Maraton PoweRade-Murowana Goślina

10 kwietnia odbywał się maraton pt. „Powerade Suzuki MTB” gdzie start i meta była ustanowiona w pięknej miejscowości koło Poznania a mianowicie w Murowanej Goślinie. Tydzień wcześniej zadzwonili do mnie z nowego Teamu czy bym mógł wziąć udział, ja zgodziłem się bez wahania. Był to mój pierwszy start w maratonie w tym roku i to już w nowych barwach klubowych, klub nazywa się „Agrochest Cycling24.pl Team”. Podróż minęła mi bardzo dobrze, lecz nie mogłem zmrużyć oka, obserwując bujanie swojego pięknego rumaka, jechałem sam, jedynie w Koszalinie dosiadło się kilka osób. Hotel mieliśmy zarezerwowany bardzo blisko Murowanej Gośliny, był bardzo piękny, okazało się później że byli również zawodnicy z grupy zawodowej „Mróz ActiveJet” razem z Trenerem, byłem zaskoczony zbiegiem wydarzeń oraz warunkami jakie nam zaoferowali, myślałem sobie co ja tu tak naprawdę robię, mam naprawdę wielkie szczęście że trafiłem do takiej drużyny. W Hotelu dostaliśmy nowe stroje kolarskie teamu, oraz poznałem część ekipy.

Dzień przed maratonem zrobiliśmy sobie trening ok. 20 km tak żeby się nie wysilać niepotrzebnie i zachować siły na maraton. Mnie zaczął żołądek boleć i borykałem się z nim do końca nie mówiąc nikomu, dopiero pod koniec maratonu się przyznałem gdy wynik nie był najlepszy, lecz nikt nie miał o to pretensji. A nawet byli wyrozumiali i pocieszali Maraton PoweRade mieliśmy potraktować  jako trening przed zawodami SkandiaMaraton na który się nastawiamy jako drużyna, i udał się doskonale. Startowaliśmy trochę pod presją ponieważ przyjechała ekipa sponsorów się ścigać, tzw. „Team B” i nikt z naszej drużyny nie mógł z nimi przegrać. Obawy były nieuzasadnione ponieważ zostawiliśmy ich daleko za sobą. Większość z nas pojechało na dystans „mega” który liczył 68 km Trasa mogło by się wydawać  była płaska, ale za to utrudnienia były w postaci dużej ilości piasków, dawały ostro w kość mniej doświadczonym zawodnikom jak i tym jeżdżącym na co dzień. Trasa łatwa lecz miejscami techniczna, mi udało się ciągnąć dość mocne tępo w peletonie jedynie do 50 km, później dostałem tzw kryzys, opuściły mnie siły i ledwo co jechałem, jedynie to pod górkę dawałem radę, na prostej już nie miałem sił, w dodatku samemu, jeszcze ten okrutny wiatr.

Ostatnie 20 km to już tylko podjazdy, tzw „Dziewicza Góra” tam rozegrał się finał wśród najlepszych, dosłownie ściany pionowe i jeszcze strasznie nie bezpieczny zjazd, ja zapomniałem odblokować amortyzatora i zjechałem na sztywnym, zauważyłem swój błąd dopiero w połowie gdy już było za późno żeby cokolwiek zrobić, jedynie co mogłem to trzymać bardzo mocno kierę, obyło się bez upadku. Wszystkie podjazdy pokonałem bez najmniejszych problemów,  niestety dość wolno z powodu bólu żołądka.

Ale nic złego się nie stało co by na dobre nie wyszło, to był mój pierwszy maraton i pierwszy raz na takim dystansie, ponieważ zmieniłem specjalizacje, z krótkich dystansów na średnie. Po maratonie ekipa strasznie mnie pocieszała, miło z ich strony. Byłem zły sam na siebie ze swojego wyniku. To był bardzo dobry trening przed I edycją Skandii ponieważ rok temu jechał i z tego co pamiętałem na trasie w Chodzieży również było miejscami dość sporo piasków. W tym maratonie na dystansie medio stanęło 499 zawodników,  ja ostatecznie zająłem 185 miejsce w kat. 76.

Teraz w Skandi mam nadzieje już nie będę miał problemów żołądkowych i pokaże się z lepszej strony, do zobaczenia w Chodzieży

Cieszę się że pojechałem,  miło spędziłem czas, przynajmniej czegoś się nauczyłem.

tekst: Pioter 1981

Posted in Maratony | Leave a comment

MTB BikeTour Gdańsk

W dniu dzisiejszym odbyła się ostatnia już III Edycja zawodów XC pt. „MTB Bike Tour” organizowanego przez MOSiR w Gdańsku. Ostatnia runda zawodów miała dość dużą rangę ponieważ zdobyte punkty w ostatniej edycji liczyły się do klasyfikacji generalnej. Zawody również otrzymały rangę Mistrzostw Województwa Pomorskiego. Dla mnie był to wyścig bardzo ważny ze względu na to ze ostatni raz w „Bike Tour” startowałem w najbardziej prestiżowej kategorii jaką jest kategoria Elita, chciałem jak najlepiej wypaść i w miarę możliwości zdobyć pierwsze punkty. Start i metę zaplanowano w  Gdańsku przy ul. Czyżewskiego na wysokości AWFiS. Na starcie stawiło się łącznie 188 zawodników oraz zawodniczek z poszczególnych kategorii wiekowych.

W najbardziej prestiżowej kategorii jaką jest Elita gdzie min startuje ja stawił się również Przemysław Miarczyński, który do mety dojechał na 14 pozycji tuż za mną. Na Starcie pojawiło się także trzech zawodników z Rosji.

Elita miała do pokonania sześć pętli o łącznej długości 29 km, jedna pętla 4,8 km. Startowaliśmy z kilku minutowym poślizgiem coś po 14:00. Ustawiłem się prestiżowo w drugiej linii ognia, także miałem doskonałą pozycje wyjściową. Na dzień dobry mieliśmy do pokonania mały lecz techniczny podjazd. Czołówka od razu wyrwała do przodu min. Maciej Zielonka (Naftokor), Tomasz Marzec (GKS Cartusia Kartuzy), Krzysztof Drabik (Bikeworld Selle Italia Test Team), kontrolowali sytuacje do samego końca. Trasa uległa drobnym modyfikacją co się przekonałem przejeżdżając pierwsze okrążenie. Dodali jeden naprawdę solidny podjazd gdzie musiałem zmienić przełożenie na tzw. młynek, podjazd bardzo męczący, następnie zakręt a po lewej stronie dość duża dziura o szerokości kilku metrów, trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć i nie wpaść w nią. Gdy jest dość męczący podjazd należy się nagroda w postaci zjazdu, też tak było. Pytanie, czy to tylko nagroda? Nie powiedział bym tego, niektóre zjazdy były bardzo niebezpieczne, równie techniczne co podjazdy nawet bardziej, tylko że w drugą stronę. Mnie osobiście bardziej zjazdy wymęczyły niż podjazdy, no ale ja na zjazdach nigdy mocny nie byłem, strasznie dużo czasu straciłem, nadrabiałem za to na podjazdach, przynajmniej starałem się.

Gdy mijałem któreś z kolei okrążenie słyszałem jak spiker wymawia moje nazwisko, było to bardzo miłe, motywowało do walki. Na końcu pierwszego podjazdu miałem dwóch wiernych kibiców którzy byli ze mną niemal do samego końca. Grzesiu z „KSR Kościerzyna” który motywował mnie do walki krzycząc co mam robić żeby lepiej szło. Rafał robiąc zdjęcia oraz mówiąc jak mi idzie. Trasa  bardzo mi się podobała, chyba najbardziej z tych wszystkich Edycji. Nie oznacza to ze była prosta. W zawodach typu XC nie ma prostych i łatwych tras.

Ostre męczące a czasem trochę mniej strome ale za to długie podjazdy dawały ostro w kość,  nie oznacza to że zjazdy były bardziej lajtowe, bo trzeba było mieć naprawdę opracowaną technikę żeby szybko i bezboleśnie zjechać. Sapałem jak parowóz już po pierwszym okrążeniu a miałem przejechać jeszcze takich pięć. Gdy zaczynałem piąte kółeczko zacząłem dublować pierwszych zawodników. Zjeżdżali mi tak jak ja jeszcze zaledwie rok temu. W dniu dzisiejszym pierwszy raz udało mi się kogoś zdublować, chyba robię postępy. Ostanie kółko robiłem już na totalnym Lajcie, nie  widziałem nikogo z tyłu za sobą także nie musiałem odpierać ataków, wiedziałem też że nikogo nie będę już w stanie dogonić. Gdy wjechałem na metę zostałem przywitany przez znajomych.

