyłem na start. Na miejscu akurat trwała dekoracja Mastersów, a na trasie w połowie dystansu byli Juniorzy.

Niestety w między czasie pogoda nie dopisywała i kilka razy spadł deszcz. Część zawodników rozgrzewała się jeżdżąc po Abrahama inni kryli się pod namiotem organizatorów przed deszczem i wiatrem. W końcu przyszedł czas na nas. Jeszcze sprawdzenie obecności i w strugach deszczu ruszyliśmy.

Na starcie uplasowałem się gdzieś w środku stawki, ale na pierwszym podjeździe kilka osób mnie wyprzedziło. Na kolejnym widzę już tylko plecy czołówki chowające się za wzniesieniem. Za plecami kilka osób na dole i jedna bliżej. Zjazd i oddalam się, aby na kolejnym podjeździe znowu poczuć oddech rywala. Niestety uślizg tylnego koła i trzeba ruszyć z buta, a przeciwnik minął mnie młynkując. Na szczęście przed najtrudniejszym zjazdem udało mi się wyprzedzić i miałem wolną drogę. Ścieżka nieco rozjeżdżona, ale opony dobrze trzymały. Wjazd na ostatnią prostą i PAAAAC przywaliłem w niską gałąź. Kask sunął się na tył głowy, a mokre liście rozmazały wodę na okularach. Poprawiając kask zaczynam drugie okrążenie praktycznie nic nie widząc. Końcówka podjazdu z buta i na górze szybko przecieram okulary i ruszam w dół. Pod koniec zjazdu ktoś mnie wyprzedził. Na podjeździe pytam „Dubel?” i otrzymuję twierdzącą odpowiedź. Ech, a łudziłem się, że dopiero w połowie się zacznie. Lider wciągnął żelka i tyle go widzieli. Tym czasem dogonił mnie bezpośredni rywal i niestety był szybszy. Kolejny podjazd i znika mi z oczu.

Samotnie dojechałem do trudnego zjazdu, a tu masakra. To co było rozjeżdżoną glebą stało się rozdyźdanym błotem. Rower niestabilny, strach zacisnąć mocniej hamulce. Po kilku metrach drobny błąd i leeecę przez kierownicę. Szczęśliwie o nic nie przyhaczyłem i lądowałem na nogi mając tylko jedną myśl – złapać to drzewko, to nic, że cienkie jak gałązka, ale chwycić się czegokolwiek! Inaczej zjadę na sam dół! Na szczęście wyhamowałem na krzaku. Ja cały rower cały, więc jadę dalej, ale rower nadal tańczy. W końcu zjechałem na trawę gdzie odzyskałem panowanie nad rowerem, pomimo licznych nierówności. Obok przejechał kolejny z czołówki.

Ostry wjazd na ostatnią prostą też już rozjeżdżony, więc wykonuję efektowny power slide. Pamiętając o gałęzi mocniej się pochylam i tym razem bez problemu ją mijam.

Trzecie kółko i przestaje padać, ale znowu trzeba się wdrapać na wzniesienie. Już tylko do połowy,  reszta z buta. Dochodząc na szczyt słyszę quada organizatorów. Na zjeździe się mijamy, widzę kogoś z tyłu z rowerem. Jednego mniej myślę, oby tylko awaria sprzętu, a nie wypadek. Jadę dalej, błotnisty zakręt, wzniesienie, zjazd. Chwila dekoncentracji przy dohamowaniu i zagrzebuję się w piasku o mało co nie lądując na ramie. Dopompowany adrenaliną pokonuję podjazd bez zsiadania. Jeszcze tylko zjazd i kończę okrążenie.

Na pierwszym zjeździe mijam kogoś siedzącego na poboczu, próbuje wyszarpać zaklinowany łańcuch. I znowu góra, dół, błotem w lewo i w górę. Na kolejnym zjeździe zmęczenie daje znać o sobie. Zaczynam ostrożnie, zbyt ostrożnie, rower zaczyna tańczyć, ale udało mi się opanować. Zakręt po piasku tym razem gładko i zaczynam ostatni podjazd. Idzie sprawnie, aż nagle… Widzę kogoś przed sobą, to bezpośredni rywal. Wygląda na zmęczonego, ledwo się posuwa do przodu. Przypływ sił i znowu pokonuję wzniesienie bez zsiadania i zyskuję jedno miejsce. Dalej spokojnie na zjeździe i nawet słońce wyszło.

Ostatnie okrążenie (5 z 6) już ledwo podjeżdżam, nawet nie ma połowi i muszę pchać rower. Zjazd, podjazd, zjazd i gleba na błotnistym zakręcie. Tym razem nie obyło się bez bólu – noga się zaplątała w ramę. Boli jak diabli, ale trzeba jechać, jeszcze trochę rozmasowałem nogę na podejściu i ból się uspokoił. Reszta pętli była spokojna, żadnego przeciwnika nie widziałem od okrążenia. Jeszcze kilka machnięć korbą i jestem na mecie z 9 miejscem na 14 startujących i z jednym okrążeniem straty. Czołówka właśnie schodziła z podium z medalami, a co kilka minut meldowali się ostatni zawodnicy na trasie.

Wszyscy w około byli zadowoleni i uśmiechnięci, skończyła się męka. Kałuże i rowerzyści parowali w promieniach słońca. Chwila odpoczynku i trzeba było jechać dalej dopingować znajomych na trasie „8H na okrągło”.

Trasa była oznakowana bardzo dobrze, nie sposób było zgubić trasy. Najciężej się jechało dwa pierwsze okrążenia. Było mokro i chłodno. Potem się rozgrzałem i przestało padać. Ostatnią pętlę jechałem ze spokojem wiedząc, że to już koniec męczarni i do tego nikt mnie nie gonił. Co jeszcze można napisać na podsumowanie? Chyba to, że te zawody to najszybszy trening panowania nad rowerem jaki przeszedłem. Adrenalina i pewien przymus szybkiej jazdy, pomagają poszerzyć granice umiejętności oraz przełamać bariery, które przy wycieczkach wydają się nieprzekraczalne.

zdjęcie pobrano ze strony: http://www.mosir.gda.pl/pl/galeria/1mtb2008/1mtb2008_4

tekst: Marek Kwiatkowski „Bono”

asfalt=brak

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

szlak=niebieski

obszar=TPK

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

TITUS POLSKA 8H NA OKRĄGŁO

nalewka_team
Aż trudno się nie pochwalić 🙂 Zespół: Agabikerka & Scoot, po przejechaniu 5-ciu okrążeń zajęli I-wsze miejsce w kategorii „duo mix”.IMG_9238

Wyniki naszych znajomych:
1 miejsce w kategorii solo kobiet: Ania Świrkowicz z Treka
4 miejsce w kategorii solo mężczyzn: Pablo Góral (przejechał 7 okrążeń!!!)
3 miejsce w kategorii team: Sopot Killers
9 miejsce na równocześnie rozgrywanym BikeTour: Bono (na rowerze trekkingowym!)
Gratulacje!

Relacja Scoot’a

Sztafeta na rowerach? A cóż to takiego? Zachęcająca była trasa o długości 15 km wyznaczona przez Robina i  Wojtka z Sopot Killers. Tydzień przed zawodami miałem okazję przejechać jej fragment i chęć startu zaczęła powoli kiełkować. Jednak forma jazdy „w kółko” nie do końca mi odpowiadała więc na start zdecydowałem się praktycznie w ostatniej chwili, za namową Agi na jazdę w kategorii DUO MIX.IMG_9253IMG_9246

Strategia była prosta: zmieniamy się co 2 kółka chyba, że ktoś wcześniej zasygnalizuje zmęczenie. Ruszyłem pierwszy. Trasa bardzo dobrze oznakowana i sprawiająca wielką przyjemność z jazdy. Na maratonach pierwsze 10 km uznaję za rozgrzewkę i tu miało być identycznie. Niestety na 3 czy 5 km zacząłem odczuwać nudności i zmęczenie! Znowu ten przeklęty izotonik z tauryną! Przed startem nie zdążyłem kupić powerade’ów i zatankowałem nutrenda zawierającego taurynę. Teraz ponad wszelką wątpliwość potwierdziłem, że tego typu izotoniki czy żele źle na mnie działają. Na maratonie w Chodzieży miałem identyczną sytuację z żelami nutrenda (carbosnack) które również zawierały taurynę.

Przestałem popijać trujący izotonik i mocniej nacisnąłem na pedały. Trasa była (jeszcze) sucha i nic nie zapowiadało zbliżającej się ulewy. Świeciło słońce przez co zaczęły mi się gotować ręce w długich freeride’ówych rękawiczkach. Nagle usłyszałem trzask, a pedały stanęły w miejscu nie mogąc wykonać obronu korbą. Natychmiast zahamowałem lecz było już za późno. Moja prawie nowa tylna przerzutka XT została przecięta na dwie części. Co za pech! Pierwszy raz w życiu złamałem przerzutkę! I to na wyścigu, w którym miałem szansę na pierwsze w życiu pudło! Zrezygnowany zadzwoniłem do Agi, która od razu wystartowała, a sam truchcikiem zacząłem podążać do mety. Przede mną 5 km biegu…IMG_9256IMG_9259

Gdy wreszcie dotarłem na metę ktoś do mnie podszedł i zapytał czy to ja jadę w parze z Agnieszką. Okazało się, że Aga poprosiła kolegę (dzięki Krzysiek!!!) który podjechał do domu aby przywieźć mi drugą przerzutkę! Podjechałem do prowizorycznego pit-stopu pod  drzewem gdzie zaczęliśmy szybko doprowadzać mój rower do porządku. Za chwilę miała przyjechać Aga więc lepiej abym miał sprawny rower aby ją zmienić. Niestety okazało się, że hak jest wykrzywiony i próba jego wyprostowania skończyła się tym, że nie wchodziły mi dwie największe zębatki z tyłu. Reszta na szczęście działała więc ucieszony, że walka jeszcze się nie skończyła wskoczyłem na rower i zmieniłem Agnieszkę na trasie. Na szczęście zdążyłem też zastąpić trujący izotonik czystą wodą…