Udało mi się zająć dość dobre 13-te miejsce zdobywając 10 punktów, zostałem sklasyfikowany w Generalce na 29 pozycji z czego jestem bardzo zadowolony, tym bardziej ze są to moje pierwsze zdobyte punkty. Jest to miejsce które daje satysfakcje tym bardziej że zakończyłem przygodę z Elitą, za rok  zacznę zmagania  w kategorii Masters, nie oznacza to jednak że będzie łatwiej.

Były to również moje ostatnie zawody w tym sezonie, do zobaczenia za rok.

tekst: Piotr Habaj „Pioter1981”

foto: Mieczysław Butkiewicz

Posted in Maratony | Leave a comment

III Jesienny Maraton MTB Kościerzyna 2010

Galeria zdjęć

Dziś odbywały się zwody którym to stowarzyszenie KSR Kościerzyna  było organizatorem III zawodów MTB. Jako że startowałem w barwach drużyny KSR Kościerzyna był to dla mnie wyścig bardzo ważny, chciałem zająć jak najwyższą lokatę. Na miejscu byłem trochę wcześniej by spokojnie się zarejestrować bez pośpiechu. Odebrałem nr startowy w Biurze Zawodów był to numer „209”. Można było się ścigać na trzech różnych dystansach; Mini (25 km ), Mega (60 km) oraz  Giga (85 km) . Ja zdecydowałem się na dystans 60 km tzw. Mega, miałem numerek koloru niebieskiego, Giga miał czarny. Startowałem pierwszy  raz na Maratonie organizowany przez stowarzyszenie KSR Kościerzyna, trasa była dla mnie nie znana, ale z tego co słyszałem to nie jest wcale taka ciężka. W tym roku uległa drobnym modyfikacją.

Start nastąpił punktualnie o godz. 11:00

Jako pierwsi startowali zawodnicy z dystansu Giga. Po upływie 2 min. nastąpił start dystansu Mega gdzie startowałem min ja. Na początku trzeba było przejechać ostrożnie przez bramę. Kilka osób za bardzo się rozpędziło i musiało ostro hamować, ale nic się nie stało.

Początek Maratonu wyglądał obiecująco, podobny do Wejherowa, szerokie drogi, bardzo szybkie tępo. Na czele tępo zaczęli nadawać tacy zawodnicy jak min Tomasz Marzec zwycięzca ubiegłorocznej edycji „II Jesiennego Maratonu”. Jechałem gdzieś w czołówce peletonu, ale z biegiem czasu coraz bardziej mi uciekał, próbowałem gonić, ale nie było łatwo.Byłem gdzieś na ok. 20 pozycji. Po kilku minutach udało mi się dogonić peleton dzięki czemu było łatwiej dotrzymywać tępa. Trasa okazała się dość ciężka, miejscami trzeba było wykazać się dużą techniką w pokonywania niektórych odcinków. Pogoda była zmienna, miejscami było gorąco a miejscami ostry wiatr przeszywał koszulkę na wylot. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów dogoniłem Bartka z klubu „Naftokor” z którym jakiś czas temu ścigałem się w Gdyńskim Maratonie, tam również jechaliśmy razem ale jeszcze dużo mi brakuje żeby dojść do takiej formy i po jakimś czasie odpadłem. Tutaj było podobnie, gdy dogoniłem trochę pogadaliśmy nad bieżącą formą oraz przygotowaniem do Maratonu po czym jechaliśmy razem.

Próbowałem dusić, czasem z wielkim bólem ile sił w nogach byle by nie zgubić kolegi. Wiedziałem jaki poziom reprezentuje i trzymając się na kole mógłbym zająć dość niezłe miejsce, ale to było nie możliwe. Nie miałem szans żeby utrzymać takie tempo przez 60 km. Gdy przez pewien okres jechaliśmy razem zaczęliśmy wyprzedzać zawodników z dystansu GIGA którzy ruszyli z przewagą 2 min.

Na trasie było dość sporo piasków których nie lubię. Gdy mieliśmy do pokonania jeden z podjazdów piaski uniemożliwiały precyzyjne sterowanie kierownicą, strasznie zarzucało, a ja zacząłem się zakopywać lecz nie dawałem za wygraną, Bartek zaczął mi uciekać, całą swoją siłę skupiłem na pedałowaniu. Niestety miałem wrzucony zbyt twardy bieg by podołać zadaniu, jedyne co w tym momencie udało mi się  zrobić to zaliczyć swoja pierwszą przewrotkę, a miałem ich z cztery. Szybko zsiadłem z roweru przebiegłem z wielkim bólem ten największy piaszczysty odcinek po czym wsiadłem na rower i próbowałem gonić jeszcze 4 osobowy peleton który mi uciekł. Widziałem gdzieś w oddali. Udało mi się dogonić dopiero po kilku minutach gdy jechaliśmy pod dość silnie wiejący wiatr prosto w twarz. Ciężko było rozwinąć przyzwoitą prędkość. Jechałem coś pomiędzy 25 a 30 km/h, zależnie od siły wiatru.

Gdy zaczęła się seria tzw. Singel-Track już nie dałem rady pociągnąć, odpuściłem. Jeszcze nie ten moment, nie jestem tak dobrym zawodnikiem by jechać non-stop na takim poziomie. Na trasie było dość sporo wąskich podjazdów, ścieżek wzdłuż jeziora. Sporo trudności sprawiały występujące na pewnych odcinkach  korzenie oraz dziury na drodze. Trasa bardzo przepiękna, piękne krajobrazy, było co podziwiać.

Mimo że od Maratonu gdyńskiego nie jeździłem na rowerze ok. 2 tyg. ciągle znajdowałem się gdzieś w czołówce peletonu ok. 15-20 miejsca. Ciągnąc za zawodnikami min z Naftokoru nie dawałem im uciec. Moje problemu zaczęły się na ok. 15 km do mety. Gdy jechaliśmy z dość dużą prędkością musiałem na coś bardzo mocno najechać i złapałem tzw. Sneka. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dziwna sprawa ponieważ powietrze zeszło mi dopiero na jednym z podjazdów.

Straciłem tutaj bardzo dużo cennego czasu łatając dwie dziury w przedniej dętce. Ściągnąłem koło, wyciągnąłem dętkę, napompowałem w celu odnalezienie dziury, miałem z tym ogromne trudności ponieważ  powietrze zbyt szybko schodziło. Po kilku min udało się, przykleiłem ekspresową łatką, ale to nie było wszystko, gdzieś była następna. Jeszcze raz, wszystko od początku, pompuje, szukam dziury, no i znalazła się niewiasta. Był pewien problem, dziura była tuż przy szfie, no nic z tym nie zrobię, ale wiedziałem że już mam po zawodach.

Nie mam co liczyć na jakieś dobre miejsce, chciałem tylko dojechać do mety. Załatałem i szybko w drogę. Gdy robiłem rower dogonili mnie znajomi oraz dużo zawodników których daleko z tyłu zostawiłem teraz to oni byli lepsi. W końcu po upływie ok. 15 min udało się doprowadzić rower do porządku, tak pozornie mi się wydawało, ale to nie było koniec problemów. Przegoniłem jednego zawodnika który również złapał gumę, oraz kilku innych co mnie wyprzedzali. Następny pech spotkał mnie przy 50 km, następna guma. Ja bardzo dobrze zdawałem sobie z tego sprawę że to wina łatki która się pewnie odkleiła. Też tak było, miałem problem, nie wiedziałem co mam robić. Odkleiłem, przetarłem papierem ściernym i nakleiłem następną, ale miałem jeszcze większy problem niż łapanie gum po drodze, to była moja ostatnia łatka którą miałem, więc jak teraz bym złapał kapcia, to musiał bym albo prowadzić albo na flaku jechać co by mi się za bardzo nie uśmiechało (szkoda obręczy). Zostało mi do pokonania już tylko albo aż 10 km, przełączyłem licznik na ilość przejechanych km i tylko się modliłem by dojechać do mety. Gdy licznik pokazywał 2 km do końca Maratonu wiedziałem że uda mi się jednak ukończyć. Między czasie udało mi się jeszcze kilku zawodników wyprzedzić, lecz jechałem bardzo spokojnie, nie szarżowałem tak jak na początku, delikatnie po dziurach gdyż wiedziałem jakie mogą być tego skutki. W każdej chwil gdy za mocno bym wjechał w dziurę stracił bym powietrze w oponie. Tak się jednak nie stało, dojechałem spokojnie do mety, spiker przywitał mnie jako zawodnika KSR Kościerzyna. Na mecie przywitała mnie również Monika która zabierała chipy z rowerów mających na celu precyzyjny pomiar czasu.