Drugie kółko było lepsze, bo znacznie lepiej znałem trasę, a poza tym byłem rozgrzany. Niestety jak tylko ruszyłem z linii startu zaczął padać deszcz… padał coraz mocniej miejscami zmieniając się w prawdziwą ulewę. Moje długie rękawiczki zaczęły wspaniale spełniać swą rolę. Niestety jechałem w krótkiej koszulce, która z miejsca została przemoczona i spryskana błotem. Trasa zrobiła się bardzo śliska i trzeba było mocno uważać na zakrętach. Jechało mi się całkiem nieźle, lubię taki hardcore. Po drodze spotkałem Anię z Treka, która złapała kapcia w bezdętkowym kole… później dowiedziałem się, że tak jak ja ona również zaliczyła truchcik po trasie :)) Dojechałem na metę upaćkany błotem, Aga natychmiast wystartowała do swojego drugiego okrążenia.IMG_9263

Na zawody przyjechałem samochodem, w którym miałem trochę ubrań na zmianę. Niestety nie zdążyłem odebrać od Agi kluczyków i wzięła je ze sobą na trasę. To był pech, bo okazało się, że Tacoo potrzebuje transportu do szpitala (wypadek zakończony kontuzją żebra),  a mając kluczyki i ponad godzinę czasu bez problemu mogłem go zawieźć. Niestety chłop musiał sobie radzić sam i w końcu chyba pojechał taksówką. A ja czekałem godzinę w mokrych ciuchach posilając się gorącą herbatą i rosołem z makaronem. Jakie szczęście, że impreza odbywała się tuż obok knajpki „Sabat” 🙂IMG_9264

Aga powróciła cała umorusana błotem. Po otworzeniu samochodu założyłem na siebie kurtkę przeciwdeszczową i ruszyłem na moje trzecie okrążenie. Tym razem jechało mi się znacznie ciężej. Trasa była już bardzo błotnista i rozjechana dziesiątkami kół. Na dodatek cały czas nie miałem dwóch najwyższych biegów z tylnej przerzutki przez co podjazdy musiałem robić z buta. Deszcz padał, a ja mozolnie przebijałem się przez mokre korzenie, szybkie techniczne zjazdy i powolne podjazdy robione na piechotę. Zaczęło brakować jedzonka bo na trasę zabrałem tylko 1 żelka. Kilka kilometrów przed metą miało mi także zabraknąć wody… Ale nie to  było najgorsze. Przede mną, chyba na 7 kilometrze pojawiła się przeszkoda, którą pokonywałem już dzisiaj dwukrotnie: strome, króciutkie podejście, a następnie równie krótki zjazd po korzeniach aż do wielkiego drzewa tarasującego ściężkę. Po prawej stronie tego zjazdu była sporej wielkości jak na warunki TPK przepaść: kilka metrów w dół, bez krzaków. Wpinając się w pedały pomyślałem tylko „przecież się tam nie ześlizgnę” i w tym momencie przednie koło podwinęło się w lewo, a ja poleciałem w prawo, bokiem (chyba) i głową do przodu w stronę zbocza. Zrobiłem co najmniej jeden fikołek, rower odpadł gdzieś na bok, a ja zatrzymałem się dopiero przy powalonych drzewach, które ostrymi kawałkami celowały w moją stronę. Leżałem tak przez kilka sekund, właściwie nie wiem ile dokładnie, pamiętam tylko, że w prawej nodze zaczął łapać mnie kurcz więc szybko naciągnąłem mięsień. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nic mi nie dolega, żadnego złamania nie ma, jedynie obie nogi porysowane na całej długości.
Powoli wstałem, podniosłem leżący 2 metry dalej rower i powoli wdrapałem się do góry (ciężko było). Na górze jeszcze raz sprawdziłem obrażenia i ponownie zdziwiony ruszyłem w dalszą część trasy. Jednak jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą 🙂

Po kilku minutach zaczęły mnie boleć stłuczone mięśnie więc nawet mniejsze podjazdy robiłem z buta. Poza  tym wykrzywiona przerzutka zaczęła się klinować w błocie w ten sposób, że każde silne naciśnięcie na pedał blokowało łańcuch. Skończyła się też woda… do mety 3 kilometry, a ja powoli jechałem w deszczu wiedząc, że najważniejsze jest dojechać cało i zdrowo aby Aga mogła zrobić jeszcze jedno kółko. Na tym właśnie polega sztafeta! Kilkaset metrów przed metą, a właściwie przed ostatnim  zjazdem (z Łysej) wyprzedził mnie kolega z pracy (pozdrowienia Zbychu) Na tym lekkim podjeździe nie miałem ani siły ani odwagi go gonić. Gdybym teraz rozwalił drugą przerzutkę… Wyjechaliśmy na kawałek płaskiego i tam mocniej nacisnąłem na pedały aby w ostatniej chwili prawie przed samym zjazdem wyprzedzić go i puścić klamki rzucając się w dół trasy narciarskiej. Nie udało mi się wyciągnąć więcej niż 49 km/h, ale zważywszy na warunki i tak było super. Nie ma to jak dobry zjazd :)) Zbyszek pojechał dalej, startował w solo i zrobił w sumie 5 okrążeń! Ja skończyłem swoje trzecie i cieszylem się, że to już koniec 🙂 Aga ruszyła, aby zdobyć dla nas piąte kółko i z tym wynikiem ukończyliśmy zawody na I miejscu w kategorii DUO MIX! Moje pierwsze w życiu pudło! Tym bardziej będę je pamiętał, że przypłacone złamaną przerzutką i poobijanymi nogami oraz ręką.

Polubiłem tę formę zawodów. Widzę kilka zalet w stosunku do maratonów. Po pierwsze fajna jest współpraca w zespole. Po drugie, po każdym kółku masz czas aby wykonać naprawy roweru oraz posilić się co na zwykłych maratonach grozi utratą cennego czasu. Po trzecie, jeśli kółka są dość długie (15 km) to nie odczuwasz wrażenia jazdy w kółko, a coraz lepiej poznajesz każde okrążenie i możesz pracować nad lepszymi czasami. No i zdecydowanie lepiej stoi się na pudle w towarzystwie teamu, niż samotnie 🙂 Polecam i zapraszam w imieniu organizatorów na kolejne edycje TITUS POLSKA 8H NA OKRĄGŁO.

autor: scoot

asfalt=brak

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

szlak=niebieski

obszar=TPK, Sopot

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

MTB Trophy 2008 na żywo

3

Dzień 1

Dzien 2

Dzien 0

Gorszych warunków i bardziej wyczerpującego maratonu jeszcze nie doświadczyłem. A to dopiero pierwszy dzień! Po starcie pogoda nawet sprzyjała, nie padało, jedynie gęsta mgła bardzo utrudniała pokonywanie szybkich zjazdów. Widoczność na 10-20 metrów wymagała częstego hamowania, omijania pojawiających 4się znikąd kamieni i innych przeszkód. Na szczęście nie padało. Problem jednak w tym, że cała okolica była regularnie nawadniana przez ostatni tydzień co doprowadziło do powstania niesamowitej ilości błota. Większość podjazdów nie dało się pokonać na rowerze, nogi grzęzły czasem do kostek w błotnistej mazi i ślizgały się na ukrytych pod nią ostrych kamieniach. Zjazdy chyba sami możecie sobie wybrazić… dość często wpadałem w lekką pod- lub nad-sterowność (zarzucało mi przód lub tył). Pomimo tego jest bardzo zadowolony z opon, które wybrałem i widzę, że nawet bardzo ciężkie błotnisto-kamienne zjazdy da się pokonać sprawnie na continentalach explorerach 2.1 Tak więc na zjazdach wyprzedzałem bardzo dużo osób które nawet schodziły z rowerów (aby się ześlizgiwać na butach). Niestety z podjazdami było znacznie gorzej, bo nieprzyzwyczajony do takich przewyższeń znacznie odstaję od reszty zawodników. Co gorsze prawie na początku, na jednym z szybkich zjazdów złapałem gumę przez co wyprzedziła mnie praktycznie cała stawka. Jedynie Qazi poczekał na mnie i dalej kontynuowaliśmy drogę już razem.5 Niestety na Wielkiej Czantorii, gdzie trochę wyprzedziłem Michała, pomyliłem zjazd i wypadłem z trasy maratonu. Zorientowałem się dopiero na dole. Zjazd był bardzo ciężki, wśród kamieni i spływającej z góry tą drogą wody! Dopiero na dole okazało się, że jestem sam i pomyliłem szlak. Musiałem więc udać się ponownie pod górę co też niezwłocznie uczyniłem. Niestety wybrałem szlak turystyczny, który również zgubiłem po kilkuset metrach. Była tak niesamowita mgła, że znaki na drzewach były widocznie jedynie z kilku metrów! Podchodziłem dalej, bez szlaku, ale szeroką i twardą drogą. Jeśli się rozdzielała to wybierałem bardziej strome podejście licząc, że doprowadzi mnie na szczyt. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy nagle ta duża (ok 5 metrów szerokości) droga skończyła się! Nie pozostało mi nic innego jak przedzierać się na azymut w nieznanym terenie, obierając sobie za marszrutę drogę ku górze. To był koszmar, gdyż podejście zrobiło się tak strome, że nie byłem w stanie prowadzić obok siebie roweru. Nogi grzęzły w bagnie i ślizgały się na kamieniach. Testowałem dziesiątki różnych chwytów: a to za siodełko, albo za ramę,  za kierownicę, mostek, rower na ramieniu itp. Ospale i powoli po chyba godzinie czy więcej doszedłem w miejsce, które można było określić szczytem… niestety było tak gęsto porośnięte drzewami, że nie byłem w stanie iść dalej aby powrócić na trasę maratonu. Poza tym nie wiedziałem w którym powinienem iść kierunku. Na dodatek drogę odcinał mi dość duży i górski potok… zrezygnowałem. Zacząłem schodzić na dół aby następnie skierować się szosą w stronę Wisły, a dalej Istebnej. Wyprosiłem organizatorów aby zamiast dyskwalifikacji przydzielili mi ostatnie miejsce…6

Maraton jest EKSTREMALNIE ciężki. Sporo ludzi się wycofuje. Nie mają frajdy z prowadzenia roweru w błocie. Sprzęt strasznie się niszczy… klocki hamulcowe znikają w ciągu jednego dnia! (moje zniknęły). Zjazdy są tak szybkie i grząskie, że aby jechać 30-40 km/h należy MOCNO zaciskać klamki. Rower i tak tańczy na boki, a ostre kamienie ostrzegają co się stanie gdy stracisz chociaż na chwilę koncentrację. Do tego ta mgła.. nie widać po prostu nic, a jechać trzeba i to czasem bardzo szybko. Podjazdy? O nich nie chcę nawet pisać…qazi poczekal na mnie i dalej jechalismy razem

To nie koniec. Po powrocie do bazy należy przygotować rower do kolejnego dnia. Wymiana klocków, czyszczenie, smarowanie, inne naprawy. Później czas na pranie wszystkich ciuchów bo są totalnie zabłocone, a przecież trudno abym kupował na 4 komplety butów po jednym na każdy dzień 🙂 Dzisiaj poczułem namiastkę tego, co przeżywają uczestnicy rajdów takich jak „Dakar”. Nie wystarczy wrócić do bazy, trzeba samemu wszystko wokół siebie zrobić, najeść się, wyspać i być gotowy do startu rankiem następnego dnia.

autor: scoot

Dzień drugi i ostatni.

Gdzieś na 20 km etapu drugiego, gdzie mieliśmy 1000 m przewyższenia i nadal brnęliśmy w błocie pod ostrą górę postanowiłem sobie, że rozpocznę tę relację od wyliczenia czego NIE BYŁO na MTB Trophy 2008, a co powinna być na każdych zawodach MTB

– zabezpieczenie trasy, praktycznie znikome. na bardzo ciężkich zjazdach gdzieś w górach, często po stronie słowackiej nie było nikogo z zabezpieczenia ani… zasięgu telefonii GSM. masakra. najbliższa karetka była 20-30 km dalej na bufetachwiekszosc podjazdow w tych warunkach zamieniala sie w podejscia

– izotoniki, batony i inne fajne rzeczy na bufetach – izotonika napiłem się na pierwszym bufecie, ale na drugim już go nie było. poczęstowano mnie rodzynkami i pomarańczami, i to miało wystarczyć na kolejne 1000 m. przewyższeń

– trasy możliwe do przejechania – tak na prawdę to mogłem jechać bez tylnej przerzutki. płaskich momentów nie było więc albo jechało się ostro pod górę (90% z buta) ale zjeżdżało się zjazdami, na których jeden błąd kosztował cię zdrowie i sprzęt.

– dobre oznaczenia – ludzie często się gubili, strzałki było rozmieszczone nieprecyzyjnie nie było taśm. przez to straciłem pierwszy etap (chociaż w większości winę ponosi zapewne mgła)

Parę słów odnośnie trasy drugiego etapu. Przede wszystkim to 90% podejść z buta, po błocie, kamieniach, korzeniach. Wiele osób sprowadzało rowery na zjazdach, ale ja do nich nie należałem, i stara klifowo-nalewkowa szkoła przyniosła efekty 🙂 żadnego zjazdu nie sprowadziłem i w dodatku wyprzedzałem ludzi. Same zjazdy były różnorodne: był fajny single-track zboczem, z dużą przepaścią po lewej stronie i niesamowitymi widokami, gdyby nie było mgły. Takie zjazdy wszyscy lubimy, jest bowiem trochę podobny do tego na klifach ale… na MTB Trophy cała ścieżka szerokości może 30 cm pokryta była błotem. Co więcej pod błotem co parę metrów czaił się spory kamień lub seria kamieni, a na deser oczekiwały ułożone pod kątem mokre korzenie. Jazda takim czymś sprowadzała się do dokładnej obserwacji drogi i odpowiedniej kontrze rowerem tuż po najechaniu na głaz bądź korzeń. Jeden błąd i leciało się w milutką beskidzką przepaść… Inne zjazdy były „prostsze” bo nie spadało się w przepaść, a leciało na ostre kamienie i gałęzie. Kamienie potrafiły wystawać z błota na 20-30 cm, często widziałem pionowe „słupki” o promieniu może 5 cm i wysokości 30 cm wystające z błota.

Wprowadzenie koła na takie coś przy dużej prędkości to pewny snake (tak jak miałem na 1 etapie). Jeśli jednak wpadniesz w poślizg i walniesz w taki słupek nogą, barkiem, kolanem czy policzkiem… było niewesoło. Hamulce oczywiście starte do końca bo w hamowanie przy 40-60 km/h w takim bagnie musi szybko się skończyć. Tyle o zjazdach. Podjazdy/podejścia były cholernie ostre (jeśli ktoś podchodził Gubałówkę wzdłuż kolejki to może sobie porównać). Wszystko w błocie, często do pół-kostki gdzie buty przy odrywaniu zasysają się.IMGP8080

Na dodatek sporo kamieni i korzeni w takiej ilości, że często nie dało przepchnąć się roweru! I tak przez przez 10 km non-stop… Zakończenie będzie optymistyczne: przez te dwa dni odkryłem nową definicję hardcoru i nic już nie będzie dla mnie ciężkie. Nawet jeśli będę słaby kondycyjnie na jakiejś trasie po TPK to pomyślę „a pamiętasz podejście pod Wielką Raczę?” i sił od razu przybędzie 🙂 Poza tym utwierdziłem się w przekonaniu, że nasza, trójmiejska szkoła zjazdowa jest jedną z najlepszych w Polsce. Może nie mamy gór, ale posiadamy WSPANIAŁE techniczne odcinki, na których ćwicząc możemy wytrzaskać połowę ludzi mieszkających w górach. Jeśli chodzi o technikę jazdy to czułem, że jestem przygotowany na tak cięzkie zawody jak MTB Trophy. Na drugi etap, określany jako masakryczny jechałem bez strachu wiedząc, że technicznie mogę go przejechać. Niestety zawiodła strona kondycyjna…

autor: scoot

Dzień 3  i 4 (autor: Michał z Gdańska, numer startowy 415)

Trzeciego dnia obudziłem się dość mocno obolały. Upadki i uderzenia z poprzednich dni właśnie zaczynały dawać znać o sobie. Butów nawet nie suszyłem, już mi się nie chciało. Trzeciego dnia czekał najdłuższy etap 80 km, a ja poprzedni krótszy jechałem/pchałem przeszło osiem godzin. Trochę się obawiałem czy podołam. Na szczęście nogi oprócz siniaków nie bolały. Wstaliśmy razem całym pokojem, w ubikacji szybko zrobił się istny Mordor także ewakuowałem się na dół na śniadanie. Muszę przyznać, że jedzenie w szkole było całkiem niezłe i w nieograniczonej ilości. Jak tylko się napchałem, poleciałem do pokoju przygotować izotonik do bukłaka, bidon odłożyłem, w błocie i tak się średnio z niego piło. Napchałem do kieszeni bluzy batony i żele, i poleciałem nasmarować rower. Wszystko działało średnio, środkowa tarcza z przodu przestała działać na 10 km pierwszego etapu, także sprawdziłem tylko czy poszczególne biegi wskakiwały i wymieniłem wkłady w v-kach. Na starcie stałem jak zwykle pod koniec w otoczeniu kolegów z BydziaPower. W końcu nastąpił start. Początek asfaltowy, potem pchanie po błocie. Tak naprawdę to gdyby nie tłok to można by podjechać pierwsze błotniste podjazdy. Ogólnie pogoda była znacznie lepsza niż w poprzednie dni. Prześwitywało zza chmur słoneczko i w końcu coś było widać i to z każdą minutą więcej. Jechało mi się dość dobrze, w końcu pojawiły się szutry i było zdecydowanie mniej błota.

Traciłem jak zwykle na zjazdach, niestety to nie jest moja najmocniejsza strona. Jeszcze na szutrówkach jakoś daję radę ale jak tylko pojawią się kamienie i korzenie to niestety tracę. Zjeżdżaliśmy z Javorowego do jakiejś miejscowości w której miał być bufet. Dałem radę utrzymać się na zjazdach za dość dużą grupą i na asfaltach odpoczywałem. Przed samym bufetem przecinaliśmy jakąś większą drogę tunelem dla pieszych i w końcu tankowanie. Na bufecie spotkałem sporo ludzi z którymi męczyłem się dzień wcześniej na trasie. Zamieniliśmy kilka słów, pojedliśmy, popiliśmy, i dalej na rumaka. No i tu zaczął się mój problem, odparzyłem sobie na 2 etapie dość mocno dupsko i chyba przestał działać sudokrem. Parzyło strasznie. No nic wsiadłem z grymasem i pognałem przed siebie. Uczepiłem się pewnej Dunki z dość charakterystycznym tatuażem na nodze. Przejechaliśmy praktycznie całą wiejsko-polną dojazdówke do lasu gdzie rozpoczął się podjazd na jakiś vyrch i na Ostry.

Trasa prowadząca na szczyt była dość szeroką szutrówką, bez błota, kałuż czy tym podobnych wynalazków, które tak mocno dawały się we znaki na dwóch pierwszych etapach. Niestety po jakiś 2 km musiałem zejść z roweru, dupa mnie paliła strasznie. Zacząłem kombinować z ustawieniem pampersa, z pozycja na siodle (tył-przód) aż w końcu udało się tak usiąść żeby nie bolało. Zobaczyłem pana z hiszpańską flagą na kasku i się do niego podczepiłem. Walcząc wspólnie z podjazdem dowiedziałem się, że Gilbert jest Francuzem ale na stałe mieszka w Allicante w Hiszpani. Przypomniało mi się, że koleżanka żony pracuje w Allicante w jakiejś instytucji UE, to nie omieszkałem o tym wspomnieć. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że on też pracuje dla UE no i oczywiście zna koleżankę. Uśmialiśmy się z tego faktu. Gilbert opowiedział mi jeszcze o Hiszpańskich górach i że Trophy to najcięższy wyścig który przetrwał, bo już kiedyś musiał się wycofać z IronMana. Oj dobrze mi się jechało, jednak jego tempo było dla mnie trochę za wysokie, pożegnałem się i powoli zacząłem odstawać. Na zakończenie krzyknął jeszcze, że mam zabrać żonę i przyjeżdżać do Hiszpani, ona do koleżanki a ja na rower.