Gdy wjeżdżałem na metę nie odczułem nawet zmęczenia, byłem zły na  to co mi się  przytrafiło po drodze, to jeden z najgorszych scenariuszy.

Szkoda tylko że to akurat tutaj w Kościerzynie, zależało mi żeby pokazać się z dobrej strony, niestety siła wyższa nie pozwoliła. Gdy po przyjeździe na metę pakowałem rower do samochodu już nie miałem powietrza. Mogę mówić o wielkim szczęściu że udało mi się dojechać do mety.

W końcowej klasyfikacji Open zająłem dopiero 50 miejsce w kat. M2 – 19

Jeśli mam coś wspomnieć o organizacji zawodów którym było stowarzyszenie KSR Kościerzyna spisało się bez zarzutu. Lepiej być nie mogło.

Oznakowanie trasy bardzo dobre.

Na każdym ze skrzyżowań ktoś stał pokazując gdzie jechać.

Na trasie były punkty regeneracyjne, z jednego z nich skorzystałem biorąc banana  popijając wodą. Na zawodach banany to bardzo ważna sprawa, a było ich dość sporo, dają dużo energii.

Z wyniku nie jestem zadowolony, nie mam powodu, ale będzie co poprawiać za rok.

Do zobaczenia na następnych zawodach

tekst: Piotr Habaj

Posted in Maratony | Leave a comment

ESKA Maraton MTB 2010

Dzisiaj odbyły się kolejne zawody które nosiły tytuł „ESKA Maraton MTB 2010” były to V zawody organizowane przez ośrodek GOSIR. Tym razem organizator wytyczył trasę rozpoczynającą się na Pustkach Cisowskich. W zawodach wzięło udział ok. 300 zawodników wśród nich byli min nasi sąsiedzi z Kalingradu co tylko motywuje do dalszej rywalizacji. Start wyścigu był zaplanowany na godz. 10:30, zawodnicy rywalizowali na trzech różnych dystansach zaczynającego się ze startu wspólnego a mianowicie 30, 60 lub 90 km w zależności od poziomu wytrenowania. Ja postanowiłem że pojadę na dwie pętle czyli na dystans 60 km, trzymałem się tego do samego końca.DSCF9399

Jedna pętla liczyła 30 km. Gdy ustawiliśmy się do startu nastąpiło chwilowe nieporozumienie, a mianowicie organizatorzy zaczęli testować chipy przyczepione do rowerów. Jadąc do przodu ok 100-150 metrów od linii mety, nikt nie wiedział o co chodzi, po czym mieliśmy wrócić na linię Startu, dzięki czemu pierwsi stali się ostatnimi. Trochę nas to zniesmaczyło, trzeba było szybko się wbić na przód stawki z ostatniego miejsca, dosłownie na ścisk, pierwszy raz widziałem taką akcję na zawodach. Ustawiłem się gdzieś w piątym lub szóstym rzędzie trudno mi powiedzieć, wśród znajomych z drużyny. Gdy już nastąpił start myślałem ze stawka szybko pójdzie do przodu zostawiając fałdę dymu i kurzu, ale nic bardziej mylnego, start był bardzo powolny. Na sam początek czekał nas dość długi techniczny podjazd z elementami nierówności w postaci korzeni. Byli tacy co zsiadali z rowerów, mi udało się przebić przez tzw. maruderów nie pozwalając się zablokować, ale nie było łatwo, walka dosłownie kiera w kierę. Tak wolno się jechało że musiałem zredukować bieg na pół blat. Następnie czekał nas ostry krótki zjazd, po czym bardzo ostry zakręt 180 stopni w prawo, można było łatwo się wysypać.

Na początku zacząłem gonić kolegów z klubu, tak by ich nie zgubić, wiedziałem jaki poziom prezentują i nie sądziłem ze mam jakieś szanse by im usiąść na kole a tym bardziej dotrzymać tempa co później okazało się do osiągnięcia. Ogólnie mówiąc trasa była bardzo ciężka, interwałowa, dużo dość długich podjazdów nie brakowało również krótkich ale za to bardzo stromych oraz technicznych zjazdów. Dużym utrudnieniem była dość spora ilość piasków na pewnych odcinkach. Najbardziej stromy i tym samym techniczny podjazd był gdzieś w okolicy połowy pętli,  mało kto podjeżdżał, mi na treningu udało się podjechać, ale na zawodach jest zupełnie inaczej. Szybsze tępo, większe zmęczenie, dużo zawodników zaczęło blokować, mimo okrzyków typu „uwaga” lub „lewa” nawet się nie ruszyli, mnie trochę to wkurzyło, zawodników z Treka którzy byli tuż za mną również, jeden z nich krzyknął „ejjj puśćcie nas” ale to nic nie dało. Szybko weszliśmy biegiem na pierwszą część podjazdu, następnie można było wsiąść i trochę odejść. Gdzieś w końcówce pierwszego okrążenia dogoniłem jeszcze Grzesia, chwilę jechaliśmy drużynowo razem zmieniając się co jakiś czas, zaczął do mnie krzyczeć, ale nie rozumiałem o co chodzi. Zorientowałem się że  za mocne tępo  narzuciłem, trochę zwolniłem.DSCF9403

Na Trasie były dwa bufety na odcinku 30 km, ja ani razu nie zatrzymałem się , raz tylko wziąłem kubek z wodą, chlapnąłem sobie i pojechałem dalej. Na jednym z tych długich podjazdów, wziąłem bidon do ręki ale zacząłem jechać po dość sporych nierównościach także nie dało się trzymać kierownicy jedną ręką, włożyłem bidon do ust i złapałem obiema rękami kierę, niestety bidon mi wypadł, musiałem się zatrzymać i cofnąć. Picie na trasie jest bardzo ważne. Wyprzedziło mnie w tym momencie czterech zawodników, ja wiedziałem że spokojnie ich dojdę i jeszcze wyprzedzę, tylko będzie potrzeba trochę czasu. Wróciłem po bidon, spokojnie się napiłem i w drogę. Po upływie niespełna ok. minuty już prowadziłem peleton zostawiając ich daleko w tyle. Na dystansie 60 km zaliczyłem dwa upadki i to na piasku, także miałem miękkie lądowanie. Upadki zaliczałem przy zakrętach za bardzo mnie poniosło, chciałem szybko pokonać przeszkodę niestety moje oponki dobrze na zakrętach się nie zachowują, muszę pomyśleć nad zmianą. Przy ok. 10 km do zakończenia pierwszej pętli dogoniłem zawodnika z klubu „Naftokor” jechaliśmy razem do połowy drugiej pętli. Przy końcówce pierwszej pętli złapał mnie straszny katar, bałem się ze mogę stracić przy tym zbyt dużo sił że mogę złapać jakiś kryzys, tak też było. Strach został uzasadniony. Nie dałem rady pociągnąć do końca maratonu za zawodnikiem z Naftokoru, odpuściłem w połowie drugiej pętli czyli 15 km do mety. Na pierwszym podjeździe spotkałem ponownie Jacka, widziałem że też zaczyna brakować mu sił, więc nie byłem sam. Chciałem za wszelką cenę trzymać się ogona zawodnikowi z Naftokoru, powiedzieliśmy sobie cześć i pojechałem dalej.

Gdy nadeszła kolej na moją zmianę to była już udręka, nie dosyć ze zmagałem się z silnym i coraz większym katarem to musiałem narzucić tempo jazdy, no cóż udawało mi się jechać na szutrze 32 km/h dobrze trzymałem się piachów, ale nagle ukazał się ten wielki podjazd. Nie  było osób blokujących, byliśmy sami, próbowałem wszystkich sił, ale w pewnym momencie stanąłem, nogi jak z żelaza, za duże zmęczenia, totalny brak sił, czułem jak mi serce wali jak by miało wyskoczyć i na dodatek jeszcze ten katar. Wiedziałem że to już koniec, dalej nie dam rady takim tempem jechać. Wyprzedził mnie i zaczął podbiegać z rowerem ja tuż za nim, nogi bolały jak cholera. Zacisnąłem zęby i byłem tuż za nim, ale gdy wsiadł narzucił takie tempo że odpadłem.

Mimo że miałem kryzys, ledwo co jechałem nikt mnie nie zdołał wyprzedził, oglądałem się co chwilę do tyłu, bałem się ze zaczną mnie wyprzedzać, ale mimo to, to ja kilku zawodników jeszcze zacząłem wyprzedzać. Toczyłem nawet ostry bój z zawodnikiem z klubu Trek. Dogoniłem i jechałem mu na ogonie, po jakimś czasie wyprzedziłem zostawiając daleko z tyłu, ale radość nie trwała zbyt długo, wziął żel i przywróciło mu to sił, wyprzedził mnie jak błyskawica, dogonił jeszcze kolegę z Naftokoru i przyjechał na metę przed nim. Mój błąd jest taki że jestem przeciwny jakim kolwiek żelom i innym wspomagaczom nie stosuje ich, jak dojść do formy to tylko ciężką pracą i treningom, chociaż żel to tylko mega strzał węglowodanowy niby, sam już nie wiem, może rzeczywiście robię błąd nie stosując tego?DSCF9407

Na 50 km dogoniłem jeszcze Tomka Lipińskiego z klubu Piast Słupsk co mnie zdziwiło, ale trochę przeszarżował i stracił później siły, wyprzedziłem go i jechał mi na ogonie. Powiedział tylko ze tym razem ja wygram, nie wierzyłem w to za bardzo. Próbowałem jeszcze gonić jednego zawodnika który jechał przed nami, na jednym z technicznych zjazdów wysypał się, zaliczył dość nieprzyjemny upadek, szybko się pozbierał. Gdy już dojeżdżaliśmy do mety trasa się wypłaszczyła, przycisnąłem dość ostro tyle ile mi zostało sił. Udało mi się przyjechać przed Tomkiem z przewagą 7 sek. ledwo co żyłem. Na żadnym z Maratonów nie byłem jeszcze tak wykończony, potrzebowałem kilkunastu sek. żeby dojść do siebie. Po maratonie czekał dla chętnych masaż oraz ciepły regeneracyjny posiłek

Mimo że dostałem kryzys podczas Maratonu dojechałem do mety na 15 miejscu, nie jest tak źle choć była szansa powalczyć o dużo lepsza lokatę gdyby nie ten katar, ale z tym ciężko wygrać.

Plusy:

Plusem zawodów na pewno jest trasa która była bardzo ciężka, wymagająca oraz techniczna.

Ciężkie podjazdy oraz techniczne zjazdy dawały ostro w kość.

Minusy:

Niestety do minusów muszę przypisać organizacji, jeszcze w żadnych zawodach nie widziałem tak kiepskiej oprawy.

Już przy zapisach trzeba było chodzić do trzech różnych okienek przy tym samym stoisku, zamiast od razu wydać wszystko.

Po drugie mimo ze zapisywałem się przez net i przy rejestracji wypełniłem kartę zgłoszeniową w wynikach oficjalnych wpisali mi zły klub.

A po trzecie brak Toi-Toi na takiej imprezie masowej to już trochę przesada.

tekst: Pioter 1981

Posted in Maratony | Leave a comment

Skandia Maraton Lang Team 2010

V Edycja Sopot – 27.06.2010

więcej na stronie organizatora

Posted in Maratony | Leave a comment

Maraton Skandia w Sopocie

Dziś odbywały się zawody pt. Skandia Maraton Lang Team, była to już V Edycja z VIII zaplanowanych. Tym razem odbyły się w Sopocie padł również rekord frekwencji wszystkich dotychczas odbytych edycji. Na start stawiło się ponad 1300 zawodników oraz zawodniczek.

Trasa została wyznaczona przez miejscowych zawodników startujących regularnie w zawodach MTB. Wymagała dobrego przygotowania fizycznego pod względem kondycyjnym ale również nie brakowało technicznych zjazdów.

Dzień nie zaczął się dobrze dla mnie, mimo bólu głowy postanowiłem wziąć tabletki przeciwbólowe i pojechać.

Część trasy maratonu znaliśmy z zwodów takich jak Family Cup oraz Bike Tour, były dość ostre podjazdy. Na początek czekał na nas podjazd pod Łysą Górę który dobrze pamiętaliśmy z ubiegłorocznej Edycji Family Cup. Stawka zaczęła się rozciągać, ale nie było to dość mocne tępo ponieważ tłumy zawodników blokujących uniemożliwiało wyprzedzanie. Próbowałem trzymać się na kole jednego z zawodników KSR, po odbiciu w lewo udało się wyprzedzić. Następnie bardziej stroma mała góreczka gdzie zdecydowałem wrzucić młynek, kilka razy podrzuciło mi przednie koło w górę, ale udało się podjechać. Widziałem kilku zawodników z Piast Słupsk koło siebie. Następnie dość mocno techniczny zjazd w tłumie ograniczał widoczność jadąc po różnych nierównościach oraz korzeniach.

Jechałem dość ostrożnie tym bardziej ze nie czułem się zbytnio na siłach, można powiedzieć że już od samego początku wiedziałem że nie zdobędę dobrego miejsca chociażby takiego jak w Olsztynie. W okolicach Oliwy był również piękny podjazd pod Pachołek, dobrze znałem ten podjazd ale nic dobrego nie mogłem zrobić, ciągle byłem blokowany. Jeśli się już rozpędziłem zajeżdżali mi drogę, na zjazdach nie ryzykowałem wyprzedzaniem, znałem te zjazdy z treningów i są zdradliwe, dość suchy piasek mógł spowodować niebezpieczny poślizg. Po jakimś czasie dogoniłem następnego kolegę z klubu ale z niebieskim numerkiem czyli z dystansu Medio. Próbowałem trzymać się na kole, gdy podjeżdżaliśmy pod jeden z ostrzejszych podjazdów znanych z Bike Tour. Dużo osób poschodziło z rowerów i zaczęło prowadzić. Wrzuciłem na młynek, jechaliśmy ok. 5 km/h byle by do przodu i nie schodzić z roweru, krzyczałem tylko ile siły miałem LEWA, lub UWAGA, usłyszałem tylko cyct. „sam uważaj my spokojnie prowadzimy” zostawiłem to bez komentarza, co niektórzy powinni poczytać sobie przed startem regulamin jak należy się zachowywać.

Mi udało się podjechać do samego końca bez schodzenia z rumaka, kolega poślizgnął się już na samej końcówce podjazdu na jednym z korzeni po czym oponka zawirowała uniemożliwiając dalszą jazdę, usłyszałem tylko cholera.

Trasa była dość górzysta i ciężka, bardzo wąskie ścieżki które uniemożliwiały wyprzedzanie. Goniło się zyskując cenne sekundy po to by później stracić w lecząc się w korku z prędkością 15 km/h, ani z prawej ani z lewej nie można było wyprzedzić. Jadąc w takich korkach najwięcej sił traciłem. Uważam że 5 min przerwa między dystansem Medio a Mini jest to zbyt mały odstęp czasowy. Peleton nie zdążył się rozciągnąć gdy zaczęliśmy już doganiać. Zdarzały się dość niebezpieczne upadki, sam miałem na pewnym odcinku problem z opanowaniem rumaka. Gdy zjeżdżałem asfaltem ok. 50 km/h po pewnym czasie wjeżdżało się na szuter, znalazł się dość grząski piasek którego nie zauważyłem oraz kilka dość niebezpiecznych dziur. Zarzuciło mnie kilka razy w prawo i lewo lecz obyło się bez upadku na szczęście. Następnie podjazd pod który to co nadgoniłem na zjeździe straciłem na podjeździe gdyż dogoniłem dość liczny peleton jadący w korku z prędkością 10 km/h.

Nie można było wyprzedzić ponieważ dość wąska ścieżka to uniemożliwiała. Po prawej stronie dość głębokie błotko w stylu bagna uniemożliwiało ten sprytny manewr.

Udało się wyprzedzić dopiero gdy podjazd stopniowo się nachylała i rozszerzał. Niektórzy z zawodników ostro hamowali na zjazdach. Sam wjechałem prawie w jednego z zawodników gdy na zjeździe znanego z Bike Toura przy ul. Abrahama nagle dał po hamulcach z niewiadomego powodu, ostro odbiłem w lewo ocierając jedynie o oponę. To był odcinek jeden z nielicznych gdzie można było dość sporą grupkę zawodników wyprzedzić.

Przy okolicach 10 Km do mety dostałem kryzys, opuściły mnie siły, czekałem tylko kiedy się ten maraton zakończy, na podjeździe wyprzedziłem jeszcze 3 zawodników jadących na dystans Medio. Po jakieś chwili gdy do mety były już tylko 5 KM dogonił mnie Sławek z Piast Słupsk oraz zawodnik który przyjechał do Trójmiasta z Olsztyna by wziąć udział w Maratonie, teraz jechaliśmy tak w trójkę. Sławek powiedział do mnie żebym cisnął bo już prawie meta, ale ja nie miałem siły.