Swoim już tempem dojechałem na pierwszy vyrch. Potem jakoś jechałem bez większych przeżyć, było trochę w górę, trochę w dół, były szerokie szutry, wąskie, leśne przecinki, single, trochę asfaltu przed drugim bufetem, dogonił mnie Wojtek z Sopot Killers, zamieniliśmy kilka słów, i tak aż do około 60km. To co nastąpiło później zapamiętam do końca życia. ZJAZD!!!!!!!

W życiu się tak nie bałem, ostro w dół przez jakieś 2-2,5 km ze 100 metrową asfaltową przerwą. W dół po skałach, kamieniach, korzeniach i to jakich, o matko, czegoś takiego nie doświadczyłem nigdy. Pod koniec zaczęły mnie łapać skórcze w łydki od stania w pedałach. 60 km w nogach, kilka godzin kręcenia i trzeba się było maksymalnie skupić żeby nie popełnić błędu. Nie dałem rady wszystkiego zjechać, w najcięższych sekcjach schodziłem. Z ulgą przywitałem wioskę i asfalty. Potem już praktycznie bez historii do mety, trochę asfaltami, trochę po szutrach, generalnie twardo i sucho. No dopiero po przekroczeniu granicy znowu pojawiło się błoto. Ale dojechałem. Zabrało mi to prawie siedem godzin, ale dojechałem. Potem tradycyjne stanie do karszera, trzeci dzień z rzędu w tym samym towarzystwie, można powiedzieć starzy znajomi. Na zakończenie dnia okazało się, że jeden z mieszkających z nami w pokoju Lajkoników traci do mnie około 1,5 minuty i zapowiedział, że mnie pogoni.

Czwarty dzień to radość, że już prawie koniec. Słoneczko wyszło na całego, było ciepło i przyjemnie. Do końca niewiele ponad 50 km z tego 30 km podjazdu na Skrzyczne. Wystartowaliśmy. Oj czułem niemoc w nogach, krótko asfaltem, potem trochę z buta po błocie, a następnie szutrówki każdego rodzaju. Lajkonik mnie doszedł, ale nie odpuściłem, na zjazdach trzymałem się go jak najbliżej mogłem, na podjazdach starałem się uciekać. Przez jakieś 20 km wszystko szło dobrze, potem niestety zaczęło pojawiać się błoto i problemy. Oprócz bolącego tyłka, zaczęło mnie boleć prawe kolano. Z metra na metr cierpiałem coraz bardziej, ale nie odpuszczałem. Przed samym wjazdem na Skrzyczne pojawiły się bardzo zimne podmuchy wiatru i mgła. Dopiero na szczycie uświadomiłem sobie jak musi być zimno skoro turyści na szczycie mieli poubierane grube kurtki, swetry a niektórzy nawet czapki i rękawiczki. Potem były zjazdy, cały czas trzymałem się za Lajkonikiem. Do pierwszych zwalonych drzew i błota. Chyba mnie ostro przewiało, ponieważ po zejściu z roweru, nie mogłem już na niego wsiąść. Niemoc. Tyłek palił jakby mnie przypiekali, lewe kolano przestało działać, prawe już tez ledwo zipało. Napiłem się, zjadłem batona, i spacerkiem ruszyłem w dół. Jednak chodziło się jeszcze gorzej. Wiedziałem, że do mety jakieś 20 km z czego prawie wszystko w dół. Przemogłem się, wrzuciłem młynek i do przodu. Przede mną szeroka szutrówka, gdzie można było kręcic na blacie, a ja na młynku walczyłem z bólem kolan i tyłka. Najgorsze było jednak to, że jak stawałem w pedały na zjazdach ból był jeszcze większy. A siedzieć też nie szło. No dobra, męczyłem się tak aż do mety. A właściwie do podjazdu przy pałacyku prezydenckim. Tam dostałem jakiejś mocy i trochę uciekłem kilku kolegom. Na zjazdach szybko mnie doszedł jakis Czech na fullu i Duńczyk. Moc mnie opuściła jakieś 3 km przed metą, ale dałem radę utrzymać swoją pozycję, finiszowałem wraz z kolegą Bartkiem koło w koło. Jeszcze zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, dostaliśmy koszulkę finiszera i do karszera.

Tak mniej więcej wyglądały dwa ostatnie etapy. Były śliczne i miały w sobie wszystko za co kocham MTB. Ostatniego dnia dopisała pogoda i można było podziwiać piękne widoki. Szkoda tych pierwszych dwóch dni, skatowany organizm, skatowany rower, sporo siniaków i ogólnie lekki niesmak.

autor: Michał z Gdańska, numer startowy 415

asfalt=brak

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

szlak=niebieski

obszar=Istebna

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , | Leave a comment

MTB maraton Skandia w Bielawie

3809Od samego początku wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Pogoda nie napawała optymizmem. Postanowiliśmy jednak zmierzyć się z przeciwnościami jakie zastaliśmy w Bielawie.

Po przyjeździe na miejsce powitała nas piękna pogoda, niestety prognozy na następny dzień nie były już tak dobre. Budząc się w dniu startu za oknem nie było widać słońca, a jedynie strugi deszczu. W miasteczku zawodów oddaliśmy rower Qaziego do serwisu, gdyż poprzedniego dnia pomimo pomocy psa właścicielki (zdjęcie) nie udało się odpowietrzyć hamulców. Do momentu startu czekaliśmy w samochodzie próbując się zmotywować odpowiednią muzyką oraz maściami bengaja. Na starcie zauważyliśmy znacznie mniejszą ilość zawodników niż w Chodzieży. Prawdopodobnie było to spowodowane komunikatami pogodowymi o nadchodzącej nawałnicy z trąbami powietrznymi włącznie. Organizator rozważał odwołanie imprezy. Na szczęście start odbył się zgodnie z planem, chociaż w strugach deszczu. Pierwszych kilka km było honorowym objazdem miasta mającym na celu rozgrzanie zawoidników i propagowanie kolarstwa górskiego wśród mieszkańców. Niestety pogoda odstraszyła kibiców.7832

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do zbiornika retencyjnego wokół którego biegła trasa maratonu. Charakterystyczne czerwone błoto natychmiast okleiło nogi wszystkich uczestników dając upiorne wrażenie jazdy we krwi. Nieubłaganie zbliżaliśmy się do największego, kilkunastokilometrowego podjazdu pod Kaletnicę. Podjazd bardzo mocno rozciągnął stawkę pozostawiając sporo miejsca na manewry wyprzedzania. Duże nachylenie stoku oraz błotnista maź pomiędzy kamieniami i korzeniamia powodowała, iż zmuszeni byliśmy jechać na najniższych biegach.

Tuż przed szcztytem Kaletnicy znajdował się pierwszy bufet, za którym następował rozjazd na dystans mini oraz medio i grand fondo. Wielu zawodników startujących na dystansie medio lub grand fondo podejmowało w tym momencie decyzję o skróceniu dystansu wybierając najprostszy wariant „mini”. Po krótkiej przerwie na bufecie pojawił się kolejny ostry podjazd zmuszając większość zawodników do prowadzenia roweru pod górę w błocie. Na szczycie Kaletnicy po minięciu punktu widokowego z wieżą rozpoczął się najtrudniejszy zjazd jakim mieliśmy okazję w życiu jechać. Trudność polegała na tym, że pomimo sporego nachylenia aby jechać w dół trzeba było momentami mocno napierać na korbę na najniższym przełożeniu gdyż koła grzęzły w wielkim błocku, oraz omijać bardzo dużą ilość korzeni i potężnych ostrych głazów. Następne odcinki zjazdu były znacznie szybsze gdyż pozbawione błota i pokryte jedynie kamieniami oraz korzeniami, co wymuszało kurczowe zaciskanie klamek hamulców. Dodatkowo niska temperatura i strugi deszczu powodowały drętniewnie palców.

Przeszkody powodowały, iż na każdym metrze miało się wrażenie, że amortyzatory roweru dobijają do samego końca, co potem okazało się prawdą. Po zjeździe, zdrętwiałe palce Qaziego zmusiły go do poluźnienia uchwytu kierownicy. W połączeniu z dużą szybkością roweru i jeździe po garbie pomiędzy głębokimi koleinami doprowadziło to do nieuchronnej gleby w kałuży. Jak się okazało kałuża ta miała około 0,5 metra głębokości. W chwili upadku Qazi „nabił się” na kierownicę co spowodowało trudności z oddychaniem. W tym momencie Qazi leżał w wodzie nie mogąc złapać tchu, na szczęście przejeżdżający zawodnicy natychmiast wezwali ratowników GOPR, którzy zjawili się na miejscu w kilka minut po zdarzeniu. Usztywnili nogę i zatamowali dużą ilość krwi z mocno rozciętego kolana. Tym razem czerwień na kolanie nie była tylko błotem. Spuchnięty i półprzytomny załadowany został do transportera GOPR, a następnie zwieziony do najbliższej drogi asfaltowej gdzie po chwili przyjechała karetka pogotowia ratunkowego. Ratownicy GOPR zaopiekowali się rowerem, a Qazi trafił do szpitala w Dzierżoniowie.