Tak zmienialiśmy się co jakiś czas raz ja pierwszy raz Sławek. Gdy dojeżdżaliśmy już do mety chciałem ostro przycisnąć, zmieniłem bieg na twardszy, ale czułem że w tym dniu odpadnę. Nie byłem w dyspozycji. Na ostatnich metrach odpuściłem i jechałem jako trzeci z naszego peletonu. Pod koniec udało mi się trochę przycisnąć i dojechałem jako drugi z przewagą 2 sek. nad Sławkiem z klubu Piast Słupsk ale ze stratą 3 sek nad kolegą z Olsztyna.

Gdy przejechaliśmy linię mety podziękowaliśmy sobie za rywalizację podając rękę.

W końcowej klasyfikacji Open zająłem 56 miejsce na 408 startujących, w kat M2 – 19 miejsce.

Podsumowanie:

Plusy:

Trasa bardzo fajna, Interwałowa, dość sporo ostrych podjazdów słynących z zawodów XC jak i technicznych niebezpiecznych zjazdów, takich Maratonów oby jak najwięcej bo ich brakuję, byłem mile zaskoczony urozmaiceniem trasy.

Minusy:

Jeśli się do czegoś można przyczepić to jedynie czas pomiędzy dystansem mini a medio jest zbyt krótki, powinien wynosić co najmniej 15 min przestoju, bo 5 min to zbyt mało, za szybko zaczęliśmy doganiać peleton który jeszcze nie zdążył się rozciągnąć.

tekst: Piotr1981

Posted in Maratony | Leave a comment

Maraton Bażantarnia XC

Dzisiaj odbywały się zawody pt. „Bażanternia XC 2010”, już od dłuższego czasu zastanawiałem się czy nie wziąć w nich udziału. Wiedziałem że są to najtrudniejsze zawody na Pomorzu więc nie będzie łatwo. Ostatecznie zdecydowałem się że pojadę.

Na starcie w kat. Elita stanęło 17 osób. Ja ustawiłem się w ostatnim rzędzie żeby nie blokować drogi lepszym zawodnikom.

Nagle rozległ się głośny huk z pistoletu, wiadomo było że nastąpił start.

Na początek czekał na nas dość stromy podjazd, zacząłem ostro jechać do przodu wyprzedzając przy tym dość dobrych zawodników. Niestety moje zawody nie zaczęły się dość dobrze już od samego początku gdyż zostałem przyblokowany przez jednego z zawodników już na połowie podjazdu, zjechał mi prosto na koło szorując przy tym tak że musiałem się zatrzymać blokując przy tym innych. Byliśmy zmuszeni zejść z roweru oraz pokonanie podjazdu z buta. W tej chwili z dość dobrej przewagi jaką uzyskałem spadłem na przedostatnie miejsce. Gdy byliśmy już prawie na końcu wsiadłem na rower i próbowałem gonić peleton, ale bez skutecznie. Następnie czekał na nas dość ostry, bardzo techniczny zjazd, coś w stylu single-track, szybki z bardzo wąską ścieżką, puściłem klamki i zacząłem ostro zjeżdżać w dół, nagle ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się wyrwa w ziemi, nie mogłem nic zrobić, trzymałem kiere z całych sił, sam nie wiem jak uniknąłem upadku jadąc na tzw. sztywniaku. Zarzuciło mną w prawo i w lewo ale udało się opanować rumaka, przez chwile zacząłem jechać na przednim kole, ale gdy kierownice skręciłem w prawo pozycja ustabilizowała się, jedno szczęście. Nagle ostry zakręt o 180 stopni w prawo, nie wyrobiłem zakrętu, poleciałem w krzaki, wiedziałem że nie jadę ostatni, spojrzałem do tyłu czy przeciwnik jest daleko za mną czy nie, ale nie było widać. Wziąłem rower, wpiąłem się w pedały i pojechałem dalej. Po jakimś czasie ostry podjazd, podjechałem do połowy, dalej nawet nie zamierzałem próbować, gdyż wiedziałem że nie miało to sensu. Zsiadłem z rumaka i zacząłem biec z rowerem. Na szczycie wsiadłem i odjechałem. Po chwili następny zjazd oraz ostry zakręt, ponownie ląduje w krzaczorach. Od tej chwili rozmyślam o rezygnacji z zawodów, ale szybko się zbieram i jadę ile mam tylko sił by dogonić peleton. Ciężkie to zadanie w zawodach XC prawie niewykonalne. Gdyby to był maraton to jeszcze jest to możliwe. Nagle następny zjazd, taśma oznakowana punkt krytyczny, a była nią skarpa, ten kto by w nią wjechał, leciał by solidnie na dół, śmierć w oczach, szkoda roweru.

Na pierwszym oznakowanym skręcie w prawo o 180 stopni, rozpędziłem się i pojechałem na dół, przez jakieś pole jechałem , nagle płyty betonowe i asfalt. Po jakieś chwili jadąc z prędkością ok. 40 km/h na asfalcie znalazłem się na drodze podporządkowanej, stwierdziłem ze coś jest nie tak. Zawracam, problem był tylko znaleźć miejsce gdzie się zgubiłem, straciłem ok. 7 minut, już było jasne że nie zajmę dobrego miejsca, musiałem pokonać szutrowy podjazd, podjechać pod górkę. Zobaczyłem harcerzyków pokazujących drogę, zapytałem którędy i pojechałem, teraz już wiedziałem że nie mam szans nikogo już dogonić, ale nie o to chodziło, strasznie się bałem że na którymś ze zjazdów się wywinę, a jadąc takimi prędkościami nie było by zbyt miłe doznać kontuzji lub uszkodzić rower. Postanowiłem dojechać do końca pierwszego okrążenia i zrezygnować z dalszej rywalizacji.

Następna droga którą pogubiłem się była niedaleko mety, okolice płyt betonowych.

Na rozwidleniu pojechałem w lewo zamiast w prawo, harcerzyk stał jak kamień, powiedział dopiero gdy skręciłem nie pod ten adres co trzeba. Skąd oni ich wytrzasnęli, totalna porażka. Tuż przy mecie czekał jeszcze podjazd składający się z tzw. kocich łbów, dawał ostro w kość. Na spokojnie wrzuciłem młynek nie spiesząc się gdyż to były moje ostatnie metry.

Następnie zjazd. Na początku zawodów był dość groźny wypadek. Karetka musiała interweniować gdyż jedna z dziewczyn się wywróciła dość pechowo, obawiałem się tego również po sobie jadąc na sztywnym amortyzatorze, ale okazało się ze to był jeden z bardziej lajtowych zjazdów.

Stwierdziłem że to nie są zawody na moje możliwości, tym bardziej że zależy mi na skandii która jest za tydzień i nie chciał bym do tego czasu złapać jakieś kontuzji.

Najcięższy zjazd był tuż na początku z dość sporą wyrwą. Tego się obawiałem, ile razy mogę dać radę opanować a raz nie opanuje i kontuzja gotowa jak na zawołanie, tak jak by ktoś włączył odliczenie. Może jak nabiorę trochę więcej doświadczenia to zdecyduję się pojechać, ale teraz już wiem dlaczego są to najtrudniejsze zawody na Pomorzu.

Mimo rezygnacji z zawodów nie żałuję że pojechałem.

Nauczyłem się czegoś i teraz muszę wyciągnąć odpowiednie wnioski a to przed skandią bardzo się przyda.

Sześć osób w kat. Elita zrezygnowało z dalszej rywalizacji co świadczy o trudności oraz poziomie trasy.

Plusy:

Bardzo urozmaicona Trasa, bardzo techniczna.

Minusy:

Organizacja, oznakowanie bardzo kiepskie, harcerze późno reagowali o ile byli na miejscu.

Sporo osób pomyliło Trasę.

Brak jakiej kolwiek sygnalizacji co do ostatniego okrążenia.

tekst: „Pioter 1981”

Czas jazdy 23 min

3,8 km

Posted in Maratony | Leave a comment

Maraton Skandia Olsztyn

Na następny dzień po zawodach „Family Cup” nadszedł czas na IV Edycję Skandi która odbywała się tym razem w Olsztynie. Na miejsce zbiórki pojechaliśmy w sześcioosobowym składzie, trzy osoby z klubu Piast Słupsk oraz dwie z Baszty Bytów.

Pogoda niezbyt dopisywała optymistycznie, było pochmurnie wietrznie oraz zanosiło się że lada moment może spaść deszcz. Gdy dojechaliśmy na miejsce przywitał nas silnie wiejący wiatr. Na zawodach postanowiłem jechać na tzw. letniaka, przyzwyczajając się do takiej aury pogodowej która panowała na większości zawodach odbywających się w tym roku wykluczając jedynie Bytów.