W tym czasie scoot czekąc na swoich kolegów na mecie usłyszał przekazywany przez megafon komunikat proszący o natychmiastowy kontakt z biurem zawodów kolegów Michała z Gdańska. Obawiając się najgorszego koledzy popędzili do szpitala gdzie na szczęście okazało się, że uśmiechnięty Qazi siedzący na wózku inwalidzkim z zablokowaną nogą, ale w otoczeniu młodych pielęgniarek  opowiadał szeroko gestykulując o swojej tragedii 🙂

Koledzy zaopiekowali się rowerem oraz chwilę później odebrali Qaziego ze szpitala, który wypisał się na własne życzenie.

Natomiast Wojtek „wza” szczęśliwie ukończył maraton, jednak dojeźdżając do mety był niezwykle trudny do rozpoznania (zdjęcie).
Banan nie schodził mu z twarzy sugerując iż przeżył własnie wspaniałą przygodę. Jedyne białe miejsca na jego ciele to zęby oraz białka oczu 🙂

Parę słów od Wojtka:

Po przebudzeniu pesymizm i dupa.
Na starcie pesymizm pogłębił się dwukrotnie.
Ubrany na cebulkę i wysmarowany wieloma warstwami bengaja Wojtek odzyskał pewność siebie.
Chwila startu to nic ciekawego.
Pierwszy podjazd trwał i trwał i trwał, aż się skończył.
Wszystkim zawodnikom zaparowały okulary i zacząłem wyłapywać rzęsami błoto.
Jak maszyna nieubłaganie zmierzałem do mety.
Bardzo trudną technicznie trasę potęgowały ekstremalne warunki atmosferyczne i zdrętwiałe dłonie.
Ale jechałem nieubłaganie zbliżając się do upragnionej mety.
Przed końcem dobiły mnie trochę trawiaste wzniesienia, ale noga nadal podawała.
Po dotarciu na metę nie mogłem rozpoznać siebie ani własnego roweru.
Po jednym dniu starłem nowe klocki hamulcowe i na ostatnich kilometrach hamowałem metalem o metal! Qazi tak samo.
Szczęśliwy ukończyłem maraton na 101 pozycji.7893

Wspólnie przy butelce grzańca spisali: Qazi, wza oraz scoot.

asfalt=brak

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

szlak=niebieski

obszar=Bielawa

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

Skandia MTB Maraton 2008

IMG_0152Końcówka sezonu i mój ostatni start w tym roku w maratonie.

Fajne zakończenie zwarzywszy na fakt iż rozpocząłem jak większość naszej ekipy również na Skandi z tym że w Chodzieży. Tamten maraton z powodu utraty przedniej przerzutki i awarii napędu ukończyłem dobiegając na metę. Skandia w Bielawie zakończyła się wypadkiem, interwencją GOPRu i wizytą w szpitalu.Tym razem chciałem dotrzeć do mety bez takich przygód. Dużym ułatwieniem był fakt iż prawie wszystkie dziury znam na pamięć w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym.IMG_0155

Co ciekawe odkryłem też pewną zależność która miała ustrzec mnie przed awarią sprzętu. Podzielę się nią z Wami: „im mniej pieścisz i dłubiesz przy swoim rowerze tym bardziej jest on niezawodny”.

Na starcie okazało się że przyjechało bardzo dużo wielbicieli MTB. Miałem spore obawy co do początku trasy. Podobnie jak w Chodzieży długi odcinek asfaltowej nawierzchni nie sprzyjał rozciągnięciu stawki. Jak zwykle w takich okolicznościach późniejsze bardziej techniczne odcinki a zwłaszcza zjazdy powodują przymusowe hamowanie.

Irytujące jest to zwarzywszy na fakt iż taki grubasek jak ja tylko tam ma szanse nadrobić starty jakie powstały na podjazdach.IMG_0161

Niemniej jednak pomimo tłoku udało mi się na asfalcie wyprzedzić dość sporą liczbę kolarzy. Zawsze twierdzę że podjazd był udany jeśli wyprzedzę ich więcej niż bikerów mnie. Tym razem tak było. Znajomość trasy ułatwiała mi to w bardzo dużym stopniu.

Tam gdzie ludzie hamowali bojąc się niewiadomej za zakrętem – ja dokręcałem.

Dalej były już tylko leśne dukty. Duża ilość interwałowych podjazdów szybko sprawiła że na każdym kolejnym było mi ciężej.

Przewidując to przed startem zaopatrzyłem się w dużą ilość dopalaczy. Co przyznam bardzo pomogło.

Fajne, szybkie zjazdy obfitujące w dużą ilość ostrych zakrętów pokonywałem z mega prędkością. Zazwyczaj przytulając się do prawej strony niechętnie zajmowanej przez innych z powodu błota. Wiedziałem że tylko tak uda mi się wyprzedzać.P1050470

Zgodzicie się ze mną że wiele zjazdów w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym jest stosunkowo wąskich. I tylko agresywny atak bokiem może przynieść efekt.

Niestety jak to na maratonach. Było wiele momentów gdy ludzie sprowadzali rowery lub zsuwali się bocznym ślizgiem – bo jazdą bym tego nie nazwał. Hamując lub zmuszając do całkowitego zatrzymania zawodników będących za nimi.

Cóż uroki maratonów.

Po około 10 kilometrach dopadł mnie Batik. Oczywiście na podjeździe. Zdopingowałem go kilkoma słowami ale nim skończyłem zniknął mi za kolejnym zakrętem.

Jadąc dalej poczułem na swoich plecach oddech wza. Postanowiłem że tym razem powalczę z Nim. Trzymałem się jego ogona przez kilka ładnych kilometrów.

Ostatnią próbą jaką podjąłem było złapanie go za sztycę na jednym z podjazdów. Nie wiedział że to ja i stwierdził: „o kurcze mam kapcia”.

Jak go puściłem to wystrzelił jak z procy. Więcej go nie widziałem a na mecie miał 6 minut przewagi.

Gdzieś między zawodnikami był też sla, ale pędził tak szybko że mijając mnie ani On ani ja tego nie zarejestrowaliśmy.

Fajnie było słyszeć na trasie od innych zawodników skąd tu te górki, ja pier…, miało być płasko. Myślałem w takich momentach – witamy w TPK!

Dodawało mi to paliwa.

Końcówka trasy to szybki zjazd. Widziałem że wiele osób odpoczywa sądząc że przed metą organizator wymyślił im jeszcze niespodziankę w postaci krótkiego stromego podjazdu. Znajomość trasy i licznik uświadomiła mi że nic takiego nie będzie. Teraz max!

Mam wrażenie że w tym miejscu wyprzedziłem ze 30 osób.

Sam finisz to jazda koło w koło z dwoma innymi zawodnikami.

Ale znów miałem ułatwienie – wiedziałem że muszę złapać skrajnie lewy tor jazdy. Zakręt w lewo i wpadamy z asfaltu na trawę na ostatnią prostą przed metą. Zakręt w lewo sprawił że chcąc czy nie moi konkurenci do „złota” zatoczyli szeroki łuk.

Zbyt szeroki aby mogli mi zagrozić.

Beeeeep i meta. Sekundę lub dwie po mnie wpadło jeszcze z pięciu zawodników. Dobrze że nie zdawałem sobie sprawy z faktu że za moimi plecami trwa taka pogoń.

Uścisk dłoni z kolegą z finiszowego dojazdu i „banan” na gębie sprawiły że poczułem się mega zadowolony.

Mam nadzieję że inni bawili się równie dobrze jak ja.

Do zobaczenie w przyszłym sezonie!

Pozdrawiam „Qazimodo” z Gdańskiej Ekipy Rowerowej.

asfalt=niewiele

dystans=50

kondycja=wysoka

profil=wysoki

trud=max

m=Gdańsk

typ=rowerowy

Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment

Skandia MTB Maraton

1Po rocznej przerwie ponownie zdecydowałem się wystartować w maratonie. Długo zastanawiałem się jaki wybrać dystans, krążył mi po głowie 92 km, ale juz dzisiaj wiem na pewno, że dobrze wybrałem decydując się na 61 km. Trasa była ciężka i górzysta. To była walka ze skurczami. Na ten dystans zgłosiło się ok. 206 zawodników  Wszyscy wystartowali razem, ale po pewnym czasie peleton zaczął się rwać na mniejsze grupki.  Na samym początku byłem w środku, wiedząc o tym, że i tak ci silniejsi wyprzedzą mnie. Lekko zwolniłem i swoim tempem jechałem  rozkładając2 odpowiednio siły, aby dojechać do mety. To był mój najważniejszy cel. Już na 13-tym kilometrze dojechałem do górki, na którą trudno było wejść pieszo, a co dopiero wjechać. Nikt z otaczających mnie zawodników tego podjazdu nie zaliczył. Pomyślałem sobie: jak tak się zaczęło na początku trasy to co będzie dalej? Ledwo się wgramoliłem na szczyt i zaznałem chwili odpoczynku, ale nie na długo, gdyż po krótkim czasie rozpoczęły się następne podjazdy. A raczej podchodzenia z rowerem na ramieniu. Jeżeli były podjazdy to muszą być również zjazdy. Były, i to jakie! Strach zjechać. Na drzewie widziałem ostrzeżenie w postaci trzech wykrzykników i spore nachylenie chyba ok. 30 procent. Widząc to podskoczyła adrenalina, przyznam szczerze, że miałem pietra… ale zjechałem!!! Nie będę opisywał tu tych wszystkich zjazdów, bo dużo było podobnych. Widziałem jak niektórzy schodzili na pieszo. Wprawdzie nie lubię się chwalić, ale wszystkie zjazdy zaliczyłem i nie miałem ani jednego upadku. Uważam za mój osobisty wielki sukces.3

Na 20-tym kilometrze dwoje młodych ludzi rezygnuje z dalszej jazdy, niestety braki kondycyjne. Dojechałem do pierwszego bufetu to był 22-gi kilometr, tam zastałem 6-ciu bikerów posilających się, ja natomiast skorzystałem tylko z pomarańczy i szybko wystartowałem zostawiając ich z tyłu. Dalej było trochę odpoczynku od tych podjazdów, bo wjechałem na asfalt i tu naciskałem ile sił w nogach. Na liczniku widziałem kątem oka 40km/h. Na szosie nadrobiłem bardzo dużo czasu, aby później znów stracić przewagę na podjazdach. Drugi bufet był (już nie pamiętam dokładnie) na 45-tym kilometrze, na którym tylko zwolniłem pobierając wodę w biegu. Od tego momentu toczyłem samotnie bój, łykając co chwilę jakiegoś marudera. Czyli byli gorsi odemnie 🙂

Dopadłem w końcu faceta, którego nota bene nie mogłem dogonić, ciągle jadąc za nim ok 50m Dojechaliśmy do długiego, ostrego zjazdu oznaczonego trzema wykrzyknikami. Ten jadący pan już na dole zjazdu nie wyrobił zapiaszczonego zakrętu i fiknął przez kierownicę, wstał, czyli nic mu się nie stało, ale musiał szybko zejść na pobocze. Wjechałem na pełnym gazie w ten zakręt wyprzedzając go. Tył lekko mi zarzucił, ale z zakrętu wyszedłem cało bez upadku i już do końca nie dałem mu szans.4

Do mety zostało tylko 13 kilometrów ale tracę tu wiele cennych minut. Skurcze prześladują mnie ostatnio dość często. Niestety zatrzymuję się, aby z plecaka wydobyć tabletkę magnezu. W tym momencie wyprzedza mnie chyba z 7 bikerów. Wsiadam powoli i ruszam, ale znowu ktoś mnie wyprzedza. Rozmasowałem mięśnie… przeszło, więc naciskam mocno na pedały, ale oni odjechali już dość daleko. Trudno, jadę szybkim tempem po dziurach, piaskach aż w końcu coś mi zaczęło piszczeć w rowerze. No tak, jeszcze tego mi brakowało. Piąty kilometr przed metą jest dla mnie tragedią, następny skurcz, ale tak silny, że prawie spadam z siodełka i w tym momencie znowu mnie wyprzedzają. Już mi nie zależało na dobrym miejscu, chciałem tylko dojechać do mety. Po dłuższej przerwie wsiadam… chyba już jest OK. Jak na razie skurcze minęły. Pomyślałem, że dojadę, bo już widzę miasto.

Policja wskazuje mi drogę i tu już naciskam mocno, bo aż do 35km/h. W ten sposób wjechałem na metę prosto w objęcia moich kolegów z GER’u, którzy czekali już tylko na mnie.

Koniec wyścigu… teraz rozdanie nagród za zwycięstwa.

Była również przyznana nagroda dla najstarszego i dla najmłodszego zawodnika. W tym momencie scoot powiedział, że mam szanse. Może bym i miał gdyby nie było pana, który wystartował w maratonie w wieku 79 lat! Więc jestem za młody, aby dostać nagrodę:) Byłem zaskoczony tym zawodnikiem, że on ma na tyle hartu ducha i sił, aby pokonać 30 km trasę, bo na takim dystansie jechał. Najmłodszy jak dobrze pamiętam miał 11 lat, więc chyba nam rośnie drugi Szurkowski:) Nie załapałem się na w/w nagrodę ale przynajmniej wszyscy dostaliśmy nagrody pocieszenia: plecak, medal za udział w maratonie, folder, czapeczka, batony i dwie maszynki do golenia.IMG_8984

Moje refleksje z maratonu:

To był jeden z najbardziej pechowych maratonów, na poprzednich nie miałem nigdy takich problemów. Trasa zaliczam raczej do ciężkich. Atmosfera sportowa jaka panowała na mecie pozwoliła nam zapomnieć o zmęczeniu. Trasa oznaczona super. Brawo organizatorzy!!! Na każdym skrzyżowaniu w lasach byli obecni, strażacy lub ludzie wyznaczeni, aby nikt nie pomylił trasy. Przy wjeździe na szosę ruchem kierowali policjanci. Jednym słowem organizacja super.

I jeszcze jedno: najbardziej obawiałem się słabej kondycji,  na trasie okazało się, że obawa była nie uzasadniona, byłem dobrze przygotowany. Jechało mi się wspaniale, nie odczuwałem wogóle zmęczenia a zawiodły te przeklęte skucze mięśni i nie tylko mnie.

Trochę o sprzęcie:

Były zalecane opony 2,1 z głębokim bieżnikiem, ja niestety uparłem się, że pojadę na oponach Panaracer przednia: Mach SS i tylna Mach SK. Przednia to typowy semislick. To był bardzo dobry wybór, gdyż po piaskach szła jak czołg, przejeżdzałem przez każdą głębokość piasku ani razu nie schodząc z roweru. Obie przerzutki mam XT, spisały się na medal. Ani jednej nawet najmniejszej awarii.

Na zakończenie chciałem podziękować naszym kierowcom: Zbyszkowi i Michałowi.

W transporterze Zbyszka jechały cztery rowery, a u Michała dwa na dachu.

Dziękuję również całej naszej ekipie za wzięcie udziału w maratonie

tekst: Mieczysław Butkiewicz

Relacja z przejazdu Michała „Qazimodo”

Razem z wza postanowiłem dojechać na miejsce dzień wcześniej. Jak się później okazało był to bardzo dobry pomysł. Przenocowaliśmy w super hoteliku za 30zł od osoby. Bezpośrednio po dotarciu pojechaliśmy do „miasteczka zawodów”. Było ono całkiem spore. Niestety panował jeszcze duży bałagan i brak było dobrej organizacji. Po zarejestrowaniu się postanowiliśmy objechać kawałek trasy jutrzejszego maratonu. Dołączył się kolega z Warszawy (pozdrawiamy). Po przejechaniu pierwszych kilku kilometrów prawie non stop asfaltem zacząłem żałować że nie zabrałem mniej agresywnych opon. Miałem bowiem z przodu Nobby Nic 2.1 i tył Racing Ralph 2.1.

Zaraz po dotarciu do lasu i pokonaniu niewielkiego wzniesienia moim oczom ukazał się stromy zjazd z licznymi dziurami i korzeniami. W dodatku prawie cały w piachu !!! Z politowaniem popatrzałem na opony Warszawiaka 1.4 i 1.5 slick J.  Zjazd był bardzo szybki, zaraz za nim identycznie nachylony podjazd. Łącznie tych zjazdów i podjazdów było chyba 6, z tym że każdy następny wydawał mi się o 5% bardziej stromy i 10% dłuższy 🙂 Po ich pokonaniu stwierdziłem że to przesada tak się zamęczać i czas wracać na relax do hotelu. W międzyczasie Wojtek zgubił okulary więc postanowiłem na ostatnim wzniesieniu zrobić małą sesję zdjęciową. Szkoda że zdjęcia spłaszczają – było naprawdę stromo. Kawałek dalej pędziliśmy już po twardej ubitej czarnej nawierzchni. Nagle słyszę przeraźliwy dźwięk mielonego metalu. Rzut oka na napęd – na szczęście to nie mój. Spoglądam na wza. Stoi nic nie mówi, nie rusza się. Podjeżdżam i patrzę a tam olbrzymia ilość zaplątanego drutu na jego korbie kasecie i hamulcach tarczowych. Szok – nie wiem jak on wyhamował i się nie zabił. Po 10min łamania i rozplątywania udało się usunąć ustrojstwo. Kawałek dalej było tego jeszcze więcej – posprzątaliśmy to. Śmiało mogę powiedzieć iż nie wyglądało to na przypadkowe dzieło natury. Na początku objazdu minęliśmy motor z gościem oznaczającym trasę, więc pewnie to była by ofiara druta!!!

Dzień wyścigu zaczął się nerwowo. Brak śniadania, restauracja zamknięta. Kilka kromek Wojtka z kiełbachą na sucho uratowało nam życie. Po spotkaniu z innymi parkujemy auta. Wielki dobrze zorganizowany parking na szkolnym boisku – rewelacja!!! Chłopaki idą się rejestrować, mają trochę ułatwione zadanie bo poprzedniego dnia wzięliśmy ich karty. Uff po mimo małej ilości czasu udaje się. Ustawiamy się na starcie. Jako jedyny z nas stoję w pierwszym sektorze. Zdecydowałem się na start w największym dystansie. Stoję i oczom nie wierzę – co ja tutaj robię. Dookoła mnie same team-y. Nogi ogolone, rowery z karbonu. Czułem się bardzo nieswojo. Okazuje się jednak że startujemy razem z zawodnikami jadącymi dystans medio (średni).

Niestety ale chamstwo na stracie jest straszne, ludzie dopychają się z boku, przeskakując barierki itd.. O innych incydentach nie wspomnę. Ale cóż taka fantastyczna atmosfera że człowiek znosi wszystko.

Start !!!

Ostre tępo, strasznie ciasno, pierwsze gleby słyszę zaraz za mną. Od razu po 20 rowerów. Nie ma czasu jednak patrzeć jadę. Zaraz po starcie wzniesienie i peleton trochę się rozciąga. Po dotarciu do lasu znów dłuższy podjazd. Wyprzedza mnie masa bikerów! Grubi chudzi, mali i duzi – jest ich naprawdę sporo. Ale to nic wiedziałem co zacznie się zaraz za zakrętem. I nie myliłem się. Zjazdy i podjazdy były dla olbrzymiej ilości rowerzystów nie do pokonania. Złapałem lewy tor, choć było bardzo wąsko puściłem hamulce, kręciłem korbą i ile sił w nogach gnam w dół! Nadrabiam straty, wyprzedzam na raz po 20/30 osób, fantastyczne uczucie! Niestety na trzecim zjeździe słyszę że łańcuch mi spada. Załamany zatrzymuję się na dole i patrzę a tu brak wózka przedniej przerzutki. Myślałem że się rozryczę! Dopada mnie wza. Nie jest w stanie mi pomóc więc rzuca „no to cześć”. Podziałało to na mnie jak czerwona płachta na byka. Nie poddam się przecież! Zakładam łańcuch na środkową zębatkę i jazda. Jadę i nawet dobrze mi idzie- tępo w sam raz. Choć powoli czuję że za ostro wystartowałem. Dopalacz i po chwili przechodzi! Pod każdym podjazdem zatrzymuję rower i ręcznie zmieniam przełożenie. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Na zjazdach mijam ich jednak z „kosmiczną prędkością”. Nie rzadko słysząc „debil” lub gorzej. Treningi na 3miejskich klifach przynoszą rezultaty. Po drodze widziałem setki pełnych bidonów. Cieszyłem się że miałem bukłak i mnie ten problem nie dotyczył. Po jakimś czasie dojeżdżam do serwisu. Jest nadzieja że naprawią mi przednią przerzutkę.