Na miejscu byliśmy trochę wcześniej, mieliśmy 1,5h do startu, więc spokojnie się zarejestrowaliśmy w biurze zawodów, dokonaliśmy wpłaty wpisowego, która na dystans mini wynosiła 40 zł. Po dokonaniu rejestracji był czas żeby się rozejrzeć co gdzie jest, umieścić numer startowy na rumaku oraz koszulce. Każdy dystans miał inny kolor.

Mieliśmy również dość sporo czasu aby spokojnie coś zjeść przed maratonem.

Startując na dystansie mini dostałem numer koloru czerwonego. Po raz pierwszy na zawodach zdecydowałem się na dystans mini, ponieważ chciałem się sprawdzić na jakiej pozycji zdołam się uplasować oraz zbadać poziom zawodów. Dystans krótszy od poprzednich w których brałem udział ale to nie oznacza że będzie łatwiej w walce o dobrą pozycje. Osoby które startowały po raz pierwszy na zawodach zostały rozmieszczone w ostatnich sektorach. Ponieważ startowałem po raz pierwszy na dystansie mini startowałem z około 260 miejsca, jako jeden z ostatnich, również z ostatniego sektora.

Doszedłem do wniosku jak zaplanuje się start na dystansie mini już na pierwszej edycji to najlepiej ciągnąć taki dystans do końca wszystkich edycji, ponieważ startuje się z coraz lepszych sektorów, zachowując przy tym oczywiście swój poprzedni nr startowy. Mój błąd był taki ze w poprzednich edycjach pojechałem na dystans tzw. królewski jakim jest „Grand Fondo”. Zarejestrowałem się jako nowy uczestnik.DSCF8870

Ze względu że zawody odbywały się tuż przy lotnisku towarzyszyły nam również akrobacje samolotowe, bardzo fajnie się wpatrywało co potrafią zrobić doświadczeni piloci z samolotem.

Start miał nastąpić o godz. 11:00, w mojej grupie nie widziałem żadnego zawodnika z klubów, był jedynie junior z klubu Trek. Już przed startem organizator próbował nas rozgrzać gorącymi brawami oraz muzyką. Gdy nasza grupa ruszyła była godz. ok. 11:10

Na starcie miałem już ciężkie zadanie gdyż musiałem gonić wszystkich. Zawodnik z Treka ruszył jak błyskawica, usiadłem mu chwilę na kole ale szybko zgubiłem w dość licznym tłumie. Start był dość ciężki ponieważ trzeba było jechać na dość sporym trawiastym odcinku zmagając się z coraz silniej wiejącym wiatrem, kłopot się skończył gdy wjechaliśmy prosto do lasu, lecz gdy jeden kłopot się skończył zaczął się inny. Gdy wystartowałem nie próbowałem dawać z siebie wszystkiego tuż na początku zawodów jak to miało miejsce na poprzednich maratonach. Miejscami nie było nawet jak wyprzedzać, jedni blokowali drugich.

Dość spora ilość błota i kałuż które były rozmieszczone na całej długości drogi uniemożliwiała manewr wyprzedzania. Po kilku minutach od startu zaczęliśmy wyprzedzać pierwsze osoby z dystansu MEGA. Czasami trzeba było wjechać na prawą lub lewą stronę jadąc wąską ścieżką, bardzo wolno w peletonie miejscami 10 km/h

Trzeba było jak najszybciej wyprzedzić takich maruderów.9839878

Z wykresu przewyższeń wynikało, że trasa będzie bardzo wypłaszczona, ale w praktyce było zupełnie inaczej co mnie ucieszyło. Dość sporych kilka podjazdów dało przewagę spowalniając słabszych zawodników oraz umożliwiając szybkie wyprzedzanie. Dzięki licznym podjazdom wyprzedzałem coraz liczniejsze peletony. Gdy jechałem ok. 30 km/h na jednym z większych kałuż jadąc środkiem po błocie opona tak niefortunnie ześlizgnęła się że nie udało mi się opanować roweru, szybko wypinając się z pedałów zeskoczyłem z roweru który zanurkował w błotnistej kałuży. Widziałem jak jadą za mną zawodnicy więc wziąłem rower pobiegłem kawałek z nim żeby nie zwalniać peletonu po czym wskoczyłem i odjechałem. Okazało się że na tej trasie to była moja jedyna wywrotka.

Jeśli chodzi o rozwidlenie dróg dystansu Mini, Grand, oznakowane było w ostatnim momencie tuż na skrzyżowaniu a nie tak jak powinno być przed żeby ostrzec. Gdy jechałem już chciałem się rozpędzić ponieważ prosto jadąc ukazał się moim oczom dość ciężki piaszczysty podjazd, jadący tuż za mną zawodnik krzyknął do sędziego czy w prawo na mini, powiedział że tak, trochę mnie to zaskoczyło, nacisnąłem dość mocno przedni hamulec żeby zwolnić i pokonać zakręt ok. 180 stopni, kładąc się prawie na ziemi, trochę zarzuciło mną ale udało się. Zrównałem się z zawodnikiem powiedziałem ze o mały włos bym przejechał prosto, odpowiedział że również, dobrze ze zapytał, ale z tego co dowiedziałem się po maratonie dość sporo ludzi pomyliła trasę jadąc właśnie prosto. Oznakowanie powinno być dużo wcześniej a nie w ostatniej chwili.

Jechaliśmy dość mocno piaszczystym zjazdem gdzie rower rzucało jak na żużlu, raz w prawo raz w lewo, trzeba było trzymać kiere bardzo mocno żeby nie stracić panowania, a oto było nie trudno, następnie dość mocny kamienisty podjazd. Nie stanowiło zagrożenia, pokonałem na twardym przełożeniu. Po jakiś kilku min. doganiam następny peleton z dystansu Mega, dużo osób zsiada z rowerów ponieważ zatrzymał ich dość stromy piaszczysty podjazd, po prawej stronie widziałem domki jednorodzinne, mieszkańcy kibicowali zawodnikom mówiąc jak najlepiej ominąć piaszczyste przeszkody. Ja ominąłem bez problemu jadąc lewą stroną po trawie gdzie była niewielka ilość piachów, ale po kilku metrach przyjemność się skończyła. Zaczęły się schody w postaci dość stromego podjazdu oraz sporej ilości piachów. Podjeżdżając krzyczałem tylko uwaga!!!, kilku zawodników zablokowało mnie.9842294

Jadąc na twardym przełożeniu wysunąłem się jak tylko mogłem, naciskając pedałami ile tylko miałem sił żeby tylko się nie zatrzymywać, omijając zawodników blokujących tuż przy skarpie, ledwo ledwo jeszcze trochę i bym nie podjechał, ale udało się.

Gdy zostało ok. 5 KM do mety w zasięgu wzroku dostrzegłem pięciu – osobowy peleton, od tego momentu zaczęła się wielka gonitwa, niestety niezbyt skuteczna. Widziałem że doganiam ale bardzo ślamazarnym tempem, raz się zbliżają a raz znowu odchodzą, są bardzo daleko. Gdy wjechaliśmy na asfalt moje tempo znacznie wzrosło jadę z prędkością 40 km/h pod silnie wiejący wiatr, lecz kilka górek zwalnia mnie do ok. 30 km/h mimo tego uzyskałem przewagę, są coraz bliżej, na podjazdach widzę że ustają, ja próbuje jechać na jak najtwardszych przełożeniach uzyskując drobną przewagę, czasem podjazdy pokonywałem na stojąco czując bul w nogach.

Gdy wjechaliśmy do lasu po jakimś czasie widzę że jedna osoba odpada z peletonu ponieważ nie dała rady utrzymać tak wysokiego tempa. W peletonie był min. junior z klubu TREK, w oddali wydawało mi się że widziałem czerwoną koszulkę, ale podczas wysiłku różne rzeczy można zobaczyć. Po jakimś czasie udało mi się w końcu ich dogonić było ich czterech, jakiś czas jechałem tuż za nimi w końcu postanowiłem wyprzedzić i pojechać własnym tempem, tak też zrobiłem. Wyprzedzając oddaliłem się od peletonu ale jak się okazało tylko przez krótką chwile, po jakimś czasie doganiają mnie i wyprzedzają. Trzymam się na kole kilka minut po czym znowu wyprzedzam, tym razem na dobre, peleton zostawiam daleko z tyłu, już mnie do końca zawodów nie dogonili, mimo że widziałem jak próbują.