Czekam aż serwisant obsłuży dwie osoby przedemną. Trwało to 9 minut. A wydawało się całą wiecznością. Cały czas mija mnie kolejna grupa rowerzystów. Serwisant w końcu rzuca okiem na mój sprzęt i stwierdza – „nie mam przedniej przerzutki – nie pomogę ci”. Nie miałem czasu złościć się na siebie że nie zapytałem o to na początku! Wsiadłem i ostro dałem za innymi. Na 28 kilometrze widzę przed sobą znajomą sylwetkę. To Andrzej „Scoot”. Nawet nie zauważyłem kiedy mnie wyprzedził. Po chwili pędzimy już razem zmieniając się na przedzie. Do naszego „pociągu” zapraszam jeszcze jednego rowerzystę. Niestety po 10 minutach dzwoni telefon do Scoota. Nie ma czasu czekać, pędzę dalej sam. Kolega też odpada. Za moimi plecami po chwili jadą już następni. Niestety nie chcą się zmieniać i korzystają sobie z mojej siły. Po kilku próbach i namowach stwierdzam że mam ich w d., i ostatkiem sił naciskam mocniej na pedały. Cały czas na środkowym biegu z przodu. Udaje mi się odskoczyć. Po pewnym czasie znów koleje cwaniaczki jadą za mną, znów nie chcą lub nie mają siły na zmianę.

Szybka decyzja i zmieniam na przedzie na największą zębatkę. Tak już zostanie do końca. Niestety co kilka kilometrów nie wiedzieć czemu łańcuch spada mi całkowicie miedzy ramię korby i blat. Blokując się i zmuszając mnie do zejście roweru i ponownej naprawy. Wszystkie kryzysy minęły, skurcze nie dopadają. Jedzie mi się naprawdę dobrze. Wyprzedzam bardzo dużą ilość zawodników. Na ostrych piaszczystych zakrętach słyszę jak krzyczą sędziowie i obsługa maratonu. Zwolnij !!! Nie robię tego. Moje opony trzymają się jak przyklejone. Zjazdy również na pełnym gazie. Przed ostatnim bufetem widzę jak jeden facet frunie fikołka przez kierownicę. Na szczęście jest cały ale dla niego to już koniec wyścigu. Wyjeżdżam z lasu, wpadam na asfalt, dawno już podjąłem decyzję że jadę średni dystans zamiast zakładanego dużego.

Na lekkim ale długim wniesieniu słyszę że do mety 3 kilometry. Na liczniku 34 km/h i rośnie J Rzut oka za siebie, na końcu górki i widzę około 15 bikerów jadących z ścisłym peletonie, szybko zbliżających się do mnie. Myślę – nie dopadniecie mnie już i w tym samym momencie spada mi łańcuch!!! Co zrobić! Zsiadam z roweru i co sił pchając go biegnę do mety. Na śliskim asfalcie mało nie wpadam w poślizg. Plastikowa podeszwa buta nie została stworzona do biegania. Słyszę już szum opon, słyszę jak sapią już za mną. Słyszę pisk tarczowych hamulców na tym samym zakręcie na którym sekundy temu mało nie zaliczyłem gleby. Ludzie zaczynają krzyczeć – dawaj, szybciej! Niesamowicie głośno skandują ewidentnie dopingując mnie. Dobiegam do mety i słyszę długo wyczekiwany dźwięk biiip! To mój czas! Sekundę później słyszę biip, bip, biip, biip, biiiip, bipppp. To peleton J

Udało się jednak! Nie dopadli mnie! Radochę miałem taką że ciężko to opisać. Ludzie składają gratulację za wolę walki. I tak to pierwszy maraton w życiu przejechałem beż przedniej przerzutki, dobiegając do mety a nie dojeżdżając. Frajda niesłychana.

Czas 3h 19 minut, avg 18,30, max speed 55,85, dystans 60,80

tekst: Michał „Qazimodo”

Relacja z przejazdu Andrzeja „Scoot’a”

Na maraton zdecydowaliśmy się przyjechać w dniu startu. Nie było to dla mnie najszczęśliwsze rozwiązanie, ale  skorzystałem z możliwości podróżowania „wesołym busem” Zbyszka, wraz z Mietkiem i Wieśkiem. Pobudka o 5 rano po kilku godzinach snu nie zapowiadała nic dobrego, ale ranne widoki za oknem wstawające pośród mgieł słońce, zrekompensowały wszystkie dolegliwości 🙂

Na miejsce maratonu przyjechaliśmy z opóźnieniem i po wielu perturbacjach (prawie zgubiony portfel Zbyszka i nieodpalający samochód) udało nam się ustawić w boksach startowych. Temperatura była bardzo wysoka i od samego początku zacząłem się obawiać o odwodnienie. Poza tym był to mój pierwszy raz na rowerze od miesiąca i na dodatek w pełnym słońcu, więc organizm trochę odwykł od wysiłku. Qazi z Wojtkiem przestrzegali przed bardzo ostrymi zjazdami, a ja cieszyłem się w duchu, że sporo ludzi znacznie zwolni na tych odcinkach co będzie dla mnie szansą.

Ruszyliśmy. Nie będę opisywał trasy, napiszę tylko że była bardzo urozmaicona i niezwykle malownicza. Jak dla mnie była to czysta forma maratonu MTB i niczego lepszego poza górami po prostu zrobić się nie da. Zjazdy zgodnie z oczekiwaniami były ostre, ale nie tak ostre jak nasze trójmiejskie klify. Spokojnie zjeżdżałem wszystkie na pełnej prędkości wyprzedzając wiele osób. Niestety na podjazdach było znacznie gorzej… przerwa w treningach dała o sobie znać i mocno zostawałem w tyle. Na 30 km wziąłem pierwszego żelka i zaczął się mój mały koszmarek. Nie wiem co było przyczyną, możliwe, że wiele czynników połączonych razem, a może tauryna zawarta w żelu, faktem jest że po wzięciu żela zamiast dostać powera to osłabłem. 10 km dalej wziąłem kolejnego żelka i nastąpiło kolejne odcięcie mocy. W tym momencie dogonił mnie Wojtek, a jakiś czas później Qazi. Do mety jakoś się wlokłem walcząc ze skurczami (pierwszy raz od lat!) i dziękując w duchu za kolejne szybkie zjazdy na których połykałem maruderów. Siły dodał mi ostatni bufet na 12 km przed metą, gdzie zjadłem kilka ciastek i wypiłem 2 kubki czystej wody. Dzięki temu mogłem powalczyć i tuż przed metą wyprzedzić jeszcze 2 zawodników. Na metę wpadłem jednak niezwykle zadowolony. Klimat tej imrezy był naprawdę super! Każdy z uczestników poza torbą upominków otrzymał medal. Można było na talon zjeść bardzo smaczną karkóweczkę, a czas umilała grająca na żywo kapela. Dodam jeszcze kilka słów o zabezpieczeniu trasy. Otóż przy każdym poważniejszym zjeździe (oznakowanym przez organizatora) stało kilku ratowników z deską ortopedyczną i torbą ze sprzętem ratunkowym (R1). Nieopodal stał pojazd, którym po zaplanowanej wcześniej drodze można było szybko przemieścić poszkodowanego do punktu medycznego. Trasa była bardzo dobrze oznakowana, chociaż słyszałem głosy, że niektórzy sędziowie zeszli z posterunków  przez co zawodnicy gubili drogę. Mnie nic takiego się nie przydarzyło i każdy zakręt czy przejazd przez ulicę był wyraźnie sygnalizowany zarówno znakiem jak i machającym ręką sędzią.

Jednym słowem: polecam udział w takich imprezach każdemu bez względu na stopień zaawansowania! To wspaniała przygoda umożliwiająca wchłonienie potężnej dawki rowerowej atmosfery. Nie musicie tam jechać aby się ścigać… po prostu pojedźcie aby poznać moc płynącą z prawie 600 zawodników stojących na starcie. Przy okazji poznacie fantastycznych ludzi i spędzicie sporo czasu wśród znajomych, z którymi dawno nie mieliście okazji porozmawiać. Pomimo różnego rodzaju pecha przytrafiającego się na trasie, takich wyjazdów nigdy się nie zapomina!

Tekst: Scoot

Relacja z przejazdu Zbyszka „Zibek”

Kilka kilometrów przed Chodzieża Michał z Wojtkiem już na nas czekają i na „sygnale” eskortują nas na parking samochodowy dla maratończyków.