Po krótkiej chwili gdy udało mi się ponownie grupkę zawodników wyprzedzić czekało na nas kilka dość ostrych błotnistych zjazdów z kałużami na długości całej drogi, przejechałem na pół blacie, rower wpadał po ośkę topiąc się w błotnistych kałużach.

Wiedziałem że już nic nie może się złego stać, ale trzeba było uważać, w oddali widziałem zawodnika z KSR gdy dojeżdżałem do mety. Było to już na trawiastym odcinku, nie miałem nic do stracenia. Wrzuciłem najcięższy z możliwych przerzutek tzw. blat próbowałem jechać jak szybko tylko mogłem, był dość daleko a ja nie widziałem linii mety, wiedziałem jedynie że jest dość blisko, bardzo blisko. Walcząc lep w lep z bardziej doświadczonym zawodnikiem mogłem nie sprostać zadaniu, ale musiałem spróbować. Gdy udało się wyprzedzić i odejść na długość roweru, po wyrazie twarzy widziałem zdziwienie. Zbliżając się wielkimi krokami do linii mety było dość sporo niebezpiecznych zakrętów gdzie trzeba było zwolnić, gdy udało mi się odejść, ponownie mnie wyprzedził, słyszałem jedynie zmianę przełożenia i przyspieszenie. Jechałem tuż za nim, odszedł mi na długość ok. metra. Byłem bliski rezygnacji z walki ale gdy zobaczyłem linie mety nastąpił przełom. Zacząłem dociskać pedały z całej siły zaciskając zęby ile mi tylko zostało jadąc na blacie, zawodnik z KSR nie daje za wygraną również stara się jak może, z tym że role teraz się odwróciły z korzyścią dla mnie, nie spodziewał się gwałtownego ataku. W końcu przejechałem linie mety z przewagą pół koła. Z takim samym czasem, wyprzedzając zawodnika z KSR Kościerzyna o kilka setnych sekundy. Gdy przejechaliśmy linię mety pogratulowaliśmy sobie za wspaniałą walkę, spotkałem również Mariusza z KSR.

Gdy przejechałem linie mety po kilku minutach organizatorzy zaczęli mieć problem z prądem ponieważ na linii spadła meta, zawodnicy dojeżdżający mieli problem żeby przejechać.

Organizatorzy powinni szybciej zareagować, wydawało się że podeszli tak od niechcenia.

Jeden z zawodników mówił dwa razy że są trudności i żeby coś z tym zrobili zanim zareagowali.

Po zawodach nadszedł czas żeby umyć rower póki jeszcze nie było dużej kolejki.

Jako posiłek regeneracyjny było do wyboru albo karkówka lub kiełbaska z grila.

Okazało się że startując na dystansie mini wystartowało 304 zawodników, to dość niezła grupa a startując z ostatniego sektora miałem dość spore problemy z wyprzedzaniem, mimo to w Open zająłem „35 miejsce” a w kategorii „M2” – 10 na 52 zawodników, start na dystansie mini uważam za udany.

W tej Edycji padł rekord frekwencji, wystartowało ponad 1000 zawodników i zawodniczek.

tekst: Pioter 1981

zdjęcia Zibka

Posted in Maratony | Leave a comment

Mistrzostwa Polski „Family Cup”

 

Dzisiaj miały odbyć się zawody pt. „Family Cup” są to typowe Mistrzostwa Polski dla Amatorów w zawodach XC, nie mogą w nim brać udziału zawodnicy z licencją. Mogą jechać ale poza konkurencją, co nie oznacza że będzie łatwiej. Na starcie była dość mała garstka zawodników w porównaniu do ubiegłego roku co zadziwiło organizatorów. Na starcie stawiło się ok. 80 zawodników oraz zawodniczek. W pierwszej kolejności puszczane były kategorie od najmłodszych lat, gdy przejechał ostatni zawodnik linie mety startowała następna kategoria. Orlicy i Elita startowali na samym końcu gdyż mieli do pokonania aż 5 pętli o długości 4200 metrów. Trasa ogólnie nie była trudna w porównaniu do ubiegłorocznej.DSCF8807

Na początek była dość spora góreczka więc peleton się szybko rozciągnął, na pewnym odcinku czekał na nas dość szybki singelek z elementami błota, trzeba było uważać żeby nie wypaść z trasy gdyż można było spaść ze skarpy. Jadąc z prędkością 32 km/h kilka razy rzuciło mną, ale opanowałem rower. Na trasie był jeden dość spory podjazd który tak naprawdę wykończył mnie. Był to podjazd na Łysą Górę tylko że z drugiej strony.

Można było pokonać go na pół blacie, trzeba było uważać na korzenie. Jechać tak żeby opona nie zawirowała. Ja zrobiłem taki błąd pod koniec czwartego okrążenia, gdy goniłem kolegę jadąc na twardym przełożeniu ok. 10 km/h pod koniec podjazdu oponka zawirowała a gdy wypiąłem się z pedałów, zawirowała ponownie tak że pedał uderzył mnie niefortunnie w łydkę że momentalnie poczułem jak mnie łapie skurcz. DSCF8809Zszedłem z roweru i zacząłem prowadzić pod górkę, ale i tu miałem problem ponieważ błąd popełniłem na najbardziej stromym elemencie, i zejście wymagało techniki żeby nie przewrócić się. Następnie objazd wzdłuż Łysej gdzie czekał mały szybki podjazd, spokojnie na blacie można było, no i w końcu wymarzony zjazd, czyli trochę relaksu. Prędkość też nie mała, ale popełniłem tutaj również przy pierwszych dwóch okrążeniach dwa niemal identyczne błędy, gdyż pod koniec zjazdu był zakręt o 180 stopni w prawo i mały podjazd z korzeniami, jechałem na blacie rozpędzając się, nie było oznakowania że taki coś będzie miało miejsce, gdy się zorientowałem że trasa dalej prosto jest zamknięta było już za późno na redukcje biegu i ponownie zostałem zmuszony do zejścia z roweru i podprowadzenie, w tym momencie straciłem bardzo dużo czasu, gdyż taki błąd popełniłem przy dwóch pierwszych okrążeniach, na następnych byłem już przygotowany na taki zbieg okoliczności.

Na metę dojechałem jako trzynasty i jestem zadowolony z wyniku.

Nie zostałem zdublowany a to jest najważniejsze, pokonałem pięć okrążeń tyle ile miałem zrobiłem. Te zawody traktowałem bardziej jako trening przed Skandią która ma się odbyć dzień później w Olsztynie, niż jaką kolwiek rywalizacje, jechałem tak aby się nie przemęczać, gdzieś na 70% moich możliwości, stąd może taki wynik, ale nie jest tak źle. Nie przyjechałem ostatni kilka osób udało mi się wyprzedzić więc nie mam powodu do narzekań, o prawdziwym pechu może mówić Max, jak go mijałem majstrował coś przy rowerze okazało się ze łańcuch się zaklinował, stracił na naprawie 9 min ostatecznie przyjechał na 15 pozycji.DSCF8815

Plusy:

*Na koniec zawodów odbyło się losowanie nagród dla wszystkich uczestników zawodów.

*Organizacja lepsza w porównaniu do ubiegłego roku, widać postępy.

*Zabezpieczenie trasy, gdy ktoś nie upoważniony wchodził na trasę automatycznie został wyrzucany przez organizatorów, zaszła sytuacja gdzie weszła pani z wózkiem mimo oznakowanej trasy taśmami, ale szybko została usunięta przez jednego z organizatorów który zabezpieczał trasę.

Miłą atmosfera oraz wysoki poziom zawodów.DSCF8823

Minusy:

Oznakowanie trasy, gdy startowała kategoria kobieca końcowy zjazd nie został zamknięty taśmą i kilka osób źle pojechało, ale organizatorzy szybko zareagowali i zamknęli trasę taśmą.

Na zjazdach można było by ostre zakręty oznaczyć strzałkami dodatkowo, ten kto nie znał trasy mógł się naciąć kilka razy.