Mamy mało czasu więc na zmianę załatwiamy wszystkie formalności zgłoszeniowe, kilka fotek i lecimy po rowery. W między czasie spostrzegam iż nie mam dokumentów samochodu prawa jazdy oraz karty bankomatowej w saszetce do której je włożyłem, nerwowo szukamy zguby w samochodzie i parkingu. Niestety nie ma, atmosfera nerwowa a czas ruszać. Z tego wszystkiego ustawiamy się z Wieśkiem na końcu peletonu. Ruszamy, zanim się spostrzegłem peleton odjechał na dobre paręset metrów. A ja cały czas myślami przy dokumentach, po chwili spoglądam na torebkę narzędziową ,odsuwam zamek i odkrywam leżące papiery. Wstępuje we mnie energia, lecz ogary poszły w las, cisnę i widzę przed sobą tuman kurzu to chłopaki wjeżdżają do lasu. Pomału wyprzedzam kilka osób później znowu kilka. Lecz na tym koniec jadę w peletonie złożonym z kilku rowerzystów , dość różnych wiekowo, kilka pytań z skąd przyjechali i krótkie odpowiedzi bo wszyscy myślą o jednym ,jak najszybciej do mety. O trudnościach na trasie nie będę opisywał gdyż widać je na fotkach Michała i z tego powodu część podjazdów zaliczałem na nogach, oczywiście jako jeden z wielu. Początkowo traktowałem przejazd dość obojętnie na zasadzie aby przejechać lecz duch rywalizacji poganiał do przodu .W pewnym momencie wyprzedziło mnie kilku bilerów i wówczas zdałem sobie sprawę że Grand Fondo kończy wyścig. a ja daleko w lesie, lecz nic dziwnego skoro najlepsi mieli czas powyżej 30km/ h, więc wciągnąłem żelka i do przodu, a tu nic tempo bez zmian zmęczenie i trudność trasy skutecznie mnie wyhamowała. Ogólnie jakoś dojechałem do mety.

Moje wrażenia.

Trasa przepiękna ale dość trudna , do przejechania przez każdego GER’owca . Jestem zadowolony z udziału w tej imprezie. Myślę że 5 pażdziernika GERowcy wezmą szturmem MTB Skandię.

Pozdr.

Zbyszek „Zibek”

Relacja z Przejazdu Wojtka „wza”

Sobota powitała mnie pięknym słońcem i wielką jasnością co nie było tak naprawdę zaskoczeniem po uprzednim maniakalnym sprawdzaniu prognoz na 3 wyspecjalizowanych stronach + onet do tego. Wszamałem śniadanie, dokończyłem pakowanie i pozostało mi oczekiwanie na Michała. Pojawił się, nieco spóźniony, swoją bryką, ze świeżo zamocowanym bagażnikiem pod moją śliczną Konę. Szybkie pakowanie i w drogę! Podróżowało się całkiem dobrze, fura gładko motała na opony wstęgę szosy. Jechaliśmy przez Bydgoszcz, całkiem ładne miasto, szczególnie w taki piękny wiosenny dzień. Tu wysadziliśmy młodego autostopowicza, którego zgarnęliśmy gdzieś po drodze. Zrobiliśmy krótki postój na kawę i loda w Macu i dalej w drogę. Pomyliliśmy zaraz trasę ale ostatecznie z niewielkim opóźnieniem dotarliśmy do Margonina, naszego miejsca noclegu. Motel okazał się całkiem miłym miejscem położonym nad jeziorem. Po krótkim ogarnięciu się, przebrani w ciuchy rowerowe, ruszyliśmy do Chodzieży. Zapewne ze względu na rewelacyjną aurę miasto od razu mi się spodobało. Zarejestrowaliśmy się, otrzymaliśmy gadżety od organizatorów (plecaczek bardzo mi się zaraz przydał) i ruszyliśmy na objazd trasy wraz z nowo poznanym kolegą z Warszawy. Czułem się nie najlepiej ponieważ coraz gorzej znoszę jazdę na długich dystansach samochodem. Tak było i tym razem, mimo, że siedziałem na przednim siedzeniu. Jednak w miarę jazdy rozgrzewałem się i czułem coraz lepiej, Nagle! Spod przedniego koła Quaziego wyskoczył kamień wielkości piłeczki golfowej i uderzył mnie prosto w lewą goleń. Auuuuuuuuu – zawyłem z bólu przeklinając pod nosem. Po chwili pojawił się spory siniak ale poza nim nie miałem na szczęście żadnych poważniejszych dolegliwości. Jedziemy dalej, szybkie zjazdy i interwałowe podjazdy – podobnie jak w TPK. Pod sporym drzewem krótka sesja zdjęciowa. Na następnych zjazdach kask zaczął spadać mi na oczy – wykminiłem, że to dlatego, że nie mam okularów na nosie. Kur… trzeba wracać, koleżeński warszawiak pojechał ze mną, zaś Quazi oczekiwał gdzieś dalej. Okulary były na miejscu ostatniej fotografii więc szybko pognaliśmy w kierunku Michała. Po szybkim zjeździe z rozpadliną pośrodku zatrzymała nas piaskowa ściana. Na jej szczycie siedział Quazi i cykał fotki, dokumentując nasz wysiłek podczas podprowadzania. Jedziemy dalej! Kierujemy się w stronę Chodzieży, nieopodal amfiteatru coś mi się wkręca w tylne koło, miałem już trochę takich sytuacji w swoim życiu i czuję, że to coś poddaje się, więc powoli jadę dalej. Trzeba się jednak zatrzymać. Pokaźny zwój cienkiego drutu oplata kasetę i tylną przerzutkę, która niechybnie zostałaby zmasakrowana. Z pomocą warszawiaka (a może to on z moją pomocą? dzięki!) usuwam problem i można jechać dalej. Ale wjeżdżamy już do miasta, żegnamy naszego towarzysza i wracamy do hotelu o mało nie zrywając balonów naszymi rowerami przy wyjeździe z miasteczka Pana Langa.

W motelu żarcie, przegląd rowerów i sny o zwycięstwie…

Niedziela chyba jeszcze cieplejsza niż sobota, pogoda jak drut! Jemy śniadanie i gorączkowo zwijamy do samochodu. Jedziemy do Szamocina jakieś 6 km dalej i czekamy na resztę ekipy GER. Są! Więc prowadzimy ich do Chodzieży, a tam bardzo pozytywne zaskoczenie – parking pod szkołą dla uczestników maratonu. Nerwowe przygotowania i jazda na start. Tu znowu pomógł nam bardzo warszawiak (oj jak brzydko tak mówić) – bez niego dotarcie do sektorów zajęłoby znacznie więcej czasu.

Stoję w sektorze, ludziska robią foty a ja się zastanawiam jak to będzie.

Start!

Za radą warszawiaka trzymam się czołówki i cisnę ile wlezie, uczucie fajne ale głupota do kwadratu, po 2 minutach mam 200 na budziku – tym od serca. To może jest dobre, ale nie na zimnym silniku. Zdycham po 5 minutach tej masakry, od tej pory muszę rozjechać to co zepsułem. Na asfalcie bierze mnie mnóstwo ludzi, porażka. Koleś w koszulce kellys zwolnił podobnie jak ja, potem będziemy się tasowali na trasie a on będzie ostatecznie szybszy mijając mnie gdy padnę od skurczy. Gdybym zaczął po swojemu, ten leszcz pewnie byłby gdzieś za mną…

A dalej…trasa znana z wczoraj, interwałowe hopy, na szczycie jednej z nich stoi Quazi z rowerem obok. Zawracam, rozwalona przednia przerzutka, Quazi mówi, że rezygnuje, żegnam się…

Krótkie chwile wytchnienia na zjazdach, piaskowe podejście i trasa się trochę zmienia, tętno cały czas się błąka okolicach 180 („jestem pierdolnięty” – takie myśli chodziły mi po głowie). Najwięcej zyskuję na podjazdach i zjazdach, tracę na płaskim i w piasku, gdzie moje RR zamieniają się w dancing ralphy. Na jednym ze zjazdów, na zakręcie, biorę zakosem sporą grupę, manewr ten sprawia mi sporą frajdę ale zaraz ląduję w piaskownicy i żeby nie fiknąć kozła, cofam tyłek za siodło. W efekcie przednie koło traci sterowność i ląduję delikatnie z rowerem na skarpie ograniczającej zjazd z prawej strony. Teraz oni mnie wyprzedzają…od tej pory jadę praktycznie sam.

Zapadł mi w pamięć bardzo fajny odcinek – największy zjazd i podjazd zaczynające się i kończące w jednym miejscu przedzielonym taśmą – duża frajda – tu sporo osób wyprzedziłem. Niestety niebawem, po przecięciu asfaltowej drogi, rozpoczęła się chyba ze 20 kilometrowa płaska, szutrowa sekcja. Jechałem, jechałem, tętno tylko 150 a ja powoli zasypiałem. Tu wyprzedziło mnie tylko kilka osób, nie było więc tak źle. Nagle, pod koniec tego odcinka, na bardzo zapiaszczonym gruncie, zaczęły łapać mnie skurcze. Zaczęło się od lewej łydki i przerzucało się na lewy czworogłowy, no masakra. I zaraz to samo w prawej nodze. Zatrzymałem się i zsiadłem z roweru a noga rzucała się jak zdechła ryba. Czułem się jak popsuta zabawka, albo ofiara czarownika voodoo. Rozmasowywałem to i rozciągałem przez kilka minut po czym wsiadłem na rower. Jechałem bardzo powolutku, dopiero po jakimś kilometrze udało mi się to rozjechać, ufff. Można było jechać dalej. Znów górzysty odcinek z podjazdami i zjazdami. Fotograf na szczycie oznajmił, że zostało już tylko 7 km – oby (gdzie masz te foty?). Niebawem rozjazd na mega i giga, tu mnie poinformowali, że już tylko 3 km. Wjeżdżając do miasta trochę spasowałem ale zobaczyłem za sobą jakiegoś zawodnika, a przed momentem jeszcze nikt przecież za mną nie jechał. Znów więc zacząłem cisnąć i niebezpieczeństwo zaczęło się oddalać, ostatni podjazd i blat na górze, o mało nie rozjechałem gliniarza wskazującego drogę. Sam byłem zdziwiony, że tak szybko zap…. Ostatni zakręt, piknięcie na macie i koniec!

Generalnie superpozytyw, tym bardziej, że wszyscy, łącznie z Quazim, ukończyliśmy zawody.

Czekamy już więc na następne wyzwania 😉

Max 46,7 km/h

Puls: avg 171, max 202

Wojtek „wza”

asfalt=brak
dystans=50
kondycja=wysoka
profil=wysoki
trud=max
szlak=niebieski
obszar=TPK, Gdańsk
typ=rowerowy
Posted in Maratony | Tagged , , | Leave a comment
« Older
Newer »