IMPREZA bardzo udana, miejmy nadzieje że będzie startowała coraz większa rzesza oraz miłośników kolarstwa górskiego, do zobaczenia za rok.

tekst: Pioter 1981

Posted in Maratony | Leave a comment

III Bytowski Maraton Rodzinny

Obraz 008Dzisiaj miał odbyć się „III Bytowski Maraton Rodzinny”, który organizował taki znany klub jakim jest: „Baszta Bytów”. Nazwa sama w sobie budzi grozę, wiedziałem o tym że Baszta ma bardzo silnych Juniorów obserwując wyniki z ubiegłych lat. W Bytowie startowałem po raz pierwszy, nie znając terenu, ale z relacji znajomych którzy mieli już doświadczenie w ubiegłorocznych startach stwierdzili że teren jest bardzo podobny do Maratonu Wejherowskiego, mniej tylko piasków. W tym roku było błoto jeśli chodzi o maraton który odbył się w Wejherowie. Nie miałem okazji doświadczyć jak wygląda Wejherowski teren podczas suszy.Obraz 010

Pogoda nas nie rozpieszczała, gdy przyjechaliśmy na miejsce, na termometrze było 31 kresek na plusie, upał. Po raz pierwszy w tym roku miałem okazje jechać w takim upale, jeszcze niestety nie jestem przyzwyczajony do takich temperatur. Zdecydowanie wolałem pogodę z Wejherowa.

Start Maratonu zaplanowany był na godzinę 12:00

Przed startem zrobiliśmy małą rozgrzewkę po wyznaczonej trasie, przynajmniej końcówce.

Do wyboru były trzy dystanse: Mini(7 km), Hobby(30 km) oraz Mega(60 km).

Ja postanowiłem pojechać na dystans Hobby, mimo próby namówienia mnie przez znajomych do zmiany dystansu trzymałem się Obraz 053uparcie tego do końca. Gdy miał nastąpić start uczestnicy dystansu Mega rozstawieni byli na przedzie peletonu, tuż za nimi dystans hobby a zupełnie na końcu mini. Ja z Tomkiem oraz kilkoma innymi zawodnikami z Piastu ustawiliśmy się w pierwszej kolumnie dystansu Hobby, dzięki temu mieliśmy doskonałą pozycję wyjściową, przynajmniej teoretycznie. Gdy nastąpił Start peletonu słychać był tylko trzask wpinanych SPD w pedały. Na początku trzeba było przejechać po kilku przeszkodach.Obraz 062

Już na początek czekała na nas kilku kilometrowa przygoda asfaltowa gdzie prędkość sięgała nawet do 50 km/h identycznie jak w Wejherowie. Próbowałem wywalczyć sobie dobrą pozycję, ale już na początku zacząłem mieć małe dolegliwości, kłucie w okolicach żeber, ale nie zwalniałem, jechałem równym tempem trzymając się ogona zawodników z Piastu.

Po jakimś czasie do czołówki zaczęli się przebijać Juniorzy z Baszty Bytów, jadąc 47 km/h zaczęli nas wyprzedzać, niesamowite ile te chłopaki mają siły.

Gdy asfalt się skończył nastąpił ostry skręt w prawo o 180 stopni gdzie trzeba było uważać żeby nie stracić panowania nad rowerem gdyż droga była rozsypana dość sporą ilością kamieni, kiedy się wjeżdżało rower zaczęło rzucać i można było wpaść na pobocze.

Mi udało się gładko pokonać tą przeszkodę, ale tępo nadal bardzo mocne.

Baszta Bytów coraz mocniej zaczyna uciekać do przodu.

Ja nie mam szans z takimi klubowiczami nawet powalczyć, ale mimo tego starałem się.

Na trasie miałem mały problem z wodopojem ponieważ gdy wychodziłem szybko z domu uszkodziłem bidon i nie miałem czasu poszukać innego, z dziurawym bidonem dość sporo płynów zaczęło mi uciekać, na trasie łyknąłem zaledwie kilka razy.

Jedyne utrudnienie na trasie to dość spora ilość piachów, jeśli chodzi o ten element kolarskiego rzemiosła to jestem bardzo słaby, wielki mój minus i już na początku maratonu wiedziałem że nie będę w stanie powalczyć o dobre miejsce. Chcąc nie chcąc próbowałem trzymać się blisko Mariusza z klubu KSR Team, ale po pół godzinnej walce odpuściłem, nie dałem rady. W tym dniu miałem nogi jak z żelaza, strasznie ciężkie, bardzo chciałem wyrwać do przodu za zawodnikami którzy mnie wyprzedzali ale nie mogłem, coś było nie tak. Czyżby ta pogoda tak zadziałała na mnie? nie sądzę.Obraz 087

Na prostych piaszczystych odcinkach dawałem radę, z trudem ale dawałem, schody zaczęły się na podjazdach. Na jednym z nich wyprzedziła mnie Wika z Maksem. Widziałem ich że jadą za mną, chcąc szybko pokonać podjazd zakopałem się, ale to nie był jedyny raz.

Jakiś czas później ten sam błąd, piaski to moja najsłabsza ze stron, wole już błoto.

Nigdy nie potrafiłem jeździć na piachach muszę nad tym popracować, żebym tylko miał z kim potrenować?

Gdy wyjechaliśmy na drogę szutrową wiedziałem że daleko nie uciekli, próbowałem przycisnąć ile sił miałem w nogach, ale ledwo wyciskałem 20 km/h, po krótkiej chwili odpuściłem, wiedziałem ze dzisiaj nic nie zdziałam, to będzie jeden z moich najgorszych występów w maratonach. Ale z drugiej strony patrząc w ciągu ostatniego miesiąca byłem tylko cztery razy na rowerze, to jest bardzo mało, przez ten czas forma zdążyła uciec.

Tuż przed metą udało mi się pociągnąć cztero-osobową grupkę, bałem się że walka będzie do ostatniego metra, bo w tym też nie jestem dobry. Ale jednak tak nie było, dwóch z nich wyrwało jak z procy do przodu, ja tuż za nimi, ten pierwszy wyszedł poza mój zasięg, a drugiego kolarza dogoniłem na ostatnim podjeździe tuż przy mecie myślałem, że będzie ostro cisnął tuż za mną. Kilka razy się obejrzałem i był rzeczywiście nie daleko z tyłu, na długość roweru, ale z metra na metr oddalał się, jak by odpuścił. Przy mecie zostałem uwieczniony jeszcze przez koleżankę Izę na jednej z fotografii za co bardzo dziękuję.

Gdy zbliżałem się ku mecie trochę się pogubiłem, strzałka była tak nie fortunnie powieszona że wjechałem w zły tor, gdy sędzia krzyknął że źle jadę miałem już pół koła na złym torze, musiałem się wypiąć z pedałów, rower szybko przestawić na właściwy tor, i szybko ruszyć. Na szczęście przeciwnika został w tyle, dzięki temu spokojnie bez pośpiechu wjechałem na metę. Na koniec Maratonu czekała na nas kiełbaska z Grila w zamian za numerek, lecz ten kto chciał zachować numerek na pamiątkę mógł dostać zastępczy w biurze zawodów.

Maraton skończyłem na 22 miejscu a w kategorii na 8, niestety muszę powiedzieć że wynikiem jestem rozczarowany, to jeden z moich najgorszych maratonów, ale coś mi nie szło dziś, już od początku nie było wg mojej myśli. Musze nauczyć się jazdy po piachach, bez tego daleko nie zajdę. Do zobaczenia na następnych Zawodach.

PLUS:

*Plusem zapewne było losowanie nagród, a tu wielkie gratulacje dla Wiki której trafił się „ROWER”, może nie jest to jakiś super wynalazek ale sam fakt że jest, mi osobiście bardzo się podobał, trzeba mieć naprawdę niesamowitego fuksa żeby z pośród tylu osób trafić, GRATULACJE ! ! !

MINUSY:

*Co do organizacji mam mieszane uczucia, Max również pod koniec pomylił tor jazdy, ale już nie miał tyle szczęścia co ja i przeciwnik wykorzystał błąd, a to dlatego że w trakcie zawodów zostały kilka razy zmienione oznakowanie tuż przy końcu.

*Do największych minusów zaliczam start wszystkich dystansów na raz.

*Było kilka osób które się pogubiło, bo pojechało za nie tą osobą co trzeba, a z tak dużą prędkością nie zwraca się na strzałki, ja sam bym pomylił gdybym za taką osobą pojechał, tak jak zapewne wielu innych, mamy nadzieje że organizatorzy wezmą to pod uwagę i poprawią się za rok.

*No i mam małe zastrzeżenia co do czasów zajmowanych, w Open osoba z 2 miejsca miała taki sam czas co z trzeciego a mimo tego nie zaliczyła pudła, coś nie tak?

*Zalecał bym wprowadzenie Chipów, uniknęło by to pomyłek.

A tak na marginesie tereny przepiękne mimo że dużo piasków, miejscami bardzo techniczne to warto zaliczyć ten Maraton. Za rok na pewno tam pojadę z realizacją poprawienia marnego czasu.

tekst: Pioter 1981

Posted in Maratony | Leave a comment
« Older
Newer